czwartek, 23 czerwca 2011
Arka Noego, Marianne Fredriksson

Arka Noego (Syndafloden), Marianne Fredriksson, Świat Książki 2000

 Arka Noego, Marianne Fredriksson

Książka szwedzkiej pisarki jakoś sama wpadła mi w ręce i zanim się obejrzałam już czytałam o pracowitych przygotowaniach Noego do budowy ogromnej łodzi. Marianne Fredriksson ożywia zamierzchłą opowieść biblijną by jeszcze raz powołać do życia mityczne, obrosłe w legendy postaci. Mamy możliwość zajrzeć do stoczni biblijnego patriarchy i poznać jego rodzinę. Obraz jaki stworzyła pisarka okazuje się być niezwykle ludzki i żywy, bynajmniej nie uduchowiony czy mistyczny.

Czytając o codziennym życiu mieszkańców Sumeru widzimy jak wielką rolę odgrywała wtedy religia. Bogowie byli integralną częścią życia, nie dyskutowano czy istnieją,tylko zastanawiano się ilu ich jest. Nie kwestionowano ich boskiej mocy i wpływu na codzienne życie. Noe i jego rodzina wierzą w Boga, w którego wiara została zakazana. Państwo podzielone jest przez waśnie, bogactwo kulturowe za to ogromne, ilość, niezwykłych ludów i ich wierzeń oraz podań nieograniczona. Widzimy jak w spokojne i ustabilizowane życie Noego wdziera się niepostrzeżenie boży posłaniec, który zleca budowniczemu łodzi wybudowanie arki. Patriarcha rodziny przepełniony jest naturalnymi w takiej chwili wątpliwościami. Czy to możliwe żeby wybrano właśnie jego, czy Bóg naprawdę chce zgładzić ludzkość, czy to nie oszustwo? Tylko Naema, żona Noego, nie ma żadnych wątpliwości, nie wacha się ani chwili, przekonuje męża do działania. Jednakże nasz bohater mimo tego, że zaczął już wstępnie załatwiać sprawy związane z tak ogromnym przedsięwzięciem, nie dowierza, dopóki sam Stwórca nie przemówi do niego i nie poprze swych zamiarów czytelnymi dla ludzi obrazami.

Czytelnik ma okazję spojrzeć na legendarnych bohaterów przypowieści od nowej strony, nawet mogę powiedzieć "od kuchni" - bo niebagatelną rolę w tej historii odgrywają kobiety. Co jak co, ale ktoś musi całe to towarzystwo nakarmić, ubrać, zadbać o dzieci, wspierać chwiejących się mężczyzn, pomagać wreszcie w sprawach organizacyjnych. Żony synów Noego kierują nie tylko gospodarstwem, one sprawują taką cichą władzę, niekiedy dyskretnie, innym razem całkiem otwarcie wtrącają się do wszystkiego. Każda z nich jest inna i każda dzięki przedsięwzięciu Noego poznaje swoją prawdziwą wartość, nabiera pewności siebie, odkrywa ukryty talent. Fakt , że dopiero w chwili niezwykłej, wymagającej od rodziny jedności i zorganizowania stwarza dla nich dopiero okazję do poznania własnego ja. W końcu wszyscy oni są tylko ludźmi wobec boskich, niezbadanych wyroków, czują gniew, złość, strach i odpowiedzialność za członków swej rodziny. Lektura w sam raz na deszczowe dni.

"Może jest tak, że nigdy nie zdołamy zrozumieć co to jest Bóg, dlatego kształtujemy go na nasze własne podobieństwo."

wtorek, 21 czerwca 2011
Penmarrick, Susan Howatch

Penmarrick, Susan Howatch

 Penmarrick, Susan Howatch

"Penmarrick" to potężna saga rodzinna z rodową posiadłością i wzgórzami Kornwalii w tle. Książka do której trochę trudno mi się ustosunkować, z jednej strony nieźle napisana, z niebanalnymi postaciami i ciekawym pomysłem na fabułę, z drugiej nużąca i momentami stanowczo przydługa.

Tytułowy Penmarrick to dwór nad brzegiem morza, który pradziad rodziny wygrał w kości. Wspaniały budynek będzie wzbudzać wśród kolejnych pokoleń kornwalijskiej rodziny zazdrość, namiętność oraz pożądanie, zapewni każdemu z męskich potomków odpowiedni status społeczny i ugruntuje nienawiść między nimi - czyli jak w dobrej sadze rodzinnej. Losy samej familii zaczynamy śledzić od Marka, który dziedziczy rodowe gniazdo i osiedla się w nim z wybranką serca Janną, ma to miejsce w połowie XIX wieku. Będzie nam dane poznać dzieje ich synów, które obejmą w czasie jeszcze koniec drugiej wojny światowej. Czyli ramy czasowe powieści sięgają ery wiktoriańskiej i kończą się w 1945 r. - całkiem niezły rozstrzał.

Bardzo mi się podobały postacie, które autorka potrafiła ożywić i przede wszystkim sprawić, by nie było tu czytelnego podziału na czerń i biel. Każdy bohater jest odrębnym człowiekiem pełnym wad i zalet, w każdym z nich możemy dopatrzyć się czegoś dobrego, a jednocześnie nie brakuje im grzeszków na sumieniu, mrocznych tajemnic, niezbadanych zakamarków duszy - to plus tej książki. Do tego narrację oddaje pisarka po kolei pięciu głównym osobom, ich relacje przenikają się, pozwalają czytelnikowi na szerszy ogląd ich natur, dają sznasę na ponowne ustosunkowanie się do ich czynów. Do tego oryginalny pomysł Howatch by ich losy były odbiciem życiorysów pierwszych Plantagenetów, Mark to Henryk II, Janna - Eleonora Akwitańska, ich syn Filip to oczywiście Ryszard Lwie Serce, a najmłodszy to Jan bez Ziemi. Koncept, który dodał lekturze smaczku. Jeśli chodzi o samą historię to nie koniec bo przecież ingeruje ona  w życie bohaterów sagi, zwłaszcza pierwsza i druga wojna światowa. Trochę mało tu tego XIX wieku, znaczy nie ma tu opisu powłóczystych sukien i świec płonących w kandelabrach, brak tu takich szczegółów kreujących nastrój i wprowadzających czytelnika w okres, którym ma miejsce akcja. Jednych to na pewno ucieszy, innych zawiedzie. Ta zewnętrzna rzeczywistość najbardziej daje znać o sobie gdy rozpoczyna się narracja Filipa i jednocześnie poznajemy jago największą namiętność - kopalnie cyny, w końcu to Kornwalia.

Minusem dla mnie były częste momenty, w których akcja zwalniała do zera. Ja rozumiem, że autorka starała się skupić na portrecie psychologicznym swoich postaci, ale oni zbyt często się powtarzają, za wolno dochodzą do pewnych wniosków i bez przerwy kłócą się o to samo - zwłaszcza liczne potomstwo płodnego Marka. Wzajemne sprzeczki i pretensje są niezmiennie te same. Za to myślę, że obraz małżeństw i ich problemów nie jest taki prosty i oczywisty - jak w życiu i tu kolejny plus dla pisarki.

Generalnie słuchałam audiobooka, więc nie było tak źle, długie momenty nie nużyły tak bardzo. Sama powieść przypomina mi bardzo "Przeklętą krew" Daphne du Maurier, tam też znajdziemy podobne klimaty i motywy.

czwartek, 02 czerwca 2011
Dom nad oceanem, Ann Rivers Siddons

Dom nad oceanem, Ann Rivers Siddons, Edytor Akapit

 Dom nad oceanem, Ann Rivers Siddons

Jakoś tak wakacyjne chciałam coś poczytać i padło na Ann Rivers Siddons, wcześniej czytałam jej "Kuzynkę Norę" i nie było tak źle (recenzja tu).

 Naszą przewodniczką po meandrach swej pamięci jest Kate, kobieta w kwiecie wieku, która przeszła już całkiem sporo w swym życiu. Bohaterka żyje obecnie w pięknym domu, oczywiście nad oceanem, w spokojnej, urokliwej miejscowości, u boku kochającego męża. Przeszłość jednak nie daje jej spokoju, dawne urazy odżywają gdy dostaje zaproszenie od byłej przyjaciółki z collegu. Owa była znajoma jest obecnie żoną byłego narzeczonego, dlatego ich przyjaźń jest już niebyła. Dla oczyszczenia atmosfery mąż Kate namawia ją do uczestnictwa w owym zlocie czarownic, kobieta boczy się, złości i wspomina, a my poznajemy przewidywalne do bólu jej koleje życia.

Części poświęcone wspominkom młodości i czasu spędzonego w collegu były tu dla mnie najatrakcyjnejsze - pełne nostalgii, humoru, młodzieńczej żywotności i ulotnego uroku. To jest to, co ratuje tą książkę. Pełno tu girl-power, bliskości jaka związała parę dziewczyn, czaru pierwszych samodzielnych decyzji, przygotowywania się na wejście w dorosłe życie. Kate i Ceci to prawdziwe przyjaciółki, które rozumieją się bez słów, do tego dziecinna, kochana i niezwykle bogata Ginger oraz dosłownie paskudna, głupawa Figg. Razem stanowią nierozerwalną grupkę, towarzyskie kółeczko młodych dziewczątek z ich pierwszymi romansami, wykładami, randkami itp. Do tego przemiłego obrazka pisarka dorzuciła jakieś problemy osobowościowe głównej bohaterki, jej "zawieszenie nad przepaścią", niepewność jaką niesie ze sobą bytowanie. No i tytułowy motyw miłości do oceanu, urzekającego piękna i wiecznego trwania, nic tylko pobudować sobie jakąś chatynkę nad morzem.

Właściwie to pisarka odziera dorosłe życie z jakiegokolwiek uroku, prawie większość wydarzeń, to rozczarowania dla głównych postaci, zgryzoty, problemy, nieszczęścia, choroby, niedokończone sprawy trawiące wszystkie bohaterki od wewnątrz. Szara egzystencja sprzedała każdej parę kopniaków zamiast zaoferować coś więcej, coś czego mogłyby oczekiwać tamte młode dziewczęta z collegu.

Generalnie pisząc to mi się powieść średnio podobała, fabuła była przewidywalna i nie poprowadzona na tyle dobrze, by w trakcie czytania cały czas świetnie się bawić. Ot, takie sobie, nienadzwyczajne czytadło.

poniedziałek, 23 maja 2011
Prządki księżycowe, Mary Stewart

Prządki księżycowe (The Moon-Spinners), Mary Stewart

 Prządki księżycowe, Mary Stewart

Ten mitologiczny tytuł obiecał mi więcej niż była w stanie dać powieść i przez to jestem rozczarowana lekturą. Po Mary Stewart sięgnęłam pierwszy raz, teraz wiem, że może powieść spodobałaby mi się bardziej gdybym była dużo młodsza. Naczytałam się wcześniej trochę o tej pisarce na angielskich blogach, ale to nie to, czego szukałam. Jest to pisarka stale wznawiana i uznana na wyspie, zapewne nie bez powodu. Po czterech tomach "Wojny i pokoju" potrzebowałam czegoś króciutkiego i przyjemnego, "Prządki księżycowe" te dwa warunki spełniły, ale nic ponad to.

Upalne lato, skaliste wybrzeża Krety i pespektywa tygodniowego urlopu wprawiła Nicolę w szampański humor i wcale jej się nie dziwię. Młoda dziewczyna przybywa dzień wcześniej na peryferia małego, greckiego miasteczka i zamiast udać się prosto do hotelu zbacza by napawać się widokiem i wolnością. Natyka się na nerwowego faceta, który atakuje ją i grozi jej nożem. Dalej jest już tylko ciekawiej dla naszej małej podróżniczki. Poznaje tajemniczego, rannego, już nie tak nerwowego Marka, ukrywającego się w pasterskiej chacie. Oczywiście przedsiębiorcza dziewoja wyciąga z mężczyzn ich tajemnice, i miesza się do nich z niesłabnącym zapałem. W końcu jest młoda, ciekawa życia i impulsywna. Nie będę pisała nic więcej na temat treści, gdyż nie jest skomplikowana i mogłabym komuś zepsuć przyjemność odsłaniając zbyt wiele szczegółów fabuły.

Książkę poleciłabym raczej młodszym czytelniczkom, elementy sensacyjne, wątek miłosny, rannego przystojniaka - jest wszystko co może zapewnić jakąś dozę rozrywki. Styl pisarka ma wypracowany, wie jak zgrabnie posługiwać się językiem, w końcu ma niejedną książkę na koncie. To takie czytadło w sam raz na wakacje, w końcu główna bohaterka też się na nie wybrała, no i miejsce akcji - słoneczna Grecja, może być dodatkowym atutem.

środa, 13 kwietnia 2011
Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy, Małgorzata Gutowska Adamczyk

Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy, Małgorzata Gutowska Adamczyk, Nasza Księgarnia 2010

 Cukiernia pod Amorem, Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Właściwie to nie czytałam żadnej negatywnej recenzji "Cukierni pod Amorem" (albo nie przeczytałam jeszcze wszystkich), książkę wzięłam więc "w ciemno" na małą wycieczkę. Szczerze, to trochę się zawiodłam, po tych wszystkich pozytywnych opiniach spodziewałam się czegoś na wyższym poziomie, ale nie powiem powieść rozrywkę czytelnikowi zapewnia.

Historia rodu głównych bohaterów przeplata się tu z czasami współczesnymi w życiu ich potomków. By przyciągnąć uwagę czytelnika pisarka zastosowała zabieg retrospekcji i delikatnego dawkowania kolejnych informacji. Do tego wartka akcja, bardzo krótkie i nieliczne opisy, szybkie wprowadzenia i skrótowe charakterystyki sprawiają, że książkę czyta się naprawdę szybko. Oczywiście coś kosztem czegoś, przeskakiwanie przy każdym rozdziale do innych wydarzeń i czasów może niecierpliwić i wywoływać z początku konfuzję. Nowe wątki pojawiają się nie chronologicznie i trudno między nimi z początku uchwycić jakiś związek.

Jeśli chodzi o wiek XIX, to poznajemy losy Tomasza Zajezierskiego i jego rodziny, jego kolejne miłosne ekscesy oraz przeszłość matki. Z początku ta historia wydała mi się sztuczną, w której główną rolę grają dawno już wyświechtane wątki. Odniosłam wrażenie, że pisarka zrobiła sobie listę zdarzeń, które powinny mieć miejsce w tych nie tak zamierzchłych dziejach podstawie zebranych przez siebie informacji i tak pisząc powieść odhaczała kolejne punkty. Moje odczucia mogły być też spowodowane charakterystycznym, zwięzłym i bardzo prostym stylem autorki, gdy się trochę już w książkę wciągnęłam owo wrażenie trochę znikło. Natomiast losy współczesne tytułowej rodziny wypadają dość blado na tle obfitej w wydarzenia przeszłości. Cukiernia pod Amorem jest prowadzona przez Waldemara Hrycia i jego matkę. Autorka bez litości przedstawia resztę współczesnej rodziny Hryciów jako pazerne potwory czyhające tylko na pieniądze, to ludzie którzy nie cenią ambitnych i pełnych pasji wysiłków Waldemara Hrycia i jego córki i w ogóle czasy są nie te. Sam Waldemar bez przerwy musi się martwić czy nie będzie musiał porzucić swojej ukochanej pracy, a Iga, jego córka, jest postacią nie budzącą moich sympatii. Niektóre z postaci są bardziej udane, inne mniej. Iga Hryć, która zapewne rozwiąże rodzinną zagadką, należy do tej drugiej kategorii. Jednym słowem ten XX wiek wcale nie wypada ciekawie, no może poza tą mumią.

 Te wszystkie ciasteczka, atmosfera cukierni i rodzinnej tajemnicy, XIX-wieczne perypetie przodków - to wszystko razem ma swój smaczek. Myślę, że ta trylogia jest całkiem godna uwagi i nieźle się prezentuje na polskim rynku gdzie panuje mały niedostatek narodowych sag rodzinnych. Ot, czytadło w sam raz na wakacje, jednak nie na tyle wciągające bym szybko szukała kolejnej części, może przy kolejnym wyjeździe.

seria: Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy  tom 1

piątek, 26 listopada 2010
These Old Shades, Georgette Heyer

These Old Shades, Georgette Heyer, Sourcebooks Casablanca

 These Old Shades

"These Old Shades" to powieść poprzedzająca "The Devil's Cube", która jest jedną z moich ulubionych Georgette Heyer. Powieść wydana w 1926 r. ugruntowała pozycję pisarki.  Jednak styl autorki chyba mi się znudził albo to jedna z jej tzw. gorszych książek. Cała opowieść jest aluzją do jej pierwszej niepoważnej próby literackiej - "The Black Moth", którą napisała by rozweselić chorego brata. Pisarka chciała "skorzystać" z postaci Tracyego Belmanoir, księcia Adnover, tutaj jest to Justin Alastair, książę Avonu. Fakt, postać jest nośna.

Akcja osadzona w XVIII wieku rozwija się głównie w Paryżu, tam nasz reanimowany bohater wpada na uroczego chłopca, który usiłuje zbiec przed brutalnym bratem. Naszym bohaterem wcale nie kierowały jakieś wyższe, honorowe pobudki, o nie, on postanowił jeno zaspokoić swój kaprys i wykupił młodzieńca z rąk nieodpowiedzialnego krewniaka.  Leon, bo tak zwie się młodzieniec szybko okazuje się być Leonie, rudowłosą, uroczą dziewczyną.

Jak w każdej historii Georgette Heyer mamy galerię żwawych, zabawnych postaci. Jednak w tym tomie "nie zaiskrzyło" i główne postacie nie zdobyły mojej sympatii.  Avon wydał mi się pompatyczny i sztuczny w swoim zachowaniu. Jest dandysem do szpiku kości, dumnym z przezwiska Satanas. Jest człowiekiem, który umie manipulować innymi i nigdy nie zdradza swoich planów. Wątpię czy przez cały czas trwania powieści pozwolił sobie choć na chwilę stracić panowanie nad sobą, zrównoważony i zepsuty do szpiku kości równocześnie. Nie dziwię się, że autorka próbowała bardziej wyeksploatować tą postać, jednak tu chyba przeszarżowała. W kolejnym tomie Satanasa jest dużo mniej, gdy tam główne skrzypce gra jego syn i on wnosi solidny podmuch świeżości do tej serii.

Historia Leonie jest swoistą historią Kopciuszka. Jednak bohaterka bynajmniej nie zachowuje się jak bezradna, zahukana dziewczynka, przeciwnie, ma niezależny charakterek i swoje zdanie. Nie jest wolna od wad, często zachowuje się po prostu okropnie a czasami wykazuje się głupotą.

Cała książka jest takim swobodnym połączeniem romansowego żartu i powieści historycznej, do którego należy podejść na luzie. Jednak bohaterowie momentami wydali mi się sztuczni i wymuszeni, było kilka śmiesznych epizodów, ale faktem jest, że książka nie spełniła nadziei jakie w niej pokładałam.

"‘I don’t trust him.’

‘Why, I think I do for once.’ Hugh laughed a little. ‘When last I saw Léonie – Léon she was then – it was “Yes, Monseigneur” and “No, Monseigneur.” Now it is “Monseigneur, you must do this,” and “Monseigneur, I want that!” She twists him round her little finger, and, by Gad, he likes it!’

‘Oh, but there’s naught of the lover in his manner, Hugh! You have heard him with her, scolding, correcting.’

‘Ay, and I have heard the note in his voice of – faith, of tenderness! This wooing will be no ordinary one, methinks, but there is a bridal in the air.’

‘She is twenty years behind him!’

‘Do you think it signifies? I would not give Justin a bride his own age. I’d give him a babe who must be cherished and guarded. And I’ll swear he’d guard her well!’

‘It must be. I do not know. She looks up to him, Davenant! She worships him!’

‘Therein I see his salvation,’ Hugh said.

cykl: Alastair Trylogy

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

"The Convenient Marriage"

"Venetia"

"Friday's Child"

piątek, 15 października 2010
Lala, Jacek Dehel

Lala, Jacek Dehel, WAB

 Lala

Tak, i ja dołączyłam zwolenników twórczości Jacka Dehnela i twierdzę, że "Lala" jest dobrą książką. Dziś tak pokrótce.

Pisarz balansuje na granicy gatunków i utartych schematów, ale pisze w sposób wyważony, zna magię słowa i umie się nią posługiwać. "Lala" to saga rodzinna, biografia, swoisty pamiętnik, bildungsroman i co tam jeszcze. Całość ma w sobie niezwykły urok starego zdjęcia w sepii, odnalezionego gdzieś na strychu.

"Lala" to babcia autora, urodzona w Kielcach w 1919 r., natomiast on sam jest tu narratorem przekazującym nam rodzinne opowieści seniorki rodu. Pełno tu anegdotek, zabawnych historii, dygresji, przeszłość miesza się z teraźniejszością, poznajemy lwią część Dehnelowskiej familii, ich krewnych i przyjaciół.

Podoba mi się to, że autor otwarcie opowiada o sobie, swojej rodzinie, z wielką czułością. Cóż, spisane wspomnienia tłumaczą sławną manierę Dehnela i jego swoisty styl. Piszę to, bo nasłuchałam się i naczytałam o nim samym więcej niż o jego twórczości, co jest zresztą dość zastanawiające. Wracając do właściwego tematu tej notki, Dehnel to pisarz-erudyta, umiejętnie żonglujący słowami, wrażliwy na piękno języka. Nie podejmuje tematów nowych, nie on jeden spisał dzieje rodzinnego klanu. Ale jego książkę przede wszystkim  bardzo przyjemnie się czyta.

seria: Archipelagi

wtorek, 12 października 2010
Kawałki żeńskie, męskie i nijakie, Stefania Grodzieńska

Kawałki żeńskie, męskie i nijakie, Stefania Grodzieńska, Akapit Press, Łódź 2001

 Kawałki żeńskie, męskie i nijakie

Muszę się przyznać, że to moje pierwsze spotkanie z felietonami Stefanii Grodzieńkiej, wiele słyszałam o jej twórczości, ale zawsze było jakoś tak nie po drodze. A okazało się, że te "kawałki" są naprawdę niezłe i dobrze się bawiłam czytając tą książkę.

"Kawałki żeńskie, męskie i nijakie" to wybór felietonów z całego dorobku autorki, poczynając od lat czterdziestych. Choć może tak do końca owych "kawałków" felietonami nazwać nie można, mi tu najbardziej pasowałyby humoreski, ale tej nazwy już chyba nikt dziś nie używa. Wszystkie zebrane kawałki spina i łączy w całość rozmowa pisarki z redaktor Beatą Kęczkowską. Te żeńskie napisała oczywiście Grodzieńska, nijakie to według niej te nieudane, a męskie są autorstwa Władysława Kopalińskiego, Wojciecha Manna i Wojciecha Młynarskiego.

Wiadomo, iż jedne teksty będą bardziej udane, inne mniej, w dodatku to jest też kwestia poczucia humoru i gustu. Jednak niewymuszony styl Stefanii Grodzieńskiej bardzo mi się spodobał. Przez te teksty przebija osobowość ich autorki, niebanalna, z ogromnym poczuciem humoru. Pani Stefania na pewno była osobą spostrzegawczą, czułą na wszelkie zmiany w kraju, bystrym okiem wypatrując wszelkich społecznych skrzywień. Myślę, że miłośnicy PRL-owskiej rzeczywistości obowiązkowo muszą zapoznać się z jej twórczością.

Nie wszystkie koncepty są oryginalne czy do końca śmieszą, ale mistrzowskie są dialogi z "Tragedii małżeńskich" przedstawiające to "najtrudniejsze przedsięwzięcie na świecie". Pisarka wyolbrzymia, przesadza, drwi i rozbawia, ale gdzieś tam tkwi to ziarno prawdy. Polecam na poprawę humoru.

niedziela, 10 października 2010
Dom sióstr, Charlotte Link

Dom sióstr (Der Haus der Schwestern), Charlotte Link, tłumaczył Ryszard Wojnakowski, Świat Książki

 Dom sióstr

Jakoś ostatnio nie mogłam przysiąść do napisania jakiejkolwiek recenzji, ta powieść też ponosi za to odpowiedzialność. Najprościej byłoby mi napisać, że była beznadziejna i tyle, ale próbuję zrozumieć dlaczego mi się nie podobała. Jest to książka zbierająca bardzo pozytywne opinie na blogach, i uchodząca za fantastyczne babskie czytadło. Pozycja ta jednak zamiast koić me nerwy skutecznie mnie denerwowała. Po namyśle stwierdzam, że to wszystko z winy bohaterów tej powieści - wszystkich razem wziętych.

Barbara pragnie ratować po niewczasie swoje małżeństwo z Ralphem więc w tym celu udają się na Gwiazdkę do Yorkshire by w samotności popracować nad związkiem. Odcięci od świata przez burzę śnieżną, nie zaopatrzeni w zapasy, miastowe szczury starają się miło spędzić czas na wsi. Długie samotne wieczory bohatera umila sobie podczytując spisaną przez poprzednią właścicielkę domu, Frances Gray, swoistą autobiografię. Także gdy mąż rąbie drewno, Barbara wsadza nos w nie swoje sprawy, a my razem z nią poznajemy nudne losy pani Gray. Jak można się domyślić Frances miała siostrę, której jednocześnie nienawidziła i zazdrościła, i tak przez całe swoje długie życie. Oczywiście czynnikiem, który jeszcze pogorszył ich relacje był mężczyzna.

Autorka wplątuje główną bohaterkę konsekwentnie we wszystkie melodramatyczne rozwiązania i zawieruchy historii. Frances jest więc miłością dobrze wychowanego panicza, skrzywdzonego wrażliwego mężczyzny, wojującą sufrażystką i pielęgniarką na froncie. Obie wojny światowe są tu tłem i powodem poszczególnych tragedii bohaterów. Do tego nieznośne są wtręty historyczne autorki pozostają jedynie wtrętami, tzn. w pewnym momencie ucina fabułę i serwuje czytelnikowi mini wykład z aktualnej historii Europy.  Nie wiem skąd, ale po prostu wiedziałam, że w domu sióstr wcześniej czy później pojawi się jakiś niedobity żołnierz, którego będą musiały kurować, naprawdę tylko jego brakowało by schematowi stało się zadość.

Sama zadawałam sobie pytanie dlaczego w ogóle czytałam to dalej, po pierwsze dlatego, że ostatnio zarzuciłam w trakcie dwie inne powieści i chociaż tą chciałam skończyć "uczciwie", po drugie dlatego, że wszystko wskazywało iż w owej książce ma nastąpić jakieś niezwykłe i tragiczne wydarzenie, i tak czekałam i czytałam dalej. Nastąpiło. Jednak ze względu na wybitnie denerwujące mnie charaktery bohaterek stwierdzam, że nie było warto. Frances Gray mimo podejmowanych przez siebie prób zmieniania życia jest osobą niezdecydowaną do końca, jej wywody i wieczne pretensje do siostry po prostu mnie nużyły, jej siostra Wiktoria była po prostu głupia i płytka, a sama Barbara lepiej by zrobiła jakby pomogła rąbać to drewno mężowi.

poniedziałek, 28 czerwca 2010
Pod osłoną nocy, Sarah Waters

The Night Watch (Pod osłoną nocy), Sarah Waters

The Night Watch

 

Gdybym z "The Night Watch" nie zapoznała się w formie audiobooka powiedziałabym, że to jedna z najbardziej nietrafionych dla mnie książek jakie przeczytałam, w tym wypadku przesłuchałam.

Wydarzenia rozpoczynają się w 1947 roku w Londynie, Kay, Helen, Viv i Duncan to młodzi ludzie, którzy muszą odnaleźć się w powojennym mieście i ułożyć sobie życie. Ich losy przedstawione są w retrospektywie, akcja książki kończy się w roku 1941. Wszystkich bohaterów łączy sieć skomplikowanych zależności nie oczywistych na pierwszy rzut oka. Czytelnik poznaje ich najskrytsze uczucia i tajemnice, każde z nich uwikłane jest w dość niestandardowe związki uczuciowe, a mówiąc dokładniej związki krytykowane przez społeczeństwo i uważane za niemoralne. Miłość homoseksualna, zdrada małżeńska, aborcja - to tematy drażliwe, a podjęte w tej powieści.

Wojna odcisnęła na bohaterach książki swoje piętno, pozostawiła z tajemnicami i problemami, grozy jaką wywoływały naloty też nie zapomina się od razu. Jednak same historie bohaterów są dość banalne,  wydali mi się oni wyjątkowo nieciekawi i po prostu nudni. Miotają się bezsilnie w klatkach swego życia, tkwią w niesatysfakcjonujących związkach. Do tego wszystkiego pisarka uwydatnia motyw zawiedzionych nadziei młodości, każde z nich miało jakieś oczekiwania co do swego losu, nadzieje na przyszłość a tymczasem życie stało się dla nich niesatysfakcjonujące, pędzą jakąś mimowolną egzystencję tkwiąc w swych miejscach. Kay spędzające swe dni na obserwacji pacjentów sąsiada, tkwiąc wiecznie w wynajmowanym pokoju. Helen, okaleczająca się lesbijka, wiecznie zazdrosna o swoje partnerki. Viv, kochanka żonatego mężczyzny, której nie stać przez długi czas na zerwanie niesatysfakcjonującego związku. Duncan, brat Viv, mieszka z "wujkiem Horacym" i pracuje w fabryce, winą jego nudnej i jałowej egzystencji jest tragedia z przed lat. Z każdym kolejnym rozdziałem poznajemy ich przeszłość, która ich ukształtowała i wpłynęła na teraźniejsze wybory.

nominacja do Man Booker Award 2006

nominacja do Orange Prize 2006

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka