środa, 14 września 2011
Bez serca, Józef Ignacy Kraszewski

Bez serca, Józef Ignacy Kraszewski

Bez serca, Józef Ignacy Kraszewski

Tytułowa bez serca, to córka pułkownika, dziewczę niezwykle piękne, pyszne i zarozumiałe. Bogini urody żyje wraz z ojcem w Wiedniu, na jej nieszczęście papa nigdy się dorobić nie umiał i młoda musi teraz nieźle kombinować, jak wydać się za świetną partię. Kobietka-kokietka ambicje ma wysokie, w ciemię bita nie jest i pragnie wykorzystać do oporu wszystkie swoje atuty. Ponieważ nie ma majątku, nazwiska czy koligacji tylko swą ładną buźkę tym bardziej trzeba podziwiać taką przedsiębiorczość i nieustraszoną ambicję. Co prawda zbliża się już do niebezpiecznej granicy wiekowej (ma 23 lata), ale przez ostatnie lata sporo się nauczyła w towarzystwie, do którego wszelkimi sposobami próbuje się wkręcić na własną rękę. Powolny i posłuszny jej we wszystkim ojciec nie stanowi żadnej realnej pomocy, do tego gospodyni, Balbina, z którą jest wiecznie na wojennej ścieżce. Wszystko dlatego, że papa kiedyś w zapale miłosnym zmajstrował sobie z nią drugą córeczkę. Taką właśnie zastajemy naszą heroinę - kapryśną, władczą, despotyczną a przy tym niezwykle obrotną, będącą własną stylistką, fryzjerką, agentem i PR-owcem a przy tym  panią swego losu, na tyle, na ile pozwalała jej XIX-wieczna obyczajowość. Istna femme fatal o czarnych oczach i alabastrowej cerze.

Po przemyśleniu stwierdzam, że Kraszewski ucina swą opowieść jakoś tak w środku, brakuje mi tu jakiegoś mocniejszego zakończenia. Fakt, że nieźle sobie pogrywał z fabułą i losy Roliny nie są dla czytelnika do końca przewidywalne, jednak brakuje mi tu jakiegoś bardziej stanowczego zakończenia, które nadałoby tej powieści jakąś bardziej spójną całość. Pozostaje ona przez to jedynie pobieżnym studium natury femme fatal, która przeżyła swoje wzloty i upadki. Rolina mimo dość stereotypowych cech jakimi obdarzył ją powieściopisarz wyróżnia się swoistym fatalizmem dla własnego losu. W pewnym momencie życia zdaje sobie sprawę, że nawarzyła sobie kaszy, ale nie rwie włosów z głowy a zdaje się dalej na owe niepewne wody doli i niedoli. Jest kobietą niezwykle pewną siebie, wręcz zadufaną, ale wie czego chce. Właściwie to ja ją od razu polubiłam i nie mogłam potępiać. Wyróżnia się na tle powolnych, niepewnych dziewczątek, które mogą szafować jedynie swą cnotą i niewinnością, ta nie daje sobie w kaszę dmuchać. Ma wady jak każdy i czerpie z życia pełnymi garściami. Jest bezczelna, ale nie spoczywa na laurach, uczy się szybko bo i nie raz dostaje od życia po łapach. Podobało mi się, że zaraz po obowiązkowej aczkolwiek krótkiej rozpaczy, bierze się do działania na własną rękę. Wie, że jedynym ratunkiem dla niej jest małżeństwo, tylko bogaty mężczyzna może spełnić jej oczekiwania, nie zawraca sobie więc głowy bankrutami - całkiem zresztą słusznie. Ona doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gdyby wyszła za mąż za ubogiego hrabiego zatrułaby życie sobie i jemu - jest więc w pełni świadoma własnych wad i bynajmniej nie ma zamiaru przechodzić przemiany duchowej dla ustatkowania się. Kompromis to obce jej słowo. Dzielna dziewucha.

"Bez serca" to powieść kosmopolityczna, z akcją w Wiedniu, Berlinie i "u wód", poruszająca doskonale już znane czytelnikom motywy. Pewna uniwersalność losów niektórych z bohaterów powoduje, że akcja może mieć miejsce niekoniecznie w XIX wieku i niekoniecznie w Wiedniu. Albo ja mam szczęście trafiać na dość zaradne bohaterki w powieściach Kraszewskiego, albo sam pisarz chciał coś przekazać swoim ówczesnym. Pewnego smaczku historii dodaje fakt, że pierwowzór Roliny omotał i naszego Kraszewskiego, zraniona duma mężczyzny znalazła ujście w pisarstwie.

poniedziałek, 27 czerwca 2011
Nieszczęsny narzeczony Aurelii, Mark Twain

Nieszczęsny narzeczony Aurelii (Aurelia's Unfortunate Young Man), Mark Twain, PIW 1960

Nieszczęsny narzeczony Aurelii, MArk TWain 

Po tym jak przeczytałam po raz pierwszy "Przygody Tomka Sawyera" i "Przygody Hucka Finna" od razu pokochałam dowcip i styl Marka Twaina, żałowałam, że nie sięgnęłam po jego książki dużo wcześniej. "Nieszczęsny narzeczony Aurelii" to zbiór przeróżnych felietonów, które owe poczucie humoru pisarza posiadają w stanie skondensowanym do tych krótkich form literackich.

Tytułowe opowiadanie to historia Caruthersa, którego pokochała Aurelia, młodzi zaręczyli się w błogiej szczęśliwości oczekiwali na ślub, jednak narzeczony zapadł na ospę, która go trwale oszpeciła. Na szczęście jego wybranka miała dobre serduszko i nie odwołała ślubu z tak nie twarzowego powodu, tylko przeniosła go na późniejszy termin, cóż z tego, gdy nasz fajtłapa znowu się uszkodził i znowu stracił trochę więcej ze swego męskiego czaru. Dzielne dziewczę powalczyło z sumieniem i postanowiło, że raz danego słowa się nie cofa. Jednak w tym tempie rozkładu jakiemu poddaje się przez nieszczęśliwe przypadki Caruthers, kto wie co z niego pozostaje i czy młoda dziewczyna wytrwa w swym honorowym postanowieniu.

W takim właśnie tonie, niepoważnym, drwiącym, pełnym humoru pisze Mark Twain swoje opowiadania. Bierze na warsztat typowe dla ludzi zachowania, postawy czy cechy charakteru, np. hipokryzję, chciwość, obłudę, naiwność, prostactwo, wyolbrzymiając je, tworząc groteskowe postacie, niepoważne oraz nieprawdopodobne wydarzenia. Wyśmiewa słabości Amerykanów i szydzi z nich w komiczny sposób. W dość pomysłowy sposób krytykuje naturę kobiecą i jej ułomności, ale nie można się gniewać gdyż robi to w taki dobroduszny i pełen dowcipu sposób. Dość, że nie oszczędza i samego siebie, jest obecny w niektórych z felietonów jak choćby w przezabawnej "Groteskowej autobiografii".

"Artur Twain był człowiekiem niewątpliwie wybitnym: pełnił on zaszczytne funkcje poborcy rogatkowego w epoce Wilhelma Rufusa. Mając lat mniej więcej trzydzieści udał się do jednego z owych wspaniałych, staro angielskich miejsc wypoczynkowych, zwanego Newgate, skąd nie było mu już dane powrócić. Zmarł tam nagłą śmiercią.

 August Twain narobił sporo zamieszania około 1160 r. Był to jegomość pełen humoru. Miał zwyczaj ostrzyć swą starą szablę, zaczajać się nocą w różnych zaułkach i rzucać się na przechodniów. Istnieją podejrzenia, że przeszywał on ludzi szablą, wyłącznie zresztą po to, aby obserwować ich zabawne konwulsje. Miał on wrodzone poczucie humoru. Ponieważ jednak posunął się w tej dziedzinie nieco za daleko, władze przychwyciwszy go na tego rodzaju igraszce, oddzieliły jedną część jego ziemskiej powłoki od drugiej. Część ta została umieszczona w pięknym i wyniosłym miejscu na Temple Bar, skąd przodek mój mógł się swobodnie przypatrywać ludziom i spędzać czas na godziwej rozrywce. Żadne miejsce nie przypadło mu nigdy tak bardzo do gustu i do żadnego miejsca nie przywiązał się nigdy na tak długo.

 Nasze drzewo genealogiczne wykazuje przez następne dwa wieki szereg szlachetnych rycerzy, którzy szli zawsze do bitwy z pieśnią na ustach tuż za armią i cofali się z dzikim wrzaskiem na jej czele. (...)"

Polecam jako odtrutkę na chandrę, trzy razy dziennie po jednym utworze, gdyby efekty nie były od razu widoczne proponuję zwiększyć dawkę. W zbiorku znajdziemy:

- Groteskowa autobiografia
- Jak redagowałem dziennik w Tennessee
- Nieszczęsny narzeczony Aurelii
- Jak kandydowałem na gubernatora
- Podróż międzyplanetarna
- Sytuacja bez wyjścia
- Dzieje grzecznego chłopczyka
- Dzieje niegrzecznego chłopczyka
- Literatura o wspaniałomyślnych uczynkach
- O fryzjerach
- Chłopczyk, policjant i Chińczycy
- Okazowy staruszek
- Rewolucja w Pictairn
- Ludożerstwo w wagonach
- Dzieje Wenus z Kapitolu
- Człowiek, który zdemoralizował Hadleyburg
- Pani McWilliams i dyfteryt
- Pani McWilliams i pioruny
- Rozczarowanie
- Obraz
- Sprawa wielkiego kontraktu mięsnego
- Rogers
- Romans eskimoski

poniedziałek, 13 czerwca 2011
Królowa Margot, Aleksander Dumas

Królowa Margot (La Reine Margot), Aleksander Dumas, Zielona Sowa 2009

 Królowa MArgot, Aleksander Dumas

Kiedyś w liceum zaczytywałam się Dumasem i jakoś mnie tak naszło na powtórkę z "Królowej Margot", nie ma czasem jak odprężenie przy klasycznej powieści płaszcza i szpady.

Mamy rok 1572, właśnie odbył się ślub Małgorzaty de Valois i Henryka Burbona, protestanckiego króla Nawarry. Małżeństwo ma załagodzić spory pomiędzy katolikami i  hugenotami. Do Paryża licznie przybyli goście obu wyznań. Jednak zaaranżowany ożenek Margot był podstępem, by ściągnąć do miasta niewygodnego króla i jego poddanych, i tak w noc św. Bartłomieja odbywa się straszliwa rzeź protestantów. Młoda królowa jest oburzona postępowaniem swej przewrotnej, mściwej rodziny i razem ze swym mężem zawiera układ o wzajemnej przyjaźni i zaufaniu - może nie Ribbentrop - Mołotow, ale zawsze oś. Razem grają wobec dworu zakochaną parę nie żałując sobie przy tym prywatnych "przyjemności", gdy ona ratuje młodego, pięknego szlachcica, a on odwiedza sypialnię pewnej zamężnej damy.

Wszystko to dzieje się w zimnych korytarzach Wersalu, za pięknymi kotarami ukrytych gabinecików i tajemniczymi, zakurzonymi przejściami. Żaden z bohaterów nie przebiera w środkach by dopiąć swego celu. Król Nawarry musi być niezwykle ostrożny, w końcu jego teściowa zabiła mu matkę zatrutymi rękawiczkami. I jak tu kochać teściową ja się pytam? Intryga pogania intrygę, niewinne wydarzenie może stać się przyczynkiem do wydania śmiertelnego wyroku, a kilka słów może spowodować nieodwracalne konsekwencje dla gaduły. "Wszakże przysłowie, że ściany mają uszy powstało dla murów Wersalu." 

Katarzyna de Medici wypada na niezwykle "uroczą" osobę, szafującą trującymi środkami niczym cukierkami na kaszel, jej stanowisko królowej matki zapewnia jej właściwie całkowitą bezkarność i nietykalność - taka szara eminencja. Nawet gdy jej zbrodnie zostają wykryte, dla zachowania sławy domu królewskiego trzeba będzie poświęcić najniewinniejsze duszyczki. Nie ma co kochająca mamusia, że aż strach. Sama Margot wypada tu dość niewinnie, jest kobietą uczciwą i sprawiedliwą, choć nie pozbawioną hipokryzji. Nie można jej się też dziwić, że będzie miała słabość do młodego, ślicznego młodzieńca, który wpada ranny do jej sypialni i błaga o litość. Przy wzorcach wychowawczych jakie zaserwowano jej na zamku dziewczę wypada i tak całkiem cnotliwie, wręcz bardzo ludzko.

Dumasowskie wątki nie robią już na mnie takiego wrażenia, dodatkowo dość mało oryginalne charaktery czarniejsze niż noc, choć takie wypośrodkowane postacie jak Margot zachowują tu  równowagę. No i charakterystyczna dla pisarza maniera delikatnego przesadyzmu w postępowaniu jego postaci. Człowiek czyta o takiej Katarzynie Medici i patrzy później na własną teściową podejrzliwym okiem.

piątek, 10 czerwca 2011
Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość, Lew Tołstoj

Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość, Lew Tołstoj, czyta Piotr Gasparski

 Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość, Lew Tołstoj

Po tylu utworach Tołstoja przyszedł czas na jego powieściowy debiut. "Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość" to pierwszy tom, który oczywiście nie wyczerpuje tematu i bogactwa życia pisarza, który posiłkował się charakterami i wydarzeniami z życia wziętymi. Jednak ja po drugi tom raczej nie sięgnę. Powiem szczerze, że nie przebrnęłabym przez to gdyby to nie był audiobook. Albo mam już przesyt Tołstoja albo wyjątkowo nudziła mnie ta książka.

Te autobiograficzne mini powieści są uniwersalną historią dorastania, a jednocześnie pierwszymi próbami Tołstoja zabawy z fikcją, napisane w pierwszym okresie twórczości a właściwie na samym jej początku , w latach 1852 - 1856, czyli młodzian miał wtedy ledwo po dwudziestce na karku. Może akcja nie jest tu najwłaściwszym słowem, a moment rozpoczęcia snucia opowieści wypada gdy nasz chłopiec ma dziewięć lat. Urocze są tu niektóre wspomnienia z okresu pacholęctwa, drobnostki i krótkie chwile, które zachowujemy w pamięci by wracać do nich już jako dorośli. Ulotne momenty skrupulatnie gromadzone i pielęgnowane. Edukacja młodzieńca, jego dorastanie, wspólne zabawy z rodzeństwem, rodzinne tragedie.

Nasz młodzian wyrasta pod okiem kolejnych prywatnych nauczycieli, w gronie sióstr i braci. Na starszego brata spogląda zawsze z mieszaniną podziwu i zazdrości, widząc braki  w swoim charakterze i wykształceniu. Gdy dorasta grupuje ludzi na prostaków i tych co są "comme il faut", czyli tych z dobrym akcentem francuskim, odpowiednim kształtem paznokci, noszących koszule z płótna holenderskiego i spodnie ze strzemiączkami. Dosyć prosta wizja świata powoli dojrzewającego młodzieńca.

Generalnie mówiąc w tej powieści to miłość jest tym co ludzi napędza, daje siłę i sprawia, że ich życie nabiera znaczenia. Stąd też niezwykle ważne miejsce matki w świecie dziecka, gloryfikujący obraz matczynej troski otaczającej dziatki. Tym cenniejszy, iż nietrwały ponieważ i matka Tołstoja zmarła gdy był dzieckiem.

Wspomnienia mają charakter bardzo rosyjski, jeśli mogę się tak wyrazić, ze wszystkimi rosyjskimi obyczajami rodzinnymi, sposobem wychowania, zachowaniem bohaterów. Jednocześnie zaś tekst jest przesycony zagranicznymi wpływami, zwłaszcza francuskim (Rousseau) i niemieckim (Goethe). Mamy tu przecież Bildungsroman w całej jej rozwlekłości. To powieść , która eksploruje drogi dorastania, odnajdywania przez młodych własnej ścieżki w społeczeństwie. Do tego niezwykła waga nadana wspomnieniom bohatera, jego rozmyślania, rozpamiętywanie przeszłości przywodziło mi momentami na myśl Prousta. No i to umiłowanie do detalu, że koszule miał szyte z holenderskiego płótna, a spodnie założył wreszcie ze sprzączkami.

Utworom brak dramatyzmu i emocji, które mogłyby porwać czytelnika, a przynajmniej ja pozostałam niewzruszona. Choć nie powiem mocny, aczkolwiek miły i uspokajający głos Piotra Gasparskiego bardzo mi pasował do historii przedstawionej przez autora. Do tego czytający aktor  łagodził moje negatywne emocje, które zawsze się gromadzą, gdy stoję w korkach. Powieść jest taką lżejszą wersją Tołstoja bez moralizowania.

wtorek, 07 czerwca 2011
Sonata kreutzerowska, Lew Tołstoj

Sonata kreutzerowska, Lew Tołstoj, tłumaczenie Maria Leśniewska, Znak 2010

 Sonata Kreutzerowska, Lew Tołstoj

Z przeczytanych ostatnio przeze mnie książek autorstwa Lwa Tołstoja to rozbudowane opowiadanie najmniej mi się podobało, stanowczo, pisarz lepiej się dla mnie sprawdza w formach dłuższych. Akcja toczy się w czasie jednej nocy, w pociągu, pasażerowie nawiązują przypadkową rozmowę, której tematem są kobiety i co za tym idzie małżeństwo, miłość itd. Każdy ochoczo wygłasza własne opinie, gdy do rozmowy wtrąca się przybysz i z rozbrajającą szczerością wyznaje, iż zabił swą żonę. Po tej dość szczególnej konfesji doszło do znacznej konsternacji w towarzystwie i tylko jeden śmiałek pozostał by wysłuchać historii Pozdnyszewa. Wcale im się nie dziwię, gdyby ktoś dosiadł się do mnie w przedziale i zaczął opowiadać jak ukatrupił swą połowicę od razu bym uciekła. I tak bohaterowie "Sonaty Kreutzerowskiej" jadą sobie pociągiem, mrok zapada, świece płoną, a szaleniec odkrywa przed nieznajomym swą duszę.

Typek zaczyna od wspominania swej młodości, co by usprawiedliwić się przed swym rozmówcą. Więc czytamy jakie to współczesne społeczeństwo rosyjskie zaślepione w swych skostniałych poglądach i fałszywe. Młodzi mężczyźni i chłopcy deprawują siebie na wzajem pod aprobującym okiem lekarzy i własnych rodziców. No bo przecież młodzież musi się wyszumieć, zabawić, użyć życia, a zwłaszcza "zapoznać się" z kobiecymi urokami. Już gimnazjaliści udają się tłumnie do domów rozpusty, gdzie zdobywają pierwsze "zdrowe" doświadczenia i w ten sposób ich stosunek do płci pięknej od początku jest spaczony, nacechowany hipokryzją. Połowę wieczorów spędzają w burdelach, a drugą na salonach rozglądając się za niewinną oraz obowiązkowo śliczną panną, lub chociaż majętną - kandydatką na przyszłą żonę. I tak syfilitycy za zgodą rodziców panny na wydaniu, zrywają w noc poślubną białe kwiatuszki.

Pozdnyszew ma pretensję do społeczeństwa, że takie ślepe, że nikt nie widzi tych bezeceństw, nazywanych przez wszystkich - normalnym stanem rzeczy. Krytykuje instytucje rządowe, które wspierają sprawne prowadzenie domów publicznych, wojsko za psucie chłopaków. Jak stwierdza on sam "statecznie oddawał się rozpuście" nie czyniąc z niej swego celu w życiu, gdyż dopiero wtedy był by prawdziwym rozpustnikiem. Ba, wydawało mu się, że jest człowiekiem uczciwym i prawym, bo żony nie poślubił dla jej majątku, a dla jej niewinności i urody. Jednak miesiąc miodowy nie przyniósł mu radości, tak jak późniejsze współżycie z małżonką, tylko dzieci były usprawiedliwieniem "świńskiego życia". Bohater naprawdę ma problem, nie tylko ze swoją osobowością ale i życiem seksualnym, najpierw się beztrosko zabawia, a później narzeka, że własny miesiąc miodowy to czysta rozpusta. Facet nie może się zdecydować, innych oskarżając o hipokryzję, sam nie widzi, że jest dość obłudny. W momencie gdy rodzinny lekarz stwierdza, że dobrze by było gdyby żona nie miała więcej dzieci, też ma same pretensje - no nie potrafi się chłop zdecydować. Żona tymczasem ma czas na zajęcia wychodzące poza sferę pokoju dziecinnego i zaczyna muzykować z pewnym skrzypkiem. Gdy tych dwoje gra sobie na przyjęciu, zazdrosny mąż zaczyna sobie wmawiać, że żona go zdradza, popada w obsesję i kroczy na granicy szaleństwa.

"Wściekła bestia zazdrości zaryczała w swej budzie."

Facet głupieje i w szale zabija żonę po powrocie z wyjazdu, gdyż w domu zastaje owego skrzypka. Teraz jeździ sobie pociągiem, wspomina, nie czując specjalnych wyrzutów sumienia.

Ja natomiast zdziwiłam się, że taki typek rozbija się po pociągach zamiast gnić w więzieniu. Ale o meandrach prawa karnego i obyczajowego Tołstoj szerzej rozpisuje się w "Zmartwychwstaniu", które mi się zresztą bardziej podobało, wolę historie bardziej zabudowane fabułą w wydaniu tego pisarza.

niedziela, 29 maja 2011
Zmartwychwstanie, Lew Tołstoj

Zmartwychwstanie, Lew Tołstoj, tłumaczenie Wacław Rogowicz, ZIELONA SOWA 2010

Zmartchwywstanie, Lew Tołstoj

Jakoś uczepiłam się tego Tołstoja, ale to dlatego, że naprawdę mnie wciągnął, jest coś takiego w jego literaturze, co pozwala zagłębić się spokojnie w jego powieść, jak w stary, wysłużony, ale niezmiernie wygodny fotel. "Zmartwychwstanie" mimo dość nagminnego tonu moralizatorskiego w podtekstach, też mnie właściwie nie zawiodło. Książka wydana po raz pierwszy w 1899 r., czyli jeszcze w XIX wieku była pierwszą powieścią po 25 latach "milczenia" (w ym okresie wydawał jedynie krótsze formy prozatorskie) i oczywiście z niecierpliwością oczekiwaną. Ba, sam pisarz stwierdził, że lepszą niż "Wojna i pokój" czy "Anna Karenina", no mogłabym się tu z nim pokłócić.

 Dymitr Iwanowicz Niechludow, bogacz i właściciel ziemski o sporych dochodach używa życia jak społeczeństwo przykazało. Wydaje duże sumy pieniędzy na bezsensowne zakupy, grywa, z obowiązku posiada kochankę, ale i zaleca się do pewnej pięknej panny - jednym słowem nie odstaje od światowego towarzystwa. Jednak pewnego dnia obowiązek obywatelski każe mu zasiąść w sądzie by czynić powinność przysięgłego, a tam w oskarżonej o otrucie prostytutce, rozpoznaje byłą kochankę. Cóż za niezwykły przypadek! To zrządzenie losu, jak się okazuje ma zbawienne skutki na duszę naszego grzesznika, bo ten jak rażony piorunem zdaje sobie nagle sprawę z popełnionych przewinień. Ba, mało tego, jego dusza odradza się w tym momencie, albo lepiej powiedzieć oczyszcza z grzesznego osadu jaki naniósł się w jej progi przez ostatnie lata przebywania wśród elit. Bo to wszystko warunki winne, nie człowiek. Dymitr we wczesnej młodości był nieskalanym chłopcem, idealistą, który ziemię odziedziczoną po ojcu z litości i dobrych chęci chłopom oddał. Jako owe studiujące i nieskażone pachole poznał czarnooką, śliczną Katiuszę, wychowanicę jego ciotek i zapałał do niej miłością równie nieskazitelną i niewinną. Nawet jej nie zwiódł na drogę niecnoty, tak prawy był w owym czasie. Oczywiście taka duszyczka nie mogła zostać nie zbrukana i nasz chłopak nauczył się życia używać w wojsku, powrócił później na wieś do ciotek jako zdeprawowany chłopak po pierwszych wtajemniczeniach, tam uwiódł niewinną dziewczynę i wyjechał w dniu następnym, rzec można - po angielsku. Ta przeszłość cała, dotarła do niego  na rozprawie sądowej i "zobaczył, że źle czyni".

"Bóg, który w nim żył, zbudził się w jego świadomości." - beatyfikacja bohatera już za progiem. Można powiedzieć, że nastąpiła zmiana w jego postępowaniu i myśleniu o 180 stopni. Nie tylko zdał sobie sprawę, że zrujnował komuś innemu życie, ale zaczął rozmyślać nad przyczynami takiej niesprawiedliwości w świecie. A gdy już rozpoczął myślenie, wnioski same zaczęły dobijać się do jego umysłu. Nagle okazało się, że ludzie biedni cierpią taką biedę, że ledwo rodzinę wyżywić mogą, jedno rosyjskie prawo nie obowiązuje tak naprawdę wszystkich, bo gdy w nędzarzach inni znajdują kozły ofiarne, prawdziwi sprawcy przestępstw nie zostają pociągnięci do odpowiedzialności. Nagle świat jawi się jako niesprawiedliwe miejsce, gdzie jedni balują i myślą tylko o sobie, a inni cierpią niezasłużenie. Gdy to wszystko dociera do Niechludowa postanawia on wyjść za mąż za urokliwie zezowatą Katję, czynić dobro i pomagać innym.

Tołstoj sprawnie ukazuje nam ludzi omotanych skomplikowanymi społecznymi zależnościami, które sprawiają, że nie żyją oni tak, jak by tego chcieli, ba, tak tkwią w konwenansach, narzuconych opiniach, schematach, że nie zauważają tego i sami nie wiedzą czego chcą. Życie jest  sprawą dość skomplikowaną i ukazywanie tego najlepiej wychodzi autorowi "Zmartwychwstania". Te wszystkie absurdy społeczeństwa, które samo sobie wikła sieć, w którą wpadają kolejne ofiary. Niesprawiedliwość prawa karnego, samolubstwo ludzi zajętych tylko własnymi potrzebami, człowiek to egoistyczne stworzenie. Stanowczo maj upłynie mi pod nazwiskiem Tołstoja.

czwartek, 19 maja 2011
Wojna i pokój, Lew Tołstoj

Wojna i pokój, Lew Tołstoj, PIW, 1984

 Wojna i pokój, Lew Tołstoj

Zdopingowana przez kochającą powieści historyczne babcię, "Wojnę i pokój" przeczytałam już dawno, dawno temu. Teraz, po latach dopatrzyłam się w niej paru motywów i symboli, których oczywiście wcześniej nie miałam szans zauważyć, no i nie czytałam już dla poznania samej treści. To co rzuciło mi się od razu w oczy to nieskończone pokłady ironii rosyjskiego pisarza i jego dystansu. Nie raz czytając któryś z tomów uśmiechałam się do siebie pod nosem, nie chodzi tu o jakieś otwarte żarty ze strony autora, ale delikatną ironię tkwiącą w treści, subtelnym komizmie sytuacji, ledwo uchwytnym w wypowiedziach bohaterów.

Tołstoj zainspirowany historią swych dziadków stworzył historię dość skomplikowaną i niezwykle złożoną, przy czym nie będę tu przedstawiać wszystkich czterech tomów, a poprzestanę na dość chaotycznych rozważaniach własnych (uwaga liczne spojlery).

Pierre Bezuchow to chyba najgłupsza książkowa postać z jaką miałam ostatnio do czynienia. Autor traktuje go z wyraźnym pobłażaniem i ironią, przynajmniej ja to tak odebrałam. Z jednej strony dorosły mężczyzna, z drugiej kompletny naiwniak, który pojęcia nie ma co się wokół niego dzieje. Nagłą zmianę swej pozycji w świecie przyjmuje z oszołomieniem, biorąc wszystko za dobrą monetę i tak przez trzy tomy co najmniej. Jakoś nie zauważa, że majątek który otrzymał w spadku predestynuje go do roli człowieka obytego, podziwianego, kochanego et cetera, podczas gdy wcześniej postrzegano go jako salonowego nudziarza. Ten boży prostaczek pełen jest jednak zapału i z zatrważającym zapałem poszukuje jakiegoś celu w życiu. Nie znajdzie go bynajmniej w pierwszym małżeństwie, działalności masonerskiej ani reformach socjalnych, jego morderczym planom zabójstwa Napoleona też brakuje planu i rozwagi, zresztą i tak zbacza gdzieś po drodze.

Natasza Rostowa dorównuje poziomem inteligencji Pierrowi i od początku wierzyłam, że są dla siebie stworzeni. Gdy księżniczka Maria pyta się naszego nierozgarniętego bohatera, jaka jest przyszła narzeczona jej brata, ten melancholijnie odpowiada, że "nie raczy być rozumna" - no jak dla mnie bomba. Jest co prawda czarująca, ale nie wiadomo dlaczego. I ja tą opinię naprawdę popieram, przez całą prawie powieść tylu bohaterów uważa Nataszę za absolutnie niezwykłą i ujmującą, nie wiadomo dlaczego. Rozpala w mężczyznach żar, inspiruje uśmiechając się szelmowsko i zachowując w dużej mierze jak dziecko, taka swawolna i wolna dusza rosyjska. Jednak nawet ta bohaterka dorasta, bardzo tyje i znajduje sens życia w macierzyństwie (to, że sama doglądała dzieci świadczy o niezwykłym poświęceniu i miłości do nich, w końcu od tego były bony i takie tam) oraz byciu przykładną żoną. No cóż, to jednak pisał facet w XIX wieku, "Anna Karenina" będzie później.

Andriej Bołkoński jest przyjacielem Pierra i jego całkowitym przeciwieństwem, zimny cyniczny, skryty w sobie - typ mroczny. To człowiek rozgarnięty i inteligentny choć nie na tyle by zauważyć, że pakuje się w kolejne nieudane małżeństwo. Oświadcza się oczywiście Nataszy, która swoją prostotą, naiwną radością i brakiem wykształcenia przypomina jego pierwszą żonę, ulubienicę petersburskiego towarzystwa. Facet był chyba kompletnie ślepy albo co, tak zrzędził na pierwszy mariaż a lezie w drugi podobny. Obie panie są pełne życia, kokieterii i charakterystycznej pustoty salonowej. No jednak dalej widzimy, ze nie są sobie pisani. Tołstoj lubi pokazywać jak te ludzkie losy lubią się plątać i oddziaływać na siebie.

Obraz społeczeństwa rosyjskiego jest tu niezwykle wyczerpujący, dlatego powieść może stanowić cenne źródło wiedzy dla miłośników XIX wieku i Rosji. Znajdziemy tu wszystko - od pierwszego balu debiutującej młodej damy do opisów batalii, płonącej Moskwy czy masonerskich misteriów wtajemniczenia. I wszystko to z wrzącymi, ludzkimi uczuciami, które kipią w powieści.

To co mi się podobało to podejście pisarza do historii, jego mini wykłady dotyczące tej dziedziny i barwne porównania. Choć wydaje mi się, że to właśnie one mogą wytrącić niektórych czytelników z fabuły i znudzić. Mnie one bynajmniej nie przeszkadzały, zwłaszcza gdy już dosyć miałam niektórych bohaterów.  Oj igra sobie Tołstoj z losami swych postaci, dając im doświadczyć w życiu wielu różnorodnych uczuć i wydarzeń. Każde z nich targane jest przez wichry ogromnej siły nie do opanowania przez jednostki, ale też każdy może dokonywać w swoim życiu różnych wyborów i w jakimś sensie decydować o swojej przyszłości. Historia jest tu wzburzonym morzem dla jednostek, które muszą pamiętać, że szczęście ich bliskich zależy tylko od nich samych. Po tych wszystkich wzlotach i upadkach Tołstoj serwuje nam taki zawodzący (mnie przynajmniej) happy end, choć może ze znakiem zapytania, bo w końcu kto może wiedzieć co kryje przyszłość? To, że nasze rosyjskie rodziny znalazły szczęśliwe przystanie nie przeświadcza o przyszłości ich dzieci. Skoro już jestem przy tym temacie to podobało mi się jeszcze poprowadzenie przez autora "Wojny i pokoju" motywu przywództwa i ukazanie tzw. liderów. Poprzez odpowednie operowanie fabułą widzimy, że ci carowie czy tam inni dyktatorzy, to najzwyklejsi ludzie w świecie, którzy nie mają nawet takiej siły jak im się wydaje. Mikołaj Rostow wielbi Aleksandra by potem się przekonać, że to zwykły człowiek. Ba, pisarz idzie dalej i pokazuje nam spłoszone towarzystwo na balu gdzie wizytę zapowiedział car, prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero po jego wyjściu, ponieważ wszyscy ludzie byli bardziej przestraszeni samą ideą wielkiego władcy niż człowiekiem. Napoleon przy bliższym poznaniu to już w ogóle wypada fatalnie. Dalej, wspaniali mężowie stanu są nimi często, przez serię małych powiązanych ze sobą przypadków, nad którymi wcale nie panowali. Przeciwnie jak twierdzi Tołstoj, Napoleon palnął niejedną głupotę, ale warunki mu sprzyjały i przejął władzę we Francji. Kolejne łańcuchy przyczynowo-skutkowe, które nie mogą być rozpatrywane odzielnie tworzą właśnie skomplikowaną historię naszej rzeczywistości.

czwartek, 12 maja 2011
Anna Karenina, Lew Tołstoj

Anna Karenina, Lew Tołstoj, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1984

 Anna Karenina Lew Tołstoj

 Z "Anną Kareniną" mierzyłam się już kiedyś w liceum, więc wystarczająco dużo wody upłynęło by zrobić to jeszcze raz. Stwierdziłam, że człowiek bogatszy w doświadczenia wyciągnie już inne wnioski niż kiedyś. Nie będę więc opisywać treści dwutomowej powieści tylko od razu przejdę do wniosków tłukących mi się po głowie.

Moim skromnym zdaniem Anna zrobiła się absolutnie nieznośna z braku zajęć, bo cóż pozostało tej biednej kobiecie po odejściu od męża. Jak pisze Tołstoj razem z Wrońskim mieli coraz mniej "chwil czułości", więc te resztki nie mogły koić rozpaczy budzącej się w jej duszy, a ona powoli przyjmowała na siebie rolę zazdrosnej diwy. Na innych mężczyznach sprawdzała własne uroki (na żonkosiu Lewinie też) by upewnić się czy "jeszcze działa". Więcej dzieci mieć nie mogła i nie chciała, od zajmowania się córeczką byli inni. Standardowe zajęcia kobiece miała więc ukrócone, a że znajdowała się w dość niewygodnej moralnie sytuacji, odcięta od towarzystwa, jedyne co jej pozostało to uprzykrzanie życia ukochanemu. Jej zazdrość oraz zaborczość rosły z każdym dniem. Niepewna swojej pozycji myślała, że traci grunt pod nogami i zamęczała Wrońskiego awanturami, pretensjami, oskarżeniami. Znalazła się w ślepej uliczce podczas gdy on mógł przynajmniej realizować się bawiąc się w dobrego gospodarza, co zresztą robił. Pisarz wyraźnie zaznacza w powieści jak zupełnie odrębne jest życie męskie od kobiecego, ba płeć brzydka miała nawet dwa - jedno przed małżeństwem, drugie po, chociaż jak widzimy w książce niektórzy bohaterowie po ślubie nie zmieniali swoich przyzwyczajeń (Obłoński). Mówiąc obrazowo małżeństwo dla kobiety w XIX wieku było jedynym sposobem na ucieczkę przed biedą, prostytucją, ostracyzmem społeczeństwa, ale i ten sposób nie był znów takim pewniakiem jak widzimy w przypadku Anny, która tak czy siak znalazła się na marginesie społeczeństwa.

Wieczna walka Dolly Obłońskiej o zapewnienie dzieciom odpowiednich warunków pewnie byłaby skazana na klęskę, gdyby w końcu rozwiodła się z tym mężem-lekkoduchem, a tak biedna gardzi sobą, wie, że jest zależna i patrzy jak mąż hula. Dla niej pozostaje jedynie owo wąskie kółko rodzinne i szczęście jakie może odnaleźć w wychowywaniu dziatek. Jej niedola wynika z tego, że doskonale zdaje sobie sprawę ze swej sytuacji. Po latach małżeństwa zorientowała się wreszcie jakiego hultaja ma za męża i klapki spadły jej z oczu, ciężka sytuacja finansowa w jakiej znalazła się rodzina też nie poprawia jej humoru. Kobieta widzi tragizm sytuacji bez wyjścia spowodowany społecznymi ograniczeniami. Nikt w młodości nie przygotował ją do czegoś więcej niż do roli wiernej żony i matki, przeciwnie rodzina w dobrej wierze zamyka swoje córeczki i chroni przed grożącą z każdej strony deprawacją nieskazitelnych duszyczek.

Znowu Anna u boku Karenina nie odnalazła miłości jakiej pragnęła tylko pustkę, to wytworzyło między nimi sztuczność, którą nawet inni byli w stanie zauważyć. Mówi o nim "to nie człowiek, tylko maszyna" jakby zupełnie był pozbawiony uczuć czy pragnień. Uśpione pokłady namiętności i pragnień budzą się w niej przy Wrońskim i wychodzi im z tego "werterowska desperacka miłość", a nie klasyczny romans z wyższych sfer jak zauważa matka hrabiego. Wydaje mi się, że jak na powieść wiktoriańską pisarz naprawdę zdobył się na sporo szczerości i wydobył na światło dzienne seksualność kobiety. W końcu to ona opuszcza męża dla ugaszenia rozpalonego żaru, rezygnując z roli matki i żony na rzecz kochanki. Wobec tego żarliwego uczucia jakie łączy kochanków nie wiadomo czy Anny żałować, pogardzać nią czy może jej pogratulować? Cudzołóstwo cudzołóstwem, a dziewczyna przynajmniej raz w życiu się zabawi na całego, bo nie uwierzę, że w tym skostniałym społeczeństwie miałaby na to szansę. Cóż, jest szczera choć głupia i zaczyna mieć wizje innej kochanki, która tylko czatuje na jej księcia z bajki. Dziewczyna drży o związek psując go sama.

Autor "Wojny i pokoju" wziął tu jeszcze na warsztat rolę matki. Każda z bohaterek kocha swe dzieci nadzwyczajnie i w ostatecznym rozrachunku tylko jedna się ich wyrzeka. Miłość do potomstwa jest uczuciem pełnym poświęceń, kobieta dla dziatek musi nawet poświęcić swą godność i miłość własną, tak jest w przypadku Darii Aleksandrownej. Znowu świeżo upieczona żona, Kitty, z uśmiechem, błogą radością i wdzięcznością znosi trudy długiego porodu (tu chyba Tołstoj przesadził - totalna gloryfikacja) i od pierwszych chwil jest kochającą mamusią. Dlatego tu o wiele ciekawiej wypada jej mąż, dla którego posiadanie syna nie było nagłym olśnieniem radości a uczuciem powoli kiełkującym w sercu, z którego musiał w końcu zdać sobie sprawę. Facet był zawiedziony, że tacierzyństwo nie poraziło go niczym grom, spodziewał się fajerwerków szczęścia.

Tołstoj naprawdę przemyślał "kobiecą sprawę" nim zabrał się do pisania swej powieści. Pomijając ograniczenia jakie nakładała ówczesna epoka na autora myślę, że choć powieść nie jest odkrywcza to porusza wiele ciekawych tematów we wciągający sposób.  W końcu jej temat jest jak najbardziej aktualny, ileż to zdrad niszczy pozornie szczęśliwe małżeństwa i naraża latorośl na cierpienia. Jakoś przyjemnie mi było zagłębić się w fabułę, opisana historia naprawdę mnie pochłonęła. Oczywiście momentami (drugi tom) główna bohaterka niezmiernie mnie drażniła, ale do dlatego, że nie lubię typów histerycznych, no ale musiała w końcu stracić głowę żeby popełnić to samobójstwo, jakby uciekła z kochankiem i żyła gdzieś szczęśliwie na wsi to nie byłoby tej "Anny Kareniny". A tak, to złośliwa bestia pokazała, że to ona ma ostatnie słowo w tym związku i koniec.

czwartek, 05 maja 2011
Kamienica w Długim Rynku, Józef Ignacy Kraszewski

Kamienica w Długim Rynku, Józef Ignacy Kraszewski, Wydawnictwo Literackie

Kamienica w Długim Rynku, Józef Ignacy Kraszewski

Tym razem Józef Ignacy Kraszewski przeniósł mnie do XIX-wiecznego Gdańska i trosk mieszkańców kamienicy w Długim Rynku. Rodzina, która odziedziczyła budynek ma kłopoty finansowe i legendarny skarb, mogący się gdzieś kryć w budynku, bardzo by im się przydał. Jakub wraz z córką Klarą wiodą żywot spokojny, skromny, ludzi mało wymagających. Ich życie ubarwia pułkownik Wiktor, brat ojca Klary, który ciągle ma nadzieję odnaleźć owe złoto w piwnicach. Oczywiście żeby popędzić akcję młoda panienka zakochuje się, ale jej wybrankiem jest syn bankiera, który co prawda odwzajemnia uczucie, ale przez niechęć ojca do tego mariażu nie może się jej oświadczyć. Młodzi naturalnie przysięgają sobie dozgonną miłość, syn kupca uczy się i pracuje w Niemczech by w przyszłości móc utrzymać rodzinę, a panienka posłusznie na niego czeka. Lecz ambitny tato nie może pozwolić by jedynak poślubił pannę bez porządnego posagu i mierzy o wiele wyżej, knując przy tym i obmawiając rodzinę wybranki syna. Wymyśla diabelski plan, co by tylko młódkę wybić chłopakowi z głowy.

W książce Kraszewskiego podobały mi się postaci kobiece, posiadające dość niezależną naturę jak na XIX wiek, chęci i siły do zmierzenia się ze światem zewnętrznym. Klara jest dziewczęciem wychowanym z troską o jej edukację, ale nie zaniedbującym obowiązków w domowym gospodarstwie - ideał niemieckiego wychowania propagowany przez pisarza, gdzie niewiasta po przeczytaniu paru wierszy Goethego rusza szorować garnki do kuchni. Jednym słowem bohaterki nie brzydzą się pracy, a są przy tym wykształcone i dzielne. Choć doprawdy te wszystkie niezliczone przymioty charakteru, urody i wychowania czynią z postaci Klary nieznośny ideał anioła, który może mdlić. Na uwagę zasługuje jeszcze jej przyjaciółka, która własnymi siłami prowadzi pensję, przy czym dama tama męża, który w owej szkole naucza. Jednym słowem zorganizowana businesswoman i nieporadny mąż - naprawdę nieźle jak na ówczesne poglądy i raczkujący feminizm. Oprócz tych damskich wątków psychologiczno-obyczajowych moją uwagę zwrócił jeszcze portret XIX-wiecznego Gdańska i jego mieszkańców, przy czym średniowieczne budynki wypadają tu na korzyść. Autor poświęca sporo miejsca "fizjognomi" nadmorskiej metropolii, pouczając czytelnika, że trzeba umieć patrzeć, gdyż zabytkowe ściany mogą kryć w sobie nie jedną tajemnicę. Natomiast obywatele Gdańska wypadają jako kupka plociuchów, którymi łatwo manipulować. Pisarz przedstawia nam zwodniczość natury ludzkiej, jej kruche opinie i niesolidne moralne podstawy, głowy i dusze, które zawsze zwracają się ku tym, co mają pełne kiesy. Powieść nie pozbawiona jest dyskretnej ironii i złośliwości wobec tych chciwych duszyczek zamieszkujących padół ziemski.

środa, 04 maja 2011
Cześnikówny, Józef Ignacy Kraszewski

Cześnikówny, Józef Ignacy Kraszewski, LSW 1959

 Cześnikówny, Józef Ignacy Kraszewski

"Cześnikówny" to historia dwóch sióstr, które w młodości zakochały się w jednym mężczyźnie, a on, złodziej, obu strącił wianki niewinności i jeszcze jednej do tego dziecię zmajstrował. Kraszewski rozpoczyna akcję powieści gdy obie pohańbione panny posunęły się już nieco w latach i wiodą żywot dalszy, aczkolwiek nieszczęśliwy. Pierwsza z sióstr, Róża, miłosne wzloty opłaciła chorobą umysłową i błąka się teraz po lasach, strasząc swym wyglądem od czasu do czasu byłego kochanka. Kobieta ma wyraźną słabość do pomieszkiwania w dziupli i popijania w wolnych chwilach wódki. Czasem stanowi uciechę dla zebranej gawiedzi przed karczmą, gdy pląsać próbuje niczym młode dziewczę i częstuje wodą ognistą. Druga z sióstr, Natalia, wpierw próbowała zrobić karierę jako aktorka, później wyszła za mąż za niezwykle zazdrosnego i brutalnego generała. W związku z tym nieszczęśliwa i niespełniona wiedzie życie cichej żony i rozpamiętuje grzeszną przeszłość. Jednym słowem obie panie mimo całkowitej odmienności dalszych losów są godne politowania. I jak  przytomnie stwierdza Róża - "tobie płacz i koronki, mi  łachmany  oraz śmiech".

Mamy więc dwie kobiety w dość opłakanym stanie, jednak po początkowym załamywaniu rąk i kilku obowiązkowych omdleniach, dziewczyny zakasują rękawy i biorą się do zemsty. Róża próbuje nieskutecznie uśmiercić   Tomasza Skurskiego, później jej niedokończone "dzieło" przejmuje siostra i próbuje zemsty w bardziej wyrafinowany sposób, wyręczając się przy tym chorobliwie zazdrosnym mężem. Powieść pełna jest niesamowicie nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności i łez wylanych przez dwie siostry, w moim odczuciu fabułę ratuje właśnie to, że dziewoje wzięły się wreszcie do dzieła, to jest do zniszczenia hultajowi życia, można powiedzieć taka oznaka feminizmu i swoistej niezależności ze strony płci pięknej w XIX wieku. Nie takie one znowu bezbronne, i między jednym a drugim omdleniem są w stanie coś wymyślić. Sam diaboliczny kochanek nie okazuje się aż takim gagatkiem, ot miał za dużo możliwości do wykorzystania w młodości i korzystał z nich dość pochopnie.

Ta mało   znana  powieść Kraszewskiego po raz pierwszy drukowana była w 1876 r.  w "Biesiadzie Literackiej". Dziś jest dalej mało znana i kurzy się na półce w bibliotece.

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka