poniedziałek, 16 maja 2011
Iskra życia, Erich Maria Remarque

Iskra życia (Der Funke Leben), Erich Maria Remarque, Rebis, 2010

 Iskra życia, Erich Maria Remarque

Ostatnio swoją recenzją "Łuku triumfalnego" kornwalia przypomniała mi o twórczości Ericha Remarque. Czytałam tylko jedną powieść autora - "Na zachodzie bez zmian" i byłam pod jej ogromnym wrażeniem, teraz sięgnęłam po "Iskrę życia" i mam poczucie, że owo wrażenie sprzed lat właśnie się odnowiło.

Pisarz nigdy nie był w obozie, a swoją książkę zaczął pisać już w Ameryce, opierał się w znacznej mierze na wspomnieniach ocalałych z Holocaustu świadków, materiałach które zebrał. Podziwiam autora, który niedoświadczywszy takich wydarzeń umiał o nich napisać w tak przejmujący sposób. Akcja "Iskry życia" rozpoczyna się w 1945 r. , w niemieckim obozie koncentracyjnym, w Mellern. Ta książka to swoiste studium obozowego życia, naszym przewodnikiem jest kościotrup numer 509. To człowiek, który zatracił swoją osobowość, tożsamość, przeszłe życie, myśli o sobie jak o numerze, ponieważ "nazwisko jest szyldem innego życia", które nie jest już jego udziałem. Dlatego też dopiero pod koniec książki dowiadujemy się kim był z zawodu, jakie miał poglądy polityczne. Przebywa obecnie w małym obozie, gdzie trafiają tak zwani weterani, jednostki nie nadające się już do pracy, schorowane, zagłodzone, czekające na powoli zbliżającą się śmierć.

"509 bił rekordy w utrzymywaniu się przy życiu".

Beznadziejną monotonię życia obozowego przerywa nalot aliantów, którzy ostrzeliwują pobliskie miasteczko, płonąca wieża kościoła staje się dla więźniów momentem przełomowym, w którym budzą się do ponownej walki o życie, na ich czele staje 509 - "potrzebujemy żarcia, nie chcemy umrzeć z głodu", jak słusznie zauważa. To proste stwierdzenie sprawia, że on i jego przyjaciele po raz pierwszy zaczynają kombinować chcąc przechytrzyć nazistów. Dochodzi do tego, że zastraszeni,prawie zagłodzeni na śmierć więźniowie kantują nazistów jak tylko mogą by po prostu przetrwać.

Kolejną ważną postacią jest tu komendant obozu, z jago perspektywy też oglądamy rzeczywistość. Jego wypowiedzi wzbudzają politowanie, taka odrobina czarnego humoru, np. że życie "na górze to jego życie prywatne, niewinna przyjemność konieczna po całej tej walce o byt" - czyli dobre cygara, wizyta prostytutki szczuplejszej niż żona, czerpanie przyjemności z wydawania rozkazów - wszystko to z dala od rodzinnego domu w miasteczku. Dla niego obóz to miejsce wytchnienia gdzie może sobie pofolgować, dla czytelnika, który mruży oczy z niedowierzaniem to granda. Niemiec, który myśli, że wdepnął w nawóz za kilka tysięcy (domyślacie się z czego ten nawóz był) i teraz go marnuje roznosząc. Tu chylę czoło przed celną prostotą i ironicznym ostrzem pióra Remarquea. Żeby umieć budzić takie emocje w czytającym trzeba znać się na psychice, doskonale władać potężnym narzędziem jakim jest język. Autor wyśmiewa zaradność swego bohatera, który zbija majątek na nieszczęściu innych, a robi to w wyrafinowany sposób. 

Autor "Iskry życia" podejmuje też temat winy, widzimy bowiem jak z końcem wojny esesmani stwierdzają, że oni przecież nie są prawdziwymi nazistami, to tylko tak w grupie było wygodniej. Prawdziwy fanatyk to ten drugi, każdy z nich w końcu wykonywał tylko rozkazy, w końcu posłuszeństwo wpajano im od dawna, to ten Hitler z wąsikiem rozkazywał. Okazuje się też, że nie są też prawdziwymi żołnierzami, brak im odpowiedniego przeszkolenia, nie znają strategii, nie umieją wyciągać samodzielnych wniosków, potrafią tylko katować bezbronnych ludzi. Nagle zabawa w wojnę, w Meller się kończy i każdy z niemieckich żołnierzy nie wie co począć ze sobą.

Powieść wciąga mimo makabrycznego tematu, tu nie ma miejsca na zbędne frazesy, to sama esencja - lubię taką literaturę.

czwartek, 14 kwietnia 2011
Zima o poranku, Janina Bauman

Zima o poranku. Opowieść dziewczynki z warszawskiego getta (Winter in the Morning: A Young Girl's Life in the Warsaw Ghetto and Beyond 1935-1945), Janina Bauman, Znak 2009

Zima o poranku, Janina Bauman 

"Zima o poranku" to kolejna książka wydana po latach przez Żydówkę ocalałą z zawieruchy wojennej. Pisana z perspektywy już osoby dojrzałej, po czterdziestu latach milczenia. Wielu świadków Shoah spisuje po długim czasie swoje wspomnienia wojenne gdy nie ranią one już tak bardzo, a potrzeba dania świadectwa staje się dla nich wręcz paląca. Stąd na rynku coraz to nowe książki tego rodzaju. Janina Bauman już we wstępie zapewnia czytelnika że postara się wrócić do świata dziecka, by opisywane zdarzenia były takimi jak je wtedy odbierała. Skoro to ma być więc ciasny i ograniczony świat dziecka nie możemy rozpatrywać tej publikacji jako źródła historycznego, jest to raczej swoisty hołd złożony ofiarom Holocaustu. W owym powrocie do dzieciństwa autorce "Zimy o poranku" pomogły zapiski sprzed lat, gdyż wcześniej prowadziła dziennik, a to na pewno uwierzytelnia jej "niewinne" spojrzenie młodej dziewczyny.

Gdy wybuchła wojna pisarka miała 12 lat, można powiedzieć, że jeszcze była dzieckiem, ale za chwilę mogła stać się kobietą. Jednym słowem na lata wojenne przypadło dojrzewanie dziewczyny. Jej największym problemem była wtedy kwestia żydowska, o której zawsze przecież mówiło się wiele i stanowiła temat kontrowersyjny. Dziewczynka zastanawia się co to znaczy tak naprawdę być Żydem. Jej rodzina należała do tych już całkowicie zasymilowanych, wychowanych w polskiej kulturze. Jej rodzice nie chodzili ani do synagogi, ani do kościoła. Jako dziecko dostawała prezenty pod choinkę i obchodziła Paschę u swej babki. Jednak już "prawdziwi" Żydzi wydawali się jej całkowicie obcy, z ich niezrozumiałym szwargotem i śmieszną polską wymową, z długimi pejsami czy jeszcze dziwniejszymi zwyczajami. Nie mogła zrozumieć jak oni mogą mieć ze sobą coś wspólnego. Zdawała sobie też sprawę, że niedobrze jest być Żydem gdyż dostrzegała plakaty "Nie kupuj u Żyda", więc antysemityzm też stanowił dla niej zagwozdkę. Z tymi wszystkimi nierozwiązanymi problemami nadchodzi powoli jesień 1939 r. i Niemcy. Autorka przekonująco opisuje oblężenie Warszawy, strach mieszkańców, naloty, wybuchające bomby. To pierwsze, wręcz surrealistyczne sceny oderwane od bezpiecznej rzeczywistości, gdy znane budynki płoną, a ludzie giną. Następnie mamy wspomnienia z getta, gdzie dziewczyna zamieszkała wraz ze swoja matką i młodszą siostrą, Zosią. Od momentu ucieczki na stronę aryjską rodzinę ciągle prześladują szmalcownicy, którzy odkrywają wszystkie kryjówki ukrywających się Żydów. Aż trudno uwierzyć ile tego przekupnego tałatajstwa błąkało się po Warszawie, w poszukiwaniu łatwego zysku. Żeby za każdym razem się wykupić dziewczyny pozbyły się małej rodzinnej fortuny, która zresztą pozwoliła im przeżyć, pieniądze i zaufani przyjaciele sprawiły, że rodzina Janiny Bauman szczęśliwie doczekała końca wojny. Autorka dokładnie opisuje ludzi, którzy ukrywali uciekinierów, ich przeróżne powody, bo byli i tacy, którzy nie robili tego dla zysku.

W książce Janiny Bauman najbardziej zainteresowała mnie kwestia tożsamości samej bohaterki, która na koniec książki zdradza co uczyniło ją "prawdziwą" Żydówką.

"Ja należę do Żydów. Nie dlatego, że urodziłam się Żydówką albo dzieliłam żydowską wiarę - nigdy jej nie dzieliłam. Należę do Żydów, bo cierpiałam jako jedna z nich. To właśnie cierpienie uczyniło mnie Żydówką ."

wtorek, 14 września 2010
Skrzypce z Auschwitz, Maria Angels Anglada

Skrzypce z Auschwitz (El violi d'Auschwitz), Maria Angels Anglada, przełożyła z katalońskiego Anna Sawicka, Wydawnictwo MUZA SA

Skrzypce z Auschwitz

Powieść "Skrzypce z Auschwitz" zdążyła już odnieść spory sukces na międzynarodowej arenie wydawniczej. Swego rodzaju hołd złożony ofiarom Holocaustu, to budzi szacunek, jednak nie mogę pozostać też obojętna na niedociągnięcia Marii Anglady.

Już w trakcie czytania odniosłam wrażenie, że autorka poskładała fabułę z urywków wspomnień byłych więźniów obozów oraz ułamków własnej inwencji. Jej styl jest  bardzo chaotyczny, akcja wydaje się być poszatkowana. Pisarka najwyraźniej chciała wzmocnić wrażenie i posłużyła się retrospekcją, ale zrobiła to nieumiejętnie. Mamy narratora, który poznaje wspaniałą skrzypaczkę, a ta, już na drugi dzień powierza mu tajemnicę rodzinną wraz z osobistymi dokumentami. Dobra, pal licho prawdopodobieństwo, jedziemy dalej. Z dokumentów wynika, że twórcą skrzypiec, na których grała bohaterka, był jej wuj, który później okazuje się być jej tatą, ale Regina nie wspomina o tym, wszystko po to by zakończenie uczynić bardziej wzruszającym. Daniel tak jak wielu innych Żydów trafił do obozu w Auschwitz, by przeżyć podał się za stolarza, dopiero w trakcie przyjęcia u komendanta wydaje się, że na prawdę jest lutnikiem. Dwóch Niemców robi makabryczny zakład o życie Daniela i skrzynkę burgunda. Jeśli lutnik będzie w stanie wykonać skrzypce według wzoru Stradivariusa, w określonym czasie, nie zostanie królikiem doświadczalnym jednego z "ambitnych" nazistowskich lekarzy.

Przeglądając inne recenzje odniosłam wrażenie, że są wobec tej powieści sztucznie grzeczne. Podjęty przez pisarkę temat Zagłady, jej wiek budzący szacunek i dobry pomysł, nie są gwarantem napisania naprawdę dobrej książki. Powieść jest bestsellerem i niczym więcej. Uważam, że fabuła to gotowy scenariusz, a z tego co przeczytałam prawa już zostały sprzedane i wytwórnia filmowa (Sharon Von Wietersheim i Frank Meiling of Rich And Famous) planuje film w stylu "Pianisty" Polańskiego. Myślę, że to się sprawdzi. Anglada postarała się jeśli chodzi o przygotowanie techniczne i w połączeniu z muzyką film stworzy spójną, poruszającą całość.

Z jednej strony jest to historia o przetrwaniu ducha, człowieczeństwa w nieludzkich warunkach i nadziei jaką może dać pasja, która dla bohatera jest spełnianiem się we własnym zawodzie. Na tym poziomie pisarce się powiodło. Możemy dostrzec, że tylko możliwość wykonania owych skrzypiec przywróciła Danielowi wiarę w sens życia. Bohater na powrót staje się człowiekiem, może znowu skorzystać ze swych umiejętności i talentu. Godziny spędzone w prowizorycznej pracowni przenoszą go w inny wymiar, wolny od koszmaru codzienności, tam wspomnienia o przeszłości nie rodzą bólu a pomagają przetrwać. Jednak ja nie czułam napięcia, walki z czasem czy niepewności bohatera. Postaciom brak głębi psychologicznej, w przypadku takiego tematu trzeba dysponować dobrym warsztatem pisarskim by umieć ująć chociaż część rozpaczy i nieszczęścia bohaterów. Dlatego dla mnie wszystkie postacie były ledwo zarysowane, ich charaktery nie zgłębione. Momentami można odnieść wrażenie iż cała książka jest jedynie nie wykończonym szkicem, a niektóre z wypowiedzi bohaterów skopiowane. Język historii jest bardzo prosty, bez zbędnych upiększeń. Myślę, że prostota tej historii sprawi, że przemówi ona na pewno do szerokiego grona czytelników w bardzo różnym wieku.

Ponieważ to bestseller międzynarodowy przeczytałam recenzje z kilku innych krajów, Anglicy tonują swoje opinie, chociaż znaleźli się i tacy, co napisali, że powieść nie podobała im się, Niemcy nie kryją zachwytu a Francuzi piszą wręcz peany. Tu zaczęłam się zastanawiać jak wiele zależy od dobrego tłumaczenia, co widać zresztą po tych ocenach. Ja polskiego tłumaczenia ocenić nie jestem w stanie, nie znam katalońskiego. Jednak tak jak recenzent Le Figaro widzę dla tej książki przyszłość, tyle że po wejściu na ekrany filmu na jej podstawie, w ilości sprzedanych egzemplarzy.

wtorek, 18 maja 2010
Dzień, Elie Wiesel

Dzień (Le Jour), Elie Wiesel, translation by Anne Borchardt, Hill and Wang

Day

"Day" to trzecia książka Wiesela w jego trylogii o Holocauście. Niestety nie byłam w stanie zdobyć drugiej części, "Dawn" ("Świtu"). "Dzień" w przeciwieństwie do "Nocy" to powieść, a nie zebrane wspomnienia, tym razem pisarz nie mówi o sobie lecz słucha i zadaje pytania, “In the other two (books), it is the ‘I’ who listens and questions.” pisze Wiesel.

W Nowym Yorku, na ulicy, potrącony przez taksówkę zostaje dziennikarz, ocalała ofiara Zagłady. W szpitalu ponownie wygrywa ze śmiercią. W trakcie rekonwalescencji zaczyna myśleć nad swoimi związkami z kobietami i zastanawiać się czy kiedykolwiek będzie miał szansę na normalne życie. Każdy jego dzień przesiąknięty jest wyrzutami sumienia, pamięcią o ofiarach Shoah. Bohater nie jest wstanie docenić cudu istnienia, gnębią go obrazy przeszłości, zdaje mu się, że nie zasługuje na szczęście. Teoretycznie ma wszystko, świetną pracę, którą lubi i kochającą go kobietę. Jednak to tylko pozory. Jego dusza pozostała w piekle. Wiecznie zadawane sobie pytanie - "Dlaczego to ja przeżyłem?". Ciężar odpowiedzialności jest zbyt ciężki do udźwignięcia.

"My belief that I was now just a messenger of the dead among the living."

 Kathleen to kobieta bez przeszłości, odważnie patrząca w przyszłość, do czasu aż nasz bohater zniszczył jej szczęście. Piękna i beztroska córka bogatych rodziców powoli marnieje. Przeszłość jej kochanka zatruwa ich związek i całkowicie ją zmienia. Kathleen wykazała morze cierpliwości, dzieląc się radością życia i nadzieją. Jednak narrator może myśleć o miłości tylko z poczuciem wstydu.

Sarah to była ofiara nazistów, jako dwunastoletnia dziewczynka trafiła do obozu, gdzie była "prezentem" wszystkich esesmanów. Jej uroda i młody wiek ocaliły jej życie i na zawsze przekreśliły jej przyszłe szczęście czyniąc ją istotą głęboko i trwale zranioną. Wzajemne relacje tej pary opierają się tu na pewnym zrozumieniu jednak dręcząca przeszłość nie pozwala im osiągnąć szczęścia. Sarah nawet po wielu latach nie może uwolnić się od swego brutalnego kata, pierwszego gwałciciela, który tkwić będzie w niej już na zawsze. Jego śmiech to jej śmiech. Dopiero po poznaniu Sarah narrator zdradza nam swe imię, Eliezer syn Sary. Jednak nie wydaje mi się by autor utożsamiał się ze swoim bohaterem.

Ważną postacią jest tu jeszcze doktor Russel, który w swojej codziennej walce o życie nie może zrozumieć samobójczych skłonności swojego pacjenta. Doskonale zdaje sobie sprawę iż operowana przez niego ofiara wypadku wcale nie chce przeżyć i nie zadaje sobie trudu, pozostawiając wszystko w rękach chirurgów.

Dzięki kobietom narrator uczy się na nowo żyć, jeść, kłamać, otaczać troską innych. Jednak nadal tkwi w stanie zawieszenia i nie jest w stanie po prostu się cieszyć. Wizyta w szpitalu daje mu czas do namysłu. Ten marazm przełamuje Gyula, przyjaciel malarz. Jego symboliczny portret narratora to obraz tego co kryje się w jego duszy, całego smutku i brzemienia, bagażu emocji i krewnych, którzy zginęli. Gyula każe przegnać Eliezerowi duchy przeszłości przy pomocy bata i w finałowej scenie spala portret przyjaciela .

niedziela, 16 maja 2010
Noc, Elie Wiesel

Noc (La Nuit), Elie Wiesel, przełożyła Małgorzata Kozłowska,Wydawnictwo Literackie

Night, Elie Wiesel, translation by Marion Wiesel

Noc Night

Przed przeczytaniem "Dnia" Eliego Wiesela postanowiłam przypomnieć sobie "Noc", tym bardziej, że w moje ręce dostało się nowe, angielskie tłumaczenie Marion Wiesel, żony autora. Książkę twórcy terminu Holocaust stawia się w jednym rzędzie z "Dziennikiem" Anny Frank i "Czy to jest człowiek?" Primo Leviego. "Noc" po raz pierwszy została wydana w języku jidysz w 1955 r., miała wtedy ponad 800 stron! Jednak po rozmowie z francuskim pisarzem, Francoisem Mauriac, autor postanowił spisać swoje wspomnienia od nowa, tym razem dla szerszej rzeszy czytelników. Nowe wydanie miało już skromne 160 stron, ale nie myślcie sobie, ta skrócona, zwięzła wersja ma siłę rażenia. Bezpośredniość, szczerość, prostota nadają językowi Wiesela moc. Ta książka tętni życiem, czytelnik zbliża się do tego co najstraszniejsze, czuje i zamiera ze strachu. "Noc" się przeżywa, nie czyta. W tej recenzji postanowiłam ograniczyć mój komentarz do minimum pozostawiając "głos" autorowi.

Eliezer to niespełna szesnastoletni, niezwykle bogobojny chłopak, żyjący w miasteczku na Węgrzech. Mamy 1944 r., jednak do Sighet nie dotarła jeszcze groza faszystowskich Niemiec. I nawet gdy docierają pierwsze wieści o obozach koncentracyjnych i represjach wobec Żydów nikt nie śmie w nie wierzyć, są zbyt nieprawdopodobne.

"Anie przez chwilę nie wierzyliśmy, że zamierza nas całkowicie wytępić.

Miałby unicestwić cały naród? Wymordować ludzi rozproszonych po tylu krajach? Tyle milionów istnień? Jakim cudem? I to w połowie dwudziestego wieku?!

Dlatego ludzie interesowali się wszystkim - strategią, dyplomacją, polityką, syjonizmem - z wyjątkiem własnego losu."

Prawda okazuje się brutalna, wszyscy mieszkańcy zostają wywiezieni do Auschwitz, Wiesel też jest brutalnie szczery.

"Ponieważ w dalszym ciągu wrzeszczała, znowu jej parę razy dołożyliśmy i w końcu, z wielkim trudem, udało się nam ją uciszyć."

Rozpoczyna się relacja świadka.

"Nigdy nie zapomnę tej nocy, pierwszej nocy spędzonej w obozie, która zmieniła moje życie w mroczne, zaryglowane więzienie.

Nigdy nie zapomnę tego dymu.

Nigdy nie zapomnę drobnych twarzyczek dzieci, których ciała zmieniały się na moich oczach w kłęby dymu pod milczącym niebem."

 Z każdym dniem bohater traci cząstkę swej duszy, okrucieństwo wyzwala okrucieństwo. Sumienie w obozach jest zbędnym balastem. Ludzie pozbawieni tożsamości, rodziny, bliskich, godności i wiary stają się numerami. Elie traci swoje człowieczeństwo, wiarę w Boga, wszystko zostaje sprowadzone do potrzeb cielesnych.

"Chleb, zupa - to było całe moje życie. Byłem już wyłąćznie ciałem. A może jeszcze gorzej: wygłodniałym żołądkiem. Tylko on czuł upływ czasu."

Nie ma nadziei.

"Bardziej wierzę Hitlerowi niż innym. Tylko on dotrzymał obietnic danych narodowi żydowskiemu."

I tak gdy przyszła wolność nikt na nią już nie czekał. Jak można kontynuować życie po koszmarze Holocaustu?

"Któregoś dnia zebrałem siły i wstałem. Chciałem przejrzeć się w lustrze, które wisiało na przeciwległej ścianie. Nie robiłem tego od czasów getta. Nie pamiętałem już, jak wyglądam.

Z głębi lustra spoglądał na mnie trup.

Nigdy nie zapomnę tego, co ujrzałem wówczas w jego oczach."

 

Pokojowa Nagroda Nobla 1986

czwartek, 29 kwietnia 2010
Tworki, Marek Bieńczyk

Tworki, Marek Bieńczyk, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2007

Tworki

Ostatnio mam szczęście do polskich autorów, którzy lubią zabawy językowe. Mimo mojej początkowej niechęci, powieść i językowe wygibasy Marka Bieńczyka spodobały mi się. Miejsce akcji urocze - dom wariatów w Pruszkowie, w czasie drugiej wojny światowej. Do zarządzanego przez Niemców szpitala trafia Jurek-ogórek, młody rymujący buchalter. Oprócz niego pracuje tam cud Sonia, Janka w kawowej sukience i Marceli - i tak dom wariatów staje się dla tych młodych azylem, "tworkowskim rajem".

''Tak dobrze wrósł w pamięć tamten majowy poranek. Wyszli z pokoju, gdy słońce jeszcze tkwiło za helenowskim lasem, a w cienistych koronach drzew plątały się resztki nocy. Jurek z Janką szli na przedzie, za ich plecami Ania, Asia i Bronka rozmawiały z chłopakami i słychać było wybuchy śmiechu, na końcu pochodu Marcel opowiadał mamie o dansingu w Adrii. Kiedy przechodzili przez bramę obok uśmiechniętego Johanna, dobiegli do nich Sonia z Olkiem, nieco zziajani. Sonia miała wciąż tę samą sukienkę, teraz lekko pogniecioną, błyszczącą inaczej w barwach świtania niż wczorajszym popołudniem, Olek nie puszczał ręki Soni i tak głęboko, choć pogodnie patrzył wszystkim w oczy.''

Młodzież swawoli sobie beztrosko na łonie natury, zawiązują się romanse, wojna schodzi na dalszy plan. Tworkowscy Niemcy są spokojni i dobrotliwi, rozdają prezenty pracownikom na gwiazdkę i premie z okazji urodzin. Zło jest na zewnątrz i stamtąd dociera gdyż przyjaciele Jerzego znikają. Marcel, Janka i Sonia to Żydzi z Berdyczowa. Jednak najbardziej dziwi postępowanie Soni, która odchodzi z własnej woli i z pełną świadomością czekającego ją końca. Jest kobietą piękną i miłą, zaskarbiła sobie przychylność i przyjaźń wszystkich mieszkańców szpitala z dyrektorem Honnette włącznie, nikt na nią nie doniósł i teoretycznie nie było powodów, dla których postąpiła w ten sposób. Jednak to jej list otwiera tę powieść i to jej odejście powoduje rozpacz znajomych i przyjaciół. I nagle język pisarza przestaje być tylko grą, to sposób opowiedzenia tego, co jest przecież niewyrażalne - tragedii Zagłady. Bohaterka dobrowolnie rezygnuje z kryjówki, życie i borykanie się z nim jest dla niej zbyt trudne.

Wracając do językowych igraszek pisarza to czerpie on z tradycji literatury i jednocześnie ją demaskuje. W końcu, po tworkowskich trawnikach przechadzają się Antyplaton i Goethe. Dla niektórych te wszystkie powiedzonka, odnośniki, kalambury, rymowanki, dygresje, nagłe zwroty myślowe mogą okazać się zbyt ciężkostrawne. Jednak jego zabiegi, które każą mu ze szczególnym pietyzmem opisywać zawartość damskiej torebki, kolor sukienki i szminki łapią tą ulotną chwilę czyniąc ją krótkotrwałą, a przez to cenną.

Ponieważ akcja toczy się głównie w murach zakładu mało tu mamy informacji o samej wojnie, jedynie językowe dygresje i ironiczne komentarze. Jurek gdy wyjeżdża z Pruszkowa przechadza się "aryjskimi brukami".

W trakcie czytania powieści Marka Bieńczyka poczułam nieodpartą chęć na zaparzenie sobie kawy zbożowej, którą bez przerwy raczyli się wszyscy bohaterowie książki.

Paszport "Polityki" 1999

nominacja do Literackiej Nagrody Nike 1999

Nagrody Literackie

niedziela, 07 marca 2010
Los utracony, Imre Kertesz

Los utracony (Sorstalansag), Imre Kertesz, przełożyła Krystyna Pisarska, Dzieła Najwybitniejszych Noblistów

 Los utracony

"Los utracony" to powieść niepokojąca, przerażająca a jednocześnie drażniąca. Główny bohater, młody Węgier żyjący w Budapeszcie, to właściwie jeszcze chłopiec, który dopiero zaczyna swoją drogę ku dorosłości. Nieobecny duchem, prostoduszny i łatwowierny,  nie bierze sobie do serca grożących mu niebezpieczeństw z tytułu bycia Żydem. Pochłania go jego własne życie, praca, dziewczyna, ot przeciętny reprezentant młodego pokolenia.

Nie ma w tej książce grozy, która przepajała by treść, strachu paraliżującego postacie, napięcia, oczekiwania na wyrok. Mamy za to piękny letni dzień, w czasie którego grzeczni policjanci uprzejmie proszą Żydów o opuszczenie autobusu i udanie się wraz z nimi na posterunek. Młodzież, która umila sobie nudne oczekiwanie grami towarzyskimi i rozmową, cieszy się, że nie musi pracować w tym upale. Trudno uwierzyć, że to łapanka, a chłopca prowadzą na stację gdzie ostatni postój będzie w Auschwitz.

"Sam też się rozejrzałem, choć właściwie tylko tak, dla zabawy, bo przecież nie widziałem żadnej przyczyny, żeby wiać - myślę, że miałbym dość czasu - potem jednak zwyciężyło moje poczucie honoru."

Tak więc nasze owieczki podążają na rzeź i cieszą się z nowych możliwości jakie stworzą im Niemcy - "egzystencji sensowniejszej i przyjemniejszej". Skończy się nuda, będą  nowe wrażenia i zobaczy się kawałek świata. Jednak najbliższe wypadki nie bardzo będą odpowiadały wyobrażeniom młodzieży. Z bydlęcych wagonów trudno podziwiać ładne widoki, standard podróży też nie najlepszy, wrażenia w obozie koncentracyjnym nieco odbiegające od niemieckiej sielanki, wikt i opierunek raczej kiepskie. Chłopcy muszą się natychmiast dostosować do nowych warunków i nauczyć żyć od nowa.

"Non scholae, sed vitae discimus - "uczymy się nie dla szkoły, lecz dla życia" (...). No więc pomyślałem, że stosując się do tych słów, powinienem był się uczyć ( w gimnazjum) wyłącznie o Auschwitz-Birkenau. Należało mi wszystko wyjaśnić, szczerze, uczciwie, dorzecznie. A ja przez cztery lata nie słyszałem w szkole na ten temat ani słowa. Ale, rzecz jasna, byłoby to krępujące i nie miałoby nic wspólnego z wykształceniem. Tak więc poniosłem stratę, bo dopiero tu musiałem zmądrzeć, dowiedzieć się, że jesteśmy w Konzentrationslager, w obozie koncentracyjnym. Ale nawet i te nie są jednakowe, jak mi wyjaśniono. Tu jest na przykład, uświadomiono mnie, Vernichtungslager, to znaczy obóz zagłady. Całkiem inaczej (...) jest w Arbeitslager, czyli obozie pracy: tam żyje się lekko, stosunki i wyżywienie są, jak wieść niosła, nieporównywalne i to jest oczywiste, w końcu o co innego tam chodzi."

Bohater kontynuuje swoją podróż przez niemieckie obozy (Buchenwald, Zeitz) niczym swoistą, kształcącą wędrówkę. jego stosunek do zaistniałej sytuacji opiera się na zaufaniu  do życia i losu, który zgotował mu takie przeznaczenie. Można powiedzieć, że pogodził się z tym, że przyszło mu żyć w takich czasach i nie pozostało nic innego jak przyjąć wszystko jako rzeczywistość oczywistą. Po prostu jego rodzina nie jest "bez zarzutu pod względem rasowym". Jego tułaczka po obozach jest niczym surrealistyczna podróż Józefa K., bohatera "Procesu" Kafki, po urzędach. Ot, taki wyrok. Naiwność bohatera jest rozciągnięta do granic absurdu, który przepełnia czytelnika grozą. To nietypowa książka o Zagładzie, na myśl przychodzi mi tu tylko Primo Levi  ("Czy to jest człowiek") i Józef Bau ("Czas zbeszczeszczenia") z ich charakterystycznym postrzeganiem świata poprzez szyderstwo. Jednak czytając książkę Kertesza potrząsa się głową z niedowierzaniem odczuwając jednocześnie wiele sprzecznych emocji, co na pewno nie kłóci się z zamiarem pisarza. "Los utracony" przyprawia o zawrót głowy i rozbieżne uczucia, ale nie ulega wątpliwości, że jest to publikacja warta przeczytania.

Nobel 2002

poniedziałek, 02 listopada 2009
Yannick Haenel i Jan Karski

"Jan Karski" Yannicka Haenela to ostatnio jedna z głośniejszych książek we Francji (BibliObs, lepoint.fr). Francuski pisarz zdobył już spory rozgłos, otrzymał nagrodę czytelników księgarni FNAC i był na liście do nagrody literackiej Goncourtów (druga lista nominowanych). Książka ma trzy części, dwie pierwsze są  zapisem fragmentów z "Shoah" i wspomnień Karskiego, trzecia jest kreacją literacką.

Wyidealizowanym obrazem Polski i Polaków sprowokował wiele dyskusji toczących się na łamach gazet. Haenel niedawno gościł w Polsce, a Wyborcza zamieściła z nim wywiad. Na polskim rynku książka ukaże się nakładem Wydawnictwa Literackiego. Pisarz powiedział, że czeka teraz na opinie Polaków o swojej książce.

"A teraz czekam na opinie polskich czytelników o sposobie, w jaki pokazałem Karskiego. Czy Karski jest bohaterem dla Polaków? Dla mnie jest bohaterem nie tylko polskim, jest bohaterem świata."

Jan Karski

 Dla zainteresowanych tematem dodam, że we wrześniu tego roku, nakładem wydawnictwa Rebis ukazała się książka Stanisława Jankowskiego "Karski. Raporty tajnego emisariusza".

czwartek, 22 października 2009
I była miłość w getcie, Marek Edelman

I była miłość w getcie, Marek Edelman, Świat Książki, Warszawa 2009

I była miłość w getcie

Książka jest zbiorem opowieści Marka Edelmana spisanych przez Paulę Sawicką. Zwracający uwagę tytuł ma wręcz biblijną formę i wbrew wszystkiemu udowadnia, że miłość w getcie jednak istniała. Rozwijała się w cieniu Zagłady i dawała szczęście choćby na krótko. Jak kocha się w piekle?

 Edelman wyłuskuje ze swojej pamięci wspomnienia zakochanych par, oddanych małżeństw, zagubionych ludzi, którzy przy bliskiej osobie odnajdywali bezpieczeństwo wbrew historii. Prosty i suchy styl pisarza nie przeszkadza w odbiorze, żaden inny by tu nie pasował skazany na zbytni sentymentalizm. Rzeczowe opowieści ocaleńca nadają charakter całej tej krótkiej książce.

Jednak na miłości się tu nie kończy, autor dzieli się z czytelnikami innymi historiami, dotychczas trzymanymi "w brzuchu". Po latach milczenia i te okruchy pamięci mogą zostać ujawnione. Nim zdradzi nam te wspomnienia zadaje kilka ważnych pytań.

"To, co chcę opowiedzieć to nie jest prawda historyczna. To jest relacja ze zdarzeń, w których uczestniczyłem, oraz to, co wtedy ze skąpych wiadomości do mnie docierało. (...) Non omnis moriar. Czy dziś wolno widzieć sprawy tak, jak się je wtedy widziało? Czy trzeba myśleć po nowemu? Czy trzeba przepuszczać wspomnienie przez filtr dzisiejszej wiedzy?"

Książka staje się świadectwem osoby, która ma obowiązek czuwać i przekazać wszystko następnym pokoleniom, Edelman przywołuje strzępy pamięci dotyczące powstań w getcie i Warszawie. Żadnego sentymentalizmu.

"W oknie naszego domku usadowił się starszy, jak dla mnie, pan, który musiał być przedwojennym zawodowym żołnierzem. Ze zwykłego karabinu odgryzał się niemieckim czołgom. Jaki kolor ma na ścianie człowiek bezpośrednio trafiony pociskiem wystrzelonym z czołgu? Lilaróż. Trafił go niewątpliwie wprost w niego wycelowany pocisk czołgowy który wpadł przez okno. Kolor lilaróż na ścianie prześladował nas jeszcze przez dwa dni, aż do kapitulacji."

Oprócz tych suchych faktów mamy jeszcze krótki rozdział poświęcony ulicom getta, z dokładnymi opisami co działo się na wielu z nich - Karmelicka, Smocza, Dzielna, Ciepła i Kupiecka. Oraz zobrazowanie Umschlagplatz'u.

 "Tak, że nie ma co mówić, co to był Umschlagplatz. Było to zbiorowisko ludzi skazanych na śmierć.

Koniec. Kropka."

Czytałam wiele recenzji w internecie, i niektórzy byli tą książką zawiedzeni, zwłaszcza biorąc pod uwagę nadzieje jakie może rodzić tytuł. Trzeba pamiętać, że są to jednak relacje, ostatnie wspomnienia jakie jeszcze "ciążyły" autorowi. Ich charakter jest chaotyczny, niedopracowany, ta "urywana" forma ma przyczynę w swoistości ówczesnych wydarzeń i meandrów ludzkiego umysłu. Wydarzenia następowały po sobie z ogromną prędkością i przerastały często mieszkańców getta, były jednym wielkim chaosem. Dlatego nie ma tu, jak mówi sam Edelman "wzdychów", same poćwiartowane fakty.

Świat Książki

wtorek, 24 marca 2009
Dzieci żydowskie oskarżają

Dzieci żydowskie oskarżają, red. Maria Hochberg-Mariańska, Noe Gruss, Amerykańsko-Polsko-Izraelska "Fundacja Shalom", Warszawa 1993

Dzieci żydowskie oskarżają

Utrzymując na blogu nastrój pesymistyczny (pasujący do obecnej pogody) sięgnęłam po antologię wspomnień świadków Zagłady. Wszyscy ci świadkowie w momencie wybuchu Drugiej Wojny Światowej nie liczyli sobie więcej niż 11 lat. Najmłodszy obserwator tamtej rzeczywistości, Eryk Holder, miał 2 lata w chwili wybuchu wojny.

 "Tatuś mój był inżynierem w elektrowni w Stanisławowie. Przed wojną rodzice moi mieszkali we własnym domu w Stanisławowie przy ul.Wysockiego. Tatuś pracował w domu i było nam dobrze. Gdy Niemcy przyszli rodzice moi musieli się wyprowadzić (...). Wtedy już nie było nam tak dobrze (...)"

Nie przeprowadzono korekty ingerującej w tekst by zachować wiarygodność dziecięcych wypowiedzi. Nieudolne wypowiedzi, pełne nieporadności i charakterystycznych dla danej warstwy społecznej językowych lapsusów, wyostrzają autentyczność tekstu, czyniąc go przerażającym dla czytelnika. To nowy świat, który zgotowali dorośli dzieciom, gdzie niewłaściwa rasa była wyrokiem śmierci. Ta niepozorna książeczka wzbudza poczucie winy u każdego.

Osoby wzruszone powieścią "Chłopiec w pasiastej piżamie" Johna Boyne'a powinny przeczytać tę antologię, tak dla szerszego obrazu rzeczywistej sytuacji. Zapewne i ja sięgnę po tą powieść, ale nie sądzę aby wywołała we mnie te same uczucia co prawdziwe relacje. Wydaje mi się, że te proste zeznania mówią więcej niż nie jeden pisarz.

"Pamiętam wszystkie "akcje", jakie były przeciw Żydom, ale nie pamiętam dat. Pierwsza "akcja" była kontyngentowa, chodzili z listą i wybierali starych i chorych. zabrano 300 ludzi i wywieziono. My się wtedy schowali w polu. Miałem oprócz tego brata, który jeszcze jest ze mną, jeszcze malutkiego braciszka, urodzonego podczas wojny. W drugiej "akcji" była już strzelanina na miejscu. Zastrzelono 1o00 ludzi na miejscu, a 1000 wywieźli. Wtedy mi zabrali mamę i małego brata. Wywieźli wszystkich na Bełżec. Nie wiem skąd ludzie wiedzieli, ale w Bełżcu ludzi palili elektryką."

Książka kosztowała mnie równe 5 zł (gdyby ktoś zastanawiał się czy kupić).

Zainteresowanych tematem odsyłam do Stowarzyszenia "Dzieci Holocaustu"    w Polsce.

Kategorie: literatura faktu \ wspomnienia \ Holocaust

 
1 , 2
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka