wtorek, 20 grudnia 2011
Kochaj bliźniego, Erich Maria Remarque

Kochaj bliźniego (Liebe Deinen Nächsten), Erich Maria Remarque, tłumaczył Erwin Wolf, Czytelnik 1991

 Kochaj bliźniego, Erich Maria Remarque

"Kochaj bliźniego" to powieść, która w przejmujący sposób porusza temat uchodźców i emigracji, praw do życia jakie powinien mieć każdy z nas i to w "humanitarnym XX wieku", który i tak okazuje się być "wiekiem blefu".

Po dojściu do władzy Hitlera w Niemczech, Żydzi uciekają z kraju by tułać się po świecie, ich  państwo pozbawiło ich paszportów, stają się ludźmi "zawieszonymi" w czasie. Kolejne kraje wydalają tych bezdomnych, podrzucając ich sobie na wzajem. Droga każdego z nich to kręta ścieżka niepewności jutra, bez dachu nad głową, możliwości stałego pobytu gdziekolwiek. Ukrywają się, pracują na czarno, zawsze w strachu przed wydaniem, próbują jakoś poskładać to nowe życie z rozpierzchniętych kawałków losu wiecznego tułacza.

Temat niemieckich emigrantów jakże bliski samemu autorowi, który w 1931 sam opuścił Niemcy. I tak od granicy do granicy, z więzienia do więzienia, kryjówki do kryjówki, bez szans na normalne życie. Głównymi bohaterami są młody Ludiwk Kern, syn Żyda i Węgierki, stary wyjadacz Józef Steiner i Ruth Holland, do tego cała galeria postaci pobocznych, które skałdają się na tą mozaikę ludzi bez ojczyzny. Ich losy wzajmenie przenikają się i plączą, w nieszczęściu zbliżają się do siebie, tworzą się między nimi związki oparte na zaufaniu i lojalnosci. Żeby jednak nie było tak różowo znajdą się i ci co będą chcieli wykorzystać niedolę innych, albo po prostu tacy którzy z zawiści i złości do świata zawsze doniosą lub będą po prostu zbyt gorliwi. I tak na przykładzie pary zakochanych, Ludwika i Ruth, widzimy jak dobro przeplata się ze złem, raz ktoś im pomoże z dobrego serca, bezinteresownie albo i z wyrachowania, a raz ktoś wykorzysta, ośmieszy, okradnie - i tak na zmianę - dla równowagi.

Sytuacja takiego uchodźcy naprawdę jest nie do pozazdroszczenia, człowiek czytając taką książkę od razu docenia bardziej własny dom, możliwość codziennego powrotu do niego, stałość życia tkwiącego na nudnych, ale dość pewnych fundamentach. Ludzie, którzy naprawdę nic nie zmalowali, ani  teoretycznie nie zrobili nic przeciw prawu, są ścigani oraz karani więzieniem oraz lurowatą zupą. Lata upływają a oni nie mogą pokonywać kolejnych szczebli edukacji, żenić się czy wychodzić za mąż, dostać stałej pracy, o własnym kącie nie wspominając. Zamiast tego rajd przez granice, sen w stogu siana, ukrywanie się po lasach i byle jakie obiady, albo żadne. Książka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak "Iskra życia", ale to ciągle Remarque.

wtorek, 12 lipca 2011
Amulet, Roberto Bolano

Amulet (Amuleto), Roberto Bolano, przełożył Tomasz Pindel, MUZA, Warszawa 2011

 Amulet, Roberto Bolano

Nie przygotowałam się w ogóle na spotkanie z Roberto Bolano dlatego byłam dość zaskoczona jego stylem. Jakoś z początku rozśmieszył mnie ten sposób narracji, prosty, żywy, plastyczny, ale z drugiej strony przypominający opowiadanie babci klozetowej.

Auxilio Lacouture, Urugwajka, przybywa do Meksyku w latach sześćdziesiątych. Jest kobietą niezamężną, bez stałego zatrudnienia, papierów czy domu. Można powiedzieć bohaterka oderwana od stałej, pewnej i określonej przez standardy rzeczywistości.

"Ale ważne jest to, że pewnego dnia przyjechałam do Meksyku, nie bardzo wiedząc po co ani na co, ani jak, ani kiedy."

Pomieszkuje u licznych przyjaciół, romansuje z poetami i wykonuje dorywcze prace na uniwersytecie, gdzie bez przerwy udaje się jej jakoś zaczepić dzięki protekcji znajomych. Nazywa siebie "matką poezji meksykańskiej" trudno mi powiedzieć czy dlatego, że otacza iście matczyną troską wszelkiej maści poetów, czy dlatego, że sama też coś tam pisze. Gdy w 1968 r. na uczelnie wtargnęły siły policyjne, kobieta akurat była w toalecie gdzie pozostała do końca akcji i jeszcze kilka tygodni dłużej. Żeby mieć co robić zaczyna wspominać najważniejsze wydarzenia ze swego życia, przeplatać je anegdotami, skacząc z tematu na temat.

"Pomyślałam: jestem w damskiej łazience na Wydziale Filologicznym i jestem ostatnią, która została. Zmierzałam na salę operacyjną. Zmierzałam ku porodowi Historii. I pomyślałam też (bo głupia nie jestem): wszystko się skończyło, grenadierzy poszli sobie z uniwersytetu, studenci zniknęli na Tlateloco, uniwersytet znów się otworzył, ale ja nadal siedzę zamknięta w ubikacji na czwartym piętrze, jakby od tego ciągłego prześlizgiwania się księżyca po płytkach otworzyła się jakaś brama, niebędąca portalem smutku, tylko kotinuum czasowym."

Wśród wspominek naszej party-girl znalazło się wielu ludzi kultury prawdziwych i wymyślonych, deportowanych pisarzy, młodych poetów, między innymi też swoisty sobowtór autora książki - nastoletni Arturo Bolano. Trudno mi się ustosunkować do tej mini powieści przypominającej po trosze brytyjskich postmodernistów piszących pod wpływem Latynoamerykańskiego magicznego realizmu. Do tego wypełnionej iście lingwistycznymi fajerwerkami. Skomplikowana sprawa.

wtorek, 10 maja 2011
Popiół i diament, Jerzy Andrzejewski

Popiół i diament, Jerzy Andrzejewski, GREG

 Popiół i diament, Jerzy Andrzejewski

Właściwie to nie spodobała mi się ta powieść. Zrobiła na mnie wrażenie wyrwanego z kontekstu kawałka rzeczywistości powojennej Polski, ale niezwykle sztucznej. Ledwo młodzi przestali walczyć z nazistami a już walczą między sobą. Akowcy kontra komuniści - przedstawiciele nowego porządku. Radykalni demokraci i zwolennicy starych porządków. Wszystko to w kraju, który powoli podźwiga się do życia razem ze swoim narodem, który i tak nie umie usiedzieć na tyłku - to były moje pierwsze wnioski. Poszczególne stronnictwa aż świerzbią ręce do działań mniej i bardziej moralnych, byle do działania.

Mamy tu wojennego kata, nomen-omen prawnika, który czuje się usprawiedliwiony za swe czyny, no bo to przecież wojna była, a to czas odbiegający od normy. Antoni Kossecki nie czuje wyrzutów sumienia, w żaden sposób nie poczuwa się do winy. W jego umyśle istnieją dwa równoległe światy, ten przedwojenny i ten naznaczony rzez okupację niemiecką. Gdy w radiu zostaje ogłoszony pokój Kosecki po raz pierwszy wychodzi z domu, mówi żonie żeby się nie martwiła i twierdzi, że z czasem odrestaurują ich willę. Jednym słowem zupełnie jakby obudził się do życia po swoistej hibernacji, przeskoczył o jeden wymiar. To dobre pytanie postawione przez autora, czy człowiek ma prawo poddawać się bezwolnie historii, płynnie posługiwać się zasadami moralnymi i etycznymi w zależności od warunków? Pisarz nie ocenia pozostając neutralnym obserwatorem. To miał być w początkowym zamyśle pisarza temat na opowiadanie, który rozrósł się do rozmiarów powieści, nie wiem czy potrzebnie, może wtedy tak.

Kolejną postacią godną uwagi jest Maciej Chełmicki, rocznik 1921, typowy przedstawiciel młodego pokolenia ze zwichrzoną przeszłością i poczuciem moralności. Posłusznie wykonujący rozkazy zwierzchników członek AK, który nie myśli sam nad konsekwencjami swych czynów, ot dali zadanie to je machnie, a że chodzi o morderstwo... Tymczasem Maciek zakochuje się i poznaje uroki życia, do tego popełnia omyłkę i zabija niewinnych ludzi. Dla niego to przełom, zrozumie, że człowiek nie może mieć dwóch żyć oddzielnych, rozpocząć na nowo, ponieważ wszystko co zrobił będzie mu zawsze ciążyło na sumieniu i nie da się tak po prostu zapomnieć o popełnionych morderstwach. Ci młodzi w powieści bawią się w tą donkiszoterię nie widząc często nic poza walką, nie wychodząc w przyszłość, a naszemu Maćkowi przyszłość ukazała się pod imieniem Krystyny.

Andrzejewskiemu zarzucano stronniczość i to z obu obozów, nie mogę się z tym zgodzić mimo, iż rzeczywiście powieść poddana jest nadrzędnym ideom autora. Jednak sympatię czytelników wzbudza przecież większość postaci. Szczuka, wysoko postawiony urzędnik komunistyczny, jest człowiekiem, który wierzy w nowy ustrój i jest moralnie nieposzlakowany. Maciek też chciałby rozpocząć nowe życie z ukochaną, pragnie zasłużonego spokoju, w końcu ta wojna się skończyła. Niektórzy z owych młodych gniewnych wypadają trochę śmiesznie (Szretter) jako burzyciele dopiero co odzyskanego pokoju i zakrawa to bardziej na bunt młodzieńczy, a nie przemyślany program polityczny. Nie lubię opowieści z polityką w tle, zastanawiam się czy nie ma lepszych książek w polskiej literaturze, które lepiej przedstawiają powojenne społeczeństwo z jego realiami.

środa, 27 kwietnia 2011
Angielski pacjent, Michael Ondaatje

Angielski pacjent (The English Patient), Michael Ondaatje, tłumaczenie Wacław Sadkowski, C&T 2001

 Angielski pacjent, ichael Ondaatje

Dawno nie czytałam książki przez którą dosłownie bym brnęła niczym w gęstym mule rzecznym. Myślę, że popełniłam błąd taktyczny zabierając się w ogóle za polską wersję, ale oryginału nie miałam pod ręką. Już się na pewno domyślacie, że powieść nie zdobyła mojego uznania i szczerze mówiąc miałam ochotę ją odłożyć w diabły. 

 Jak napisano na okładce "to utkana z niedomówień opowieść" i na prawdę trudno się z tym nie zgodzić. Jeśli chodzi o niedopowiedzenia, bezustanne retrospekcje, mieszające się wspomnienia bohaterów ta książka bije na głowę wszystkie jakie dotychczas przeczytałam. Wymaga od czytelnika sporo cierpliwości i uwagi, by w ogóle można się było zorientować "co tu jest grane". Bohaterami są tytułowy pacjent, Hannah - pielęgniarka, Caravaggio - szpieg i złodziej oraz hinduski saper. Ci tak różni od siebie ludzie żyją sobie przez czas jakiś w ruinach opuszczonego, włoskiego klasztoru, który w trakcie wojny był szpitalem. Wszyscy oni przepędzają tam dni na niczym konkretnym, no może poza Hindusem, który pracowicie rozbraja niewypały. Właściwie to wymienioną przeze mnie kobietę pociągają wszyscy trzej mężczyźni, każdy w swój sposób, ale kocha jednego. Owy angielski pacjent jest ciężko poparzonym człowiekiem, który stracił nie tylko naskórek ale twierdzi, że i pamięć, z katastrofy której ocalał ma przy sobie historie Herodota, tylko one łączą go z poprzednim życiem. Caravaggio też jest człowiekiem okaleczonym, zarówno fizycznie jak i duchowo, uzależnionym od morfiny, którą lekką ręką rozdysponowuje Hannah. To dla niej przybył tutaj. Z poparzonym zaprzyjaźnia się jeszcze Kip-saper, ten dla odmiany nie podkrada morfiny tylko mleko skondensowane.

Oczywiście w końcu poznajemy prawdziwą tożsamość pacjenta Hanny i jego tragedię. Mamy więc w powieści dwie historie miłosne, jedną tkwiącą w przeszłości rannego i drugą rozgrywającą sie na naszych oczach. Wszystko opowiedziane bez zbędnego melodramatyzmu ale ze sporą dozą liryzmu.

 Z jednej strony styl autora jest niezwykle liryczny, wyrafinowany, świadczy o znakomitym władaniu językiem, z drugiej strony zdarzały się momenty wręcz toporne, za pewne z winy tłumaczenia. Jednak te subtelności to nie moja bajka, choć pisarz przedstawia temat wojny w dość oryginalny sposób. Autor skupia się na przedstawieniu wojny w odczuciach i doświadczeniach swych bohaterów. Bo przez te ostatnie lata to ona bardzo ich zmieniła i teraz na nowo muszą budować nowe życie i tożsamość. Choć jak widać żadnemu z nich się nie spieszy. Tu nie ma chwały, tylko destrukcja, którą za sobą prowadzi, niszczy związki międzyludzkie i całkowicie unicestwia nie tylko duchowo ale i cieleśnie. Właściwie to najbardziej podobał mi się koniec tej książki i to nie tylko dlatego, że wreszcie ją zakończyłam, ale dlatego, że Odaatje świetnie posłużył się wątkiem bomb atomowych. Saper, który ryzykuje własne życie dla innych, by uratować ich przed śmiertelna eksplozją, który w dodatku nie jest "białym", inaczej odczuwa dwuznaczne moralnie posunięcie Amerykanów, niż reszta bohaterów książki. Ta tragedia milionów Japończyków sprawia, że jego życie brutalnie przyjmuje inny obrót.

Booker Prize 1992

środa, 20 kwietnia 2011
Paragraf 22, Joseph Heller

Paragraf 22 (Catch 22), Joseph Heller, Wydawnictwo Albatros 2008

 Paragraf 22, Joseph Heller

"Paragraf 22" poleciło mi kilka osób, więc tym chętniej sięgnęłam po książkę. Właściwie to nie wiem co sobie wyobrażałam na jej temat, dość powiedzieć, że jej bohaterowie mnie zaskoczyli. To istny zbiór szaleńców, typów nieprzystosowanych, wariatów, ale, ale, może to wojna uczyniła ich takimi?

"Ludzie dostali szału i dostawali za to medale."

Mamy gorący okres drugiej wojny światowej, rok 1944. Jednostka Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych stacjonująca na zachodzie Włoch, do której trafił główny bohater, to świat oderwany od rzeczywistości, rządzący się własnymi prawami. Teoretycznie by żołnierz został zwolniony ze służby musi odbębnić odpowiednią ilość nalotów, których obecna liczba to 50. Jednak dowódca w każdej chwili może zwiększyć tą ilość, powody do takiej decyzji mogą być bardzo różne, ale najczęściej są dość absurdalne i błahe. Jednak szeregowcom nie wolno się przecież zbuntować, muszą wypełniać rozkazy, a za niesubordynacje mogą zostać postawieni przed sąd polowy. Według mistycznego paragrafu 22:

 "Był więc tylko jeden kruczek - paragraf 22 - który stwierdzał, że troska o własne życie w obliczu realnego i bezpośredniego zagrożenia jest dowodem zdrowia psychicznego."

Czyli nici z udawania wariata, więc każdy z żołnierzy lata codziennie do dowódcy w nadziei, że go odwołają nim liczba nalotów wzrośnie. Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że pojedyncze akcje nie mają znowu tak wielkiego znaczenia strategicznego i Amerykańscy wojacy są traktowani jak mięso armatnie. Nic dziwnego, że zachowanie niektórych z nich zaczyna, delikatnie mówiąc, odbiegać od normy.

Powieść jest przesycona czarnym humorem i spowijają ją opary absurdu, który ograbia wojnę z całego jej patosu oraz żołnierskiego heroizmu. Niezłym kontr porównaniem może tu być "Dywizjon 303" - zupełnie inna bajka. U Hellera bohaterowie najczęściej tylko  kombinują jak tu wylądować w szpitalu gdzie "nie mogli zapanować nad śmiercią, ale z pewnością narzucali jej normy przyzwoitego zachowania. Nauczyli ją dobrych manier."

Krytyka zbiurokratyzowania wojny i podporządkowania zindywidualizowanych istnień ludzkich pod śmieszne paragrafy. Koncepcja Hellera przypomina trochę "Proces" Kafki. Yossarian, który zdaje sobie sprawę, że owy tytułowy przepis nie istnieje musi pogodzić się z tym, że ponieważ wszyscy w niego wierzą i stosują nie da się go obejść ani tym bardziej zlikwidować, bo przecież nie ma czego likwidować. Do tego wszystkiego cielesny horror zaserwowany czytelnikowi w niektórych akapitach. Ranny młody żołnierz opisany jest brutalnie i bez żadnej żenady, to najczystsza groza pozbawiona jakichkolwiek duchowych złudzeń. Tu nie ma miejsca na męstwo i bohaterstwo pozbawione ciała, bohaterowie powieści są z krwi i kości, umierają w okrutny sposób. Gnębią tu nas jeszcze pytania o moralność, patriotyzm, dobro jednostki czy grupy oraz nieokiełznaną chciwość i jej wszystkie możliwe konsekwencje.

Absurd goni absurd. Dodatkowego smaczku powieści dodaje fakt, iż jej autor był bombardierem w trakcie wojny, to też daje do myślenia.

Parę złotych myśli:

 "Dawniej bardzo mnie podniecało ratowanie ludziom życia. Teraz zastanawiam się, po cholerę ja to robię, skoro oni i tak muszą umrzeć."

"Byli tępi; samopoczucie mieli znakomite. Cieszyli się, że zdążyli jeszcze na wojnę i że będą mogli poznać smak walki."

"To był cud. Bez większego trudu można było przekształcić występek w cnotę, oszczerstwo w prawdę, impotencję w abstynencję, bezczelność w skromność, rabunek w filantropię, złodziejstwo w zaszczyt, bluźnierstwo w mądrość, brutalność w patriotyzm i sadyzm w wymiar sprawiedliwości. Każdy mógł to zrobić; rzecz nie wymagała specjalnych zdolności. Wystarczyło nie mieć charakteru."

"Generał był przeciwny małżeństwu swojej córki z pułkownikiem Moodusem, ponieważ nie lubił chodzić na śluby."

poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Ziele na kraterze, Melchior Wańkowicz

Ziele na kraterze, Melchior Wańkowicz, Wydawnictwto Naukowe PWN, Warszawa 1993

Ziele na kraterze, Melchior Wańkowicz 

Odkrywam Wańkowicza na nowo i postanowiłam ponownie przeczytać jego "Ziele na kraterze". Cóż mogę napisać poza tym, że jestem bezkrytycznie zachwycona. Jak nie podziwiać kogoś kto w tak całkowicie niezwykły sposób umie opisać swoją rodzinę. Pamiętamy, że mamy tu do czynienia z mężczyzną, dziennikarzem, wojennym korespondentem dowcipnisiem, który nie uznaje zbytnich sentymentów. A jednak ten styl, dobór słów, którymi przedstawia czytelnikowi swe dorastające córki, jest niezwykły i jedyny w swoim rodzaju. Ach, umieć tak pisać! Przy bogactwie językowym autora moja recenzyjka wydaje mi się tak potwornie uboga i "niedorobiona". Dziennikarz dzieli się z nami rodzinnymi wspomnieniami i czyni to bez patosu, zbytniego sentymentalizmu i całego tego "tiu, tiu".

Pierwsza córka, Krystyna - wieczny Pyton, przychodzi na świat w 1919 r., w niecałe dwa lata później Marta - Tirliporek potworek. Jedna skryta, poważna, druga dowcipna, rozgadana i psotna. W tej urokliwej części mamy opisy zabaw jakie serwował tato córkom w pociąg z przesiadkami w Kłujewie i Szczypinie. Opisuje ważną rolę baj i opowieści, w tym wręcz terapeutyczną Sierotkę Marysię. Rodzinne wycieczki kajakiem Kuwaką, wyjazdy do Jodanowa, trudy ścieżki edukacyjnej czy wreszcie powstanie Domeczku - rodzinnej przystani. Wiele zdradza nam pisarz o samym sobie, swojej młodości oraz o żonie, Króliku tej mamie-pocieszycielce. Mamy więc też echa pierwszej wojny światowej czy rusyfikacji w polskich szkołach. I wszystko to napisane z humorem, w gawędziarskim stylu, mnożą się żarty, kpinki i dykteryjki.

Książka jest taką swoistą mieszaniną stylów i znajdziemy tu nie tylko teksty autora "Bitwy pod Monte Cassino" ale i jego córki Marty.

„Ojciec dał nam smak życia, łapczywość na dźwięk, barwę, smak, zapach. Konspirując przed ciotkami, a nawet czasami chwilowo przed mamusią, ojciec nawiedzał z nami jakieś szyneczki, zabawy podmiejskie. Był czasem zaambarasowany naszym soczystym słownikiem, ale sądzę, ze mało która z moich rówieśniczek w Polsce zna tak dobrze język polski z jego grającą gamą cieni, z jego slangiem ulicznym, gwarą chłopską, żargonem polsko-żydowskim, wszystkimi wibracjami góralskimi, kresowymi i kaszubskimi”. 

Jak to u Wańkowicza, język jest barwny, kwitnący przeróżnymi polskimi powiedzonkami, polszczyzna wysokiej próby. Styl tak bardzo zindywidualizowany, klarowny.

W tej rodzinnej opowieści cykl życia jaki zatoczył koło nadaje treści formę. Od narodzin i wzrastania ku śmierci i ponownym narodzinom. Tragedia matek, które straciły swe dzieci w powstaniu warszawskim robi piorunujące wrażenie, jak sobie do tego pomyślę, że autora "Na tropach Smętka" nie było wtedy w Polsce a potrafił oddać ten nastrój, te mroczne chwile i ogrom przygniatającego nieszczęścia.

"Gdzież i jak było szukać, jak i gdzie jeszcze kopać w milczącej ziemi? Odpływała fala matek, które znalazły i pochowały pomordowane dzieci. Tym samotniejsze te, które szukają. Na Skorupki dzień w dzień wynędzniała kobieta prymitywnymi narzędziami odwala ruiny domu. W Ogrodzie Krasińskich blondyna ze śladami piękności, dosyć starannie ubrana, mówi z pogodnym uśmiechem, że już zebrała wszystkie części syna, tylko jeszcze nie może znaleźć głowy. Ludzie pierzchają od tego uśmiechu."

Książkę kończy list Tili do matki, który napisała zaraz po urodzeniu swej pierwszej córeczki. W tych słowach jest pocieszenie dla rodziców strapionych niewyobrażalną stratą dziecka i wizja szczęśliwej przyszłości, która z czasem znów nadejdzie.

Myślę, że czytając "Ziele na kraterze" każdy znajdzie wiele tych niezwykle pięknych i ulotnych momentów rodzinnych, które sam przeżył. Bezradność rodzica wobec śmierci własnego dziecka jest  tak samo rozpaczliwa mimo odmiennych warunków i powodów tragedii. To osobisty hołd Melchiora Wańkowicza dla rodziny, jej małych radości, ogromnych żalów, mocnych więzi, ulotnych wspominek.

czwartek, 20 stycznia 2011
1Q84, Haruki Murakami

1Q84, Haruki Murakami, przełożyła Anna Zileińska-Elliott, MUZA, Warszawa 2010

 1Q84

To druga powieść tego autora, jaką czytam i mimo mojego skromnego doświadczenia w materii twórczości Murakamiego, od razu mogę stwierdzić, że ma on dość niezwykły, aczkolwiek niepowtarzalny styl. Myślę, że to swoisty przejaw talentu pisać tak, by czytelnik od razu mógł rozpoznać wykreowany świat pisarza i nie pomylić go z żadnym innym. Ten styl jest niesamowicie charakterystyczny, nie zdążyłam jeszcze do niego przywyknąć ani go zgłębić, odnoszę jednak wrażenie, że tego twórcę albo się czyta z oddaniem albo omija szerokim łukiem.

Otwarcie przyznam, że pomimo dość zakręconej fabuły książka zdołała wciągnąć mnie na tyle, że nie wiedziałam kiedy śmignęłam przez prawie 500 stron. Co najlepsze, akcja rozpoczyna się tak naprawdę dopiero pod koniec powieści, gdy już poznajemy przeszłość dwojga głównych bohaterów i wreszcie wszystkie nici skomplikowanych połączeń ukazują się naszym oczom.

Dwoje głównych bohaterów to niezwykłe osobowości, Tengo i Aomame, on zdolny matematyk o pisarskich ambicjach, ona trenerka na kursach samoobrony i zabójczyni "w słusznej" sprawie. Wydaje się, że nie mają ze sobą nic wspólnego, ale w miarę rozwoju fabuły widzimy jak bardzo ich losy ocierają się o siebie. Postacie wielowymiarowe, przemyślane, kryjące w sobie wiele tajemnic - jak prawdziwi ludzie. Choć chyba najciekawiej wypada Fukaeri, młoda autorka "Powietrznej poczwarki", którą Tengo podejmuje się poprawić (powieść, nie autorkę), tak aby  dopracowana w ten sposób jej historia znalazła uznanie. Jak widać w powieści mamy wiele problemów natury etycznej. Czy można samowolnie wymierzać sprawiedliwość każąc śmiercią, jakie mamy do tego prawo? Czy bestialstwo innych usprawiedliwia nasze własne? O sprzedajności literackiego rynku i jego podwójnej moralności, sztucznej uprzejmości wydawców, recenzentów i naiwności ludzkiej. Autor pisze samej ludzkiej naturze, o tym jak słabi potrafią być ludzie. No i wreszcie kontrola, inwigilacja i sekty, ich ingerencja w życie jednostek.

Z drugiej strony patrząc, tak z boku na fabułę, to jej zawirowania są momentami komiczne i niewiarygodne. Dziewczyna schodzi po metalowej drabince z autostrady i przypomina się jej jak kiedyś z przyjaciółką zabawiały się niegrzecznie w hotelowym łóżku, potem wsiada do pociągu, dojeżdża do hotelu i zabija tam mężczyznę szpikulcem. mocny początek a potem prawie nic się nie dzieje, momentami rozmowy bohaterów są dość puste i jałowe. I to jest taki mały fenomen, że mimo kiczowatości pewnych fragmentów czytałam momentami jak zauroczona. Autor ma niezwykłą wyobraźnię.

seria: 1Q84 tom 1

niedziela, 28 listopada 2010
O czytaniu powieści

 

 "Każdy, czy to dżentelmen, czy dama, kto nie znajduje przyjemności w dobrej powieści, musi być nie do wytrzymania głupi."*

*"Opactwo Northanger" Jane Austen, w tłumaczeniu Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej

piątek, 19 listopada 2010
Król trędowaty, Zofia Kossak

Król trędowaty, Zofia Kossak,. P.A.X.,1971

Król trędowaty

To moja druga książka jaką czytam Zofii Kossak i ugruntowywuje ona moją opinię o jej pisarstwie. Na pewno przeczytam jej kolejne książki, wierzę iż jest to autorka warta kontynuowania tej znajomości. Oczywiście nie wszystko mi się podoba, ale nie są to jakieś poważne zarzuty.

Jerozolima znajduje się w niewesołej sytuacji, młody król nie dość, że naprawdę młody (14 lat) to jeszcze i trędowaty. Rada wiecznie skłócona, templariusze zakonów zwalczają się na wzajem, a dziewki na dworze uprzykrzają życie panom. Smutny to obraz nieszczęśliwego młodzieńca, gnębionego straszliwą chorobą, gnijącego za życia, nim tak na prawdę zdołał tego życia użyć. Jednak mimo wszystko młodzieniaszek okazuje się mieć głowę na karku, by w sytuacji pozornie beznadziejnej, odnaleźć w sobie siły i odwagę, stanąć do walki i zwyciężyć. Biorąc pod uwagę, że był w kiepskim stanie, a większość rycerstwa opuściła miasto, jego zwycięstwo budzi tym większy podziw. Saladyn wyprawił się na Askalon z zamiarem zajęcia miasta, lecz spotkała go niespodzianka w postaci pięciuset rycerzy i ich dowodzącego trędowatego króla. Według kronikarzy i Kossak na morale rycerzy tak skutecznie podziałała postawa władcy i jego modlitwy przed bitwą do relikwii Krzyża Świętego. Po przegranej sułtana został zawarty pokój, przynajmniej na jakiś czas, bo krewcy Frankowie i tak później pokpili sprawę, ale tego Baldwin IV już nie dożył.

Lariviere Th Battle of Montgisard

"Krzyżowcy" zrobili na mnie o wiele większe wrażenie, ale może to dlatego, że autorka nie miała tu aż takiego długiego pola do popisu. Mamy kilka ciekawych motywów i parę postaci, jednak wszystko jest ledwie nakreślone, zwłaszcza wobec epickiego rozmachu poprzedniego tomu. Ciekawie jeszcze wypada Saladyn, władca mądry i przenikliwy wraz ze swoimi wątpliwościami natury religijnej, można powiedzieć, że ma mały kryzys wiary i patrzy, który z proroków wygra tę wojnę. Sama wojna natomiast okazuje się igraszką ludzi, poddaną ich podstępom i zabiegom. Jeśli chodzi o religijność samych chrześcijan to mogę napisać, że zeszła ona na tylni plan, co innego im w głowie. Bohaterowie mimo codziennych pozdrowień i ustnych zapewnień o czci Grobu Świętego nie myślą o nim na prawdę, wszystko stało się dla nich formułą, codziennym schematem obrządku religijnego, do którego nie przywiązuje się wagi.

Po trosze drażniąca i smutna to powieść, a to przez samych bohaterów, nieudacznicy, knujący zdrajcy, swarliwe samolubne białogłowy - trudno tu o kogoś wzbudzającego sympatię, oprócz Baldwina IV. Chrześcijanie wykazują się indolencją, wkurzając czytelnika, że takie z nich niemoty, nie umiejące obronić świętego miasta, na którym im niby tak zależy.

Może owa maniera z jaką pisze pisarka jest też kwestią narzuconego stylu i wymogów jakie sobie postawiła pisząc na średniowieczną modłę.  Momentami męczące "natchnione" momenty zdarzające się często przy opisach, na pewno pochodzą z dobrych chęci bycia wiernym średniowiecznym klimatom językowym i kulturowym. Cóż, braku stylu nie można jej zarzucić, ale czytaniu kilkustronicowego opisu krzaczka, z któren był wykonany Krzyż Święty może zabić ciekawość dalszego ciągu. Lecz wobec mojej pasji do średniowiecznych powieści i całkiem zręcznego podejmowania przez autorkę wątków historycznych można na to przymknąć oko.

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

"Krzyżowcy"

Źródło: Wikigallery

poniedziałek, 15 listopada 2010
Lato przed zmierzchem, Doris Lessing

Lato przed zmierzchem (The Summer Before the Dark), Doris Lessing, tłumaczyła Rewkiewicz-Sadowska Barbara, WAB

 Lato przed zmierzchem

Niemiła powieść lecz na pewno konieczna, trochę jak środek na przeczyszczenie.

Kate Brown to kobieta osadzona wygodnie w swojej bezpiecznej rzeczywistości przyzwyczajeń i rutyny. Tkwi w swoistym marazmie, który wypracowała sama przez dwadzieścia kilka lat. Nagle dostaje ofertę pracy na stanowisku tłumacza konferencyjnego, spotkania na międzynarodowym szczeblu, możliwość wypróbowania kilku obcych języków, dobra płaca - takie duperele współczesnej szansy na sukces. Nasza bohaterka wcale nie jest z początku zachwycona, ma obawy, iż bez niej jej dorosłe dzieci i mąż nie dadzą sobie rady z prowadzeniem domu. Nie zrozumcie mnie źle, wcale nie drwię (prawie), bohaterka ma przed owym Nowym autentyczne obawy. Ale czy mimo tego biurowego blichtru jej życie zmienia się w jakiś sposób? Kate przeszła już przez większość życiowych etapów, była matką, wychowała czwórkę dzieci, które stoją teraz na progu dorosłości, wraz z mężem prowadzi długoletni związek, oparty na szczerych rozmowach przez duże R. Jednak dzieci już jej nie potrzebują, każde z nich prowadzi własne życie, a dom rodzinny traktują jak hotel. Mąż od dawna ją zdradza, a ona o tym doskonale wie i pogardza nim za to jednocześnie nadal pracując z nim o utrzymanie małżeństwa. Ich współżycie to farsa, opiera się na fundamentach przyzwyczajenia i konwenansów. Oboje trzymają się pewnych społecznie ustalonych norm. Kate nie studiowała, tylko od początku oddała się rodzinie, teraz ma sznansę wykorzystać swoją wiedzę. Kilka letnich miesięcy uświadamia jej jakie jest jej miejsce w tych społecznych układach i co może zmienić. Bohaterka analizuje swoje ja, wnika w głąb siebie, otwiera się i odnajduje swoją fokę. Tak, właśnie fokę, prześladującą ją w snach jak wyrzut sumienia, którą taszczy później w kierunku morza przez kilka miesięcy - wewnętrzna przemiana nastąpi wraz z objawieniem i foczka zapluszcze w oceanie. Zmiany zachodzą powoli, to rewolucja kontrolowana, nasza bohaterka uczy się samej siebie na nowo. Klatka, w której ona sama siebie zamknęła jest ciasna. Musi pogodzić się z tym, że nie jest nie zastąpiona, wszyscy członkowie rodziny doskonale poradzą sobie bez niej.

„Nie wiem nawet, co ma dla ciebie wartość. Nie przejeżdżałam po złotym trakcie do Katmandu ani nie napisałam dysertacji naukowej. Po prostu wychowałam rodzinę…”.

Normalnie matka Polka. Złudne pragnienie zapewnienia swojej rodzinie tzw. "ciepłego domu" spowodowało, że Kate stała się ich cieniem i zatraciła samą siebie.

„Czuła się czasem jak ranny ptak zadziobywany na śmierć przez zdrowe ptaki”.

Podobał mi się w tej powieści motyw stroju i fryzury jako munduru, nasuwa to na myśl, że tak wiele przez ostatnie wieki się nie zmieniło. Pewne rzeczy wypada nosić, a inne nie, niektóre fryzury nie przystoją i mimo, że nie krępują już nas fiszbiny gorsetów to ograniczeni jesteśmy konwenansami. Główna bohaterka tak bardzo jest nimi skrępowana, że nie założy ekscentrycznych ubiorów bo liczy się z opinią własnych dzieci, które nie pochwalają takich "ekscesów". Co by to było gdyby pokazała się nie uczesana na trawniku przed domem!

To powieść dla kobiet nie bojących się zmierzyć ze sobą, zajrzeć do klatki. Rewizja kondycji kobiety w nowoczesnym społeczeństwie, obraz jaki się wyłania z powieści Doris Lessing na pewno nie jest optymistyczny.

Literacka Nagroda Nobla 2007 

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

"Piąte dziecko"

seria wydawnicza : Don Kichot i Sancho Pansa

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka