niedziela, 05 czerwca 2011
Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu, Paul Martin

Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu (Counting Sheep.The Sceince and Pleasures of Sleep and Dreams), Paul Martin, MUZA, Warszawa 2011

Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu, Paul MArtin

Paul Martin to przyrodnik i biolog, którego polscy czytelnicy zdążyli już polubić za wcześniej wydaną książkę - "Seks, narkotyki i czekolada". "Liczenie baranów" to najnowsza pozycja w ofercie Muzy, a ja sama z początku zbaraniałam na widok 500 stronicowego tomiszcza traktującego o naturze oraz przyjemnościach snu, ale czytanie poszło szybciej niż myślałam i bynajmniej nie zasypiałam nad tekstem.

 Kolejna pozycja Paula Martina nie jest sensacyjnie odkrywczą lekturą, wątpię czy dla kogokolwiek będzie, ale nie można odmówić mu swoistego uroku i sporej dawki wiedzy jaką możemy tu wyciągnąć. Styl autora jest niezobowiązujący, eseistyczny, z odrobiną humoru i ironii. Kolejne rozdziały czyta się jak artykuły w Focusie. Autor po prostu zebrał wszelkie dostępne dane, opisał przeprowadzane eksperymenty, uporządkował informacje, dodał parę własnych przemyśleń, do tego dorzucił mnóstwo ciekawostek, faktów historycznych, nie pomijając literackich inspiracji. Dowiemy się więc jakiej klasy łoże zostawił Szekspir żonie w spadku, kto z uwielbieniem tworzył w łóżku, kto czerpał natchnienie z sennych marzeń i jaki premier przyjmował interesantów rano na leżąco. Takie informacje bezwzględnie dodają uroku lekturze. Ba, znajdziemy tu nawet krótką historię łóżek, a nie tylko dane o ewolucji snu czy jego podziale na kolejne fazy.

"Marcel Proust ubóstwiał swoje łóżko. Przekształcił je w biuro i napisał w nim "W poszukiwaniu straconego czasu". Spędził w łóżku trzy ostatnie lata życia. Marzył nawet o mieszkaniu na jachcie, aby móc podróżować bez potrzeby wstawania z łóżka. Pisarz i nauczyciel akademicki John Bayley utrzymywał, że sekret pisania książek polega na ty, by siedzieć w piżamie, póki nie napisze się dziennej porcji słów. W ten sposób, przekonywał, znika pokusa podejmowania różnych rozpraszających czynności, takich jak robienie zakupów albo jedzenie lunchu z przyjaciółmi.

Thomas Mann, który przez całe życie uwielbiał spać, darzył swoje łóżko prawdziwą pasją. Twierdził, że zachował wyraziste wspomnienie każdego łóżka, w którym kiedykolwiek spał (...)."

Autor "Liczenia baranów" zwraca jeszcze naszą uwagę w jaki sposób współczesna rzeczywistość ingeruje w naszą prywatną kwestię snu. Oczywiście wiele zależy od osobistych preferencji, ale nie zmienia to faktu, że ostatnimi czasy ludzie śpią coraz mniej i ową czynność coraz mniej doceniają, widząc ją jako przeszkodę na drodze do aktywnego życia, awansu, modnego klubu itd. Nie mówiąc o całym tym zamieszaniu jakie spowodował wynalazek Edisona, świeczki nie sprzedają się już przecież tak dobrze. Żarówki były strzałem w dziesiątkę - teraz każdy może szaleć do rana.

Reasumując - książkę chętnie przeczytają na pewno wszyscy zainteresowani sferą snów, cierpiący na bezsenność czy prawdziwe śpiochy. Ja bym poleciła ją jeszcze tym, którzy uważają, że nie mają czasu na sen - pracoholikom głównie, pozycja może skłonić do zastanowienia się nad swym trybem życia, bo czy warto poświęcać godzinę dobroczynnego, sprzyjającego urodzie snu na szybsze dotarcie do biura? A więc - budzikom śmierć.

tego samego autora zrecenzowane na blogu:

"Seks, narkotyki i czekolada"

seria: Spectrum

czwartek, 03 lutego 2011
Ziarna bogactwa. Pięć roślin, dzięki którym powstały fortuny, Henry Hobhouse

Ziarna bogactwa. Pięć roślin, dzięki którym powstały fortuny (Seeds of Wealth. Five Plants That Made Men Rich), Henry Hobhouse, MUZA, Warszawa 2010

 Ziarna bogactwa, Henry Hohouse

Czytałam poprzednią książkę Henryego Hobhousea i wiedziałam, że chcę przeczytać kolejną. "Ziarna zmian" były pozycją ciekawą i fascynującą, przedstawiającą historię pod nowym kątem. Kto by pomyślał, ile to roślinki mogą zamieszania narobić w świecie.

Owa wspaniała piątka to: drewno, winorośl kauczuk, tytoń i kawa. I tak kolejne rośliny wpływały na losy krajów, np. brak drewna w Wielkiej Brytanii spowodował, że ta, zaczęła wykorzystywać węgiel, co niejako wpłynęło na jej szybszy rozwój gospodarczy (to tak w wielkim skrócie, zapewniam, że autor wytłumaczył to lepiej). W kolejnym rozdziale dziennikarz przedstawia nam historię uprawy winorośli od roku 600 p.n.e. aż do czasów obecnych, nie szczędząc winiarskich tajemnic i trików. Wino ma ogromny potencjał w kreowaniu bogactwa. W części poświęconej kauczukowi ukazuje jak ta substancja wpłynęła na gospodarkę Malezji, Singapuru, Indonezji oraz rozwój reszty świata. W rozdziale zatytułowanym "Nie samym dymkiem" pisarz opisuje uprawy tytoniu w amerykańskich stanach, ten biznes wykształcił tam klasę wyższą, która później przyczyniła się do powstania Deklaracji Niepodległości. Nagle pozornie odrębne fakty historyczne zaczynają się łączyć w historii Hobhousea i tworzyć pasjonującą całość.

"We Francji popularnością wśród wojska cieszyły się gauloise'y, robione - jak zresztą i dziś - z francuskiego tytoniu o charakterystycznym... aromacie, zapachu lub smrodzie (kwestia gustu). Niemcy potrafili ponoć określić narodowość aliantów w okopach wroga na podstawie zapachu dymu przywiewanego z drugiej strony linii frontu."

Książka jest napisana ciekawie i przystępnie, łatwo jest się w nią zagłębić i oddać przyjemnemu pochłanianiu ciekawostek. Jednak w porównaniu z poprzednią, ta wydaje się jeszcze bardziej chaotyczna. Jedyne co trzyma pisarza w ryzach to rozdziały, ale  trudno mu nie zbaczać z tematu. Jego wiedza jest ogromna, ale nie uporządkowana i niezorganizowana w tej publikacji. Czytając "Ziarna bogactwa" zastanawiałam się co należy do obowiązków angielskiego edytora, rozumiem, że to cienka linia i ingerencje w tekst autorski nie są mile widziane, ale wydaje mi się, że ktoś powinien wpłynąć na dziennikarza i zasugerować mu małe porządki w tekście. Wiele z podanych przez niego ciekawostek nie ma związku z tematem. Owszem, to wszystko jest niezwykle ciekawie, ale czytelnik wziął do rąk pozycję o roślinach, które zmieniły świat, i nie każdy może mieć ochotę na dodatkowe wykłady.

 

seria: Spectrum

wtorek, 25 stycznia 2011
Małpie amory, Robert Sapolsky

Małpie amory i inne pouczające historie o zwierzęciu zwanym człowiekiem (Monkeyluv and Other Essays on Our Lives as Animals), Robert M. Sapolsky, przełożyła Elżbiet Józefowicz, Prószyński i S-ka

 Małpie amory

"Małpie amory" pożyczyłam od siostry już dość dawno i kurzyły się u mnie na półce, aż postanowiłam je przeczytać niejako przy okazji wyzwania Papierowy zwierzyniec. Teraz żałuję, że kurzyły się tam tak długo, pozycja okazała się bowiem lekturą błyskotliwą, dowcipną i ciekawą.

Robert Sapolsky jest profesorem biologii i neurologii, pracownikiem naukowym Instytutu Badań nad Naczelnymi, a przy tym wszystkim jest człowiekiem, któremu nie zbywa na poczuciu humoru. Dawno nie czytałam książki tak przesyconej żartami (w dodatku śmiesznymi) i jednocześnie pouczającej, poruszającej tak ważkie tematy. Publikacja podzielona jest na trzy części: "Geny i my", "Nasze ciało i my", "Społeczeństwo i my", poruszone są takie tematy jak kod DNA, klonowanie, monogamizm, neurobiologia snu, idee Williama Jamesa, PTSD, związki między kulturą i biologią oraz wiele innych.

"Pomyślmy tylko: zastępy naukowców badają neuronalne podstawy agresywnych zachowań, analizują właściwe im ścieżki nerwowe, neuroprzekaźniki związki czynników genetycznych i środowiskowych, wpływ hormonów i tak dalej. Organizują konferencje na ten temat, piszą doktoraty, wdają się w małostkowe spory akademickie, w nieprzyjemne awantury o stanowiska i w ogóle - a tymczasem wirus wścieklizny "wie", które neurony zaatakować, żeby się ktoś wściekł."

Nie należę do osób, które jakoś specjalnie interesują się biologią, raczej liczę, że odpowiednio ciekawe tytuły podetknie mi siostra pochłonięta tymi tematami, dlatego jestem pewna, że "Małpie amory" to pozycja dla wielu czytelników, nie koniecznie zainteresowanych kodem genetycznym czy neurologią. Autor pisze w taki ciekawy sposób, że potrafi wzbudzić zainteresowanie czytelnika i jego uwagę, ba, on potrafi przystępnie wiele rzeczy wytłumaczyć. Do tego wszystkie eseje odnoszą się w jakiś sposób do naszego codziennego życia, przesycone są dowcipnymi uwagami Sapolsky'ego, kawałami i innymi urozmaiceniami, które powodują, że lektura tej książki jest przyjemna, a sam czytelnik ma dodatkową, budującą świadomość, że czegoś pożytecznego się dowiedział. Sam autor nie zawsze jest miły, bo potrafi nieźle posługiwać się ironią i drwiną, które kieruje przeciwko obiegowym twierdzeniom oraz quasi-naukowcom. Z tego wszystkiego wypływa autentyczna pasja naukowa człowieka, który nie spocznie dopóki nie zbada dokładnie frapującego zagadnienia i czegoś o nim nie napisze. ta energia, pęd do wiedzy oraz ciekawość są zaraźliwe w tym przypadku.

poniedziałek, 17 stycznia 2011
Psy i demony. Ciemne strony Japonii

Psy i demony. Ciemne strony Japonii (Dogs and Demons. Tales from the Dark Side of Japan), Alex Kerr, przełożył Tadeusz Stanek, Universitas, Kraków 2008

 Psy i demony. Ciemne strony Japonii

"Psy i demony" to książka, która była dla mnie szokująca. Japonia jako kraj odległy, tzw. orientalny i niezwykły jest tematem fascynującym dla wielu osób. Tyle się mówi o japońskiej kulturze, sztuce, jedzeniu, a tu publikacja, która odziera prawie wszystko z tego japońskiego uroku.

"(...) cesarz Chin zapytał kiedyś swego nadwornego malarza: "Co łatwo namalować, a co trudno?" Odpowiedź brzmiała: "Psy trudno, demony łatwo". Zwykłe, prozaiczne rzeczy, które widzimy na co dzień, takie jak pies, trudno przedstawić realistycznie. Ale demona może narysować każdy. Trudno zastosować rozwiązania podstawowych problemów dnia dzisiejszego, łatwo pompować pieniądze w drogie, spektakularne przedsięwzięcia. Zamiast prowadzić linie elektryczne pod ziemią, urzędnicy wyrzucają pieniądze  na pokrywanie słupów telefonicznych brązem. Kioto wydało miliony dolarów na budowę nowej  stacji kolejowej "Strefy Kultury", której architektura jest zupełnym zaprzeczeniem kultury tego miasta. Zamiast obniżyć opłaty za połączenie z internetem, rząd finansuje "eksperymentalne miasta internetowe". I tak dalej."

Przede wszystkim podkreślam, że autor skupił się tylko na owych ciemnych stronach Kraju Kwitnącej Wiśni, zdając sobie sprawę z tych jasnych , ale pozostawiając je do opisu innym. Dlatego jest to książka wyjątkowa ponieważ na rynku znajdziemy bardzo wiele publikacji poświęconych Japonii, ale są to głównie pełne zachwytu opowieści z podróży, lub  autorów, którzy starają się być neutralni albo nie mieli szans poznać dogłębnie owych mechanizmów, które rządzą obecnie krajem. O tej japońskiej magii, która pochłania, pisze i Kerr, ale w zupełnie innym kontekście.

Pisarz skupia się na ekonomii, administracji, polityce rządu, nie pomijając natury Japończyków, specyficznego (to chyba za słabe słowo) sytsemu edukacji, który ma na taki ogromny wpływ na obywateli. Jeśli myśleliście, że polska biurokracja jest straszna to wiedzcie, że to pikuś przy japońskim Terminatorze administracji, gdzie rządzi prawo bezwładności. Ponieważ urzędnicy zarabiają na tworzeniu przepisów, Japonia to kraj przeregulowany. Nie wiem też co polskie księgowe i księgowi powiedzieliby na tzw. "księgowość kosmetyczną", która jest na porządku dziennym nie w jakichś podejrzanych firmach, ale organizacjach rządowych. Mogłabym wymienić jeszcze wiele takich przykładów podanych przez Alexa Kerra, ale może ograniczę się do informacji, że jest to smutna książka, nie pozbawiona ironii, zgryźliwości, a przede wszystkim kłującej prawdy. Autor stara się dotrzeć do samych źródeł obecnej sytuacji, nie wystarczają mu popularne hasła, odkrywa przed nami drugie dno. Przedstawia zbiorowe ludzkie uwikłanie w sieć zależności nie do zrzucenia, jednostki, które rozumieją sytuację, ale patrzą bezradnie jak środowisko ich kraju jest systematycznie dewastowane, a kultura upada. Jestem pełna podziwu dla spostrzegawczości pisarza, oczytania oraz misji, której się podjął. Przecież to nic przyjemnego pisać o kraju, który się kocha w sposób tak pozbawiony złudzeń i nadziei. Czytając tą pozycję można wyczuć emocje i żal autora.

Jedyny minus tej książki jaki widzę, to fakt iż pisarz zdążył objąć swą analizą tylko lata dziewięćdziesiąte, publikację wydano w 2001 roku za granicą, a od tego momentu upłynęło sporo czasu, więc możemy przypuszczać, że stan gospodarki zmienił się. Mam nadzieję, że pisarz ma w planach jakieś uaktualnienie. Do tego nie jestem znawcą tematów podjętych w książce, nie mam z czym porównać informacji Kerra, mogę tylko spojrzeć z pewną dozą sceptycyzmu na niezwykle skomplikowaną historię nowożytną Japonii.

czwartek, 23 grudnia 2010
Wartość niczego, Raj Patel

Wartość niczego.Jak przekształcić społeczeństwo rynkowe i na nowo zdefiniować demokrację (The Value of Nothing. How to Reshape Market Society and Redefine Democracy), Raj Patel, przełożyła Hanna Jankowska, MUZA, Warszawa 2010

 Wartość niczego

Książkę rozpoczyna cytat z powieści Oscara Wilde'a:

"Ludzie znają dziś cenę wszystkiego, nie znając wartości niczego."

Ten swoisty postulat rozwija Raj Patel, czyniąc z niego główne założenie swojej publikacji. Jak niezwykle celne jest to zdanie, widzimy już po przeczytaniu pierwszych rozdziałów.

"W "Matrixie" wyzwoleni ludzie (oraz programy, które na nich polują) mogą zobaczyć świat w surowej formie, jako cyfrowy deszcz symboli i znaków. To jest fantastyka naukowa, która rządzi faktem ekonomicznym. Panowie świata z globalnych giełd wpatrują się w dane rojące się na monitorach, co chwila przenosząc wzrok z ekranu na ekran, żeby przejrzeć świat i wyciągnąć zeń zyski. W "Matrixie" znaki były symulacją prawdziwego świata, więcej ukrywały, niż ujawniały. Sęk w tym, że ta zawodna cyfrowa taśma perforowana stała się dzisiaj głównym rekwizytem w dramacie współczesnej wymiany handlowej."

Czytając "Wartość niczego" siedziałam i dosłownie kiwałam głową nad naszym gatunkiem ludzkim i naszą obopólną głupotą. Dlaczego na giełdzie nie ma odpowiednich regulacji; jak wśród tylu rządów mogła przyjąć się koncepcja "efektywnego rynku", skoro tyle ekonomistów dowiodło, że to nierealistyczna hipoteza (tzw. "wygodna nieprawda"); w którym momencie prawo do zanieczyszczania atmosfery stało się towarem na sprzedaż? Motorem współczesnego rynku nie są potrzeby konsumenta a zysk i tylko on się liczy.

"Ważne jest więc, żeby nie ganić wyłącznie konsumentów i zastanowić się przede wszystkim nad ty, jak stajemy się konsumentami. By może uwiódł nas zalew tanich towarów, których prawdziwe koszty są albo odroczone na później, albo ponoszone przez innych, ale to nie wyjaśnia, pragniemy tych dóbr. Działa tu bowiem subtelny proces, mamy do czynienia z konstrukcją społeczną, w ramach której uczymy się konsumować, oceniać nasz czas, nasze szczęście i siebie na wzajem. Korporacje mogą być wytworem współczesnego  społeczeństwa rynkowego, ale żeby mogły zarabiać, muszą zwerbować rynkowi konsumentów. Ceny stanowią część procesu werbunkowego."

I jak dla mnie wyjątkowo przekonujące poruszenie sprawy towarów gratisowych z bulwersującym przykładem telefonów komórkowych.

"Do produkcji telefonów komórkowych oraz innego sprzętu elektronicznego używa się minerałów wydobywanych w Kongu, gdzie trwa krwawy konflikt. Kongo posiada 70 procent światowych zasobów koltanu, z którego otrzymuje się niob i tantal, niezbędne przy produkcji kondensatorów stosowanych w większości przenośnych gadżetów elektronicznych. Oddziały wojskowe, które nadzorują dostęp do tych zasobów, znane są ze swej brutalności - gwałcą, torturują, uprowadzają w niewolę, zabijają. Kongijskie kobiety, które wbrew wszelkim przeciwnościom starają się wychować dzieci, żyją przeciętnie 47 lat, padają ofiarą najgorszej w świecie epidemii gwałtów i zarabiają połowę tego co mężczyźni - 191 dolarów rocznie.(...) Takie są krwawe koszty zewnętrzne nowoczesnej elektroniki. Wygląda to jeszcze bardziej ponuro, kiedy dajemy sobie wmówić, że dostajemy telefon komórkowy za darmo."

Mimo tak niezwykle poważnych tematów podjętych przez wykładowcę, wszystko opisane jest niezwykle przystępnym językiem, pełnym porównań, oryginalnych metafor - Patelowi naprawdę zależy żeby jego czytelnicy go zrozumieli. Pisarz opisuje nie tylko to, co idzie nam tak źle w naszym świecie, ale i to co rokuje dobrze, i choć możemy nie zgadzać się z jego wizją to jego argumenty brzmią przekonująco. Podaje przykłady organizacji, które starają się wcielać w życie starożytne zasady demokracji (przedstawiciele Juntas de Buen Gobierno - Rada Dobrego Rządu czyli Junt w skrócie) i idzie im to całkiem nieźle.

Raj Patel uświadomił mi kilka rzeczy, lubię takich aktywistów, którzy naprawdę mają coś ciekawego i konstruktywnego do powiedzenia. Jako były pracownik Banku Światowego myślę, że trzeba go postrzegać jako specjalistę na polu, na którym zdecydował się teraz trochę namieszać. Bruździ tam, gdzie poznał rzecz od podszewki.

Domyślam się, że przydługi i natchniony podtytuł może zniechęcać, przynajmniej tak było w moim przypadku, ale chciałam dać książce szansę bo została wydana w niezwykle ciekawej dla mnie serii Spectrum. Nie są to więc przydługie biadolenia starego hipisa. Ta krótka publikacja zapewniła mi temat do rozważań nad ludzką naturą, demokracją i korporacjami na długi czas. Fascynują mnie takie książki jak "Wartość niczego" i polecam je wszystkim ludziom, którzy chcą być świadomymi obywatelami dzisiejszego świata (zabrzmiało dość górnolotnie, ale nie obawiajcie się) i wiedzieć, że prawdziwa wartość hamburgera w McDonaldzie to 200$. Nie będzie lekko, bo wnioski autora potrafią dobić, ale z prawdą trzeba się zmierzyć.

seria: Spectrum

piątek, 12 listopada 2010
Seks, narkotyki i czekolada, Paul Martin

Seks, narkotyki i czekolada (Sex, Drugs & Chocolate: The Science of Pleasure), Paul Martin, przełożyła Anna Dzierzgowska, MUZA 2010

 Seks, narkotyki i czekolada

Jak widać, już sam tytuł jest kuszący. Autor twierdzi, że owe niewinne grzeszki, które popełniamy dla własnej przyjemności są konieczne dla naszego dobrego samopoczucia. Czytając tą pozycję naprawdę można się rozgrzeszyć z czekoladowych słabości i złamać niejedną dietę.

Paul Martin, biolog, bierze na warsztat wszystko to co człowiekowi kojarzy się z przyjemnością i próbuje połączyć to wszystko w całość. Oprócz tytułowych rozkoszy autor opracowywuje jeszcze inne używki, hazard, masturbację, sny i dobroczynność drzemek. Wszystko mamy ładnie podzielone i omówione, po rozdziale dla każdej uciechy, do tego jeszcze mamy odpowiedź na takie pytania jak : do czego służy przyjemność, dlaczego lubimy czekoladę. W jednym z rozdziałów opisani są słynni hedoniści, porównując ich ekscesy z naszymi skromnymi, umiarkowanymi realizacjami pragnień można poczuć się świętoszkowato. Jest więc różnorodnie i czytelnik nie może narzekać na nudę.

Martin pisze ciekawie o poczuciu winy jakie często czujemy oddając się ulubionym przyjemnościom. Wiadomo zakazany owoc jeszcze bardziej kusi.  Sama pogoń za uciechami jest moralnie dwuznaczna. Trzeba modlić się, pościć i pokutować, być miłosiernym a do tego wszystkiego ubogim. Przynajmniej tak głoszą wszystkie siły religijne i polityczne. Rosnące wpływy na rzecz ewangelizmu i wstrzemięźliwości w XIX wieku spowodowały, że ludzi którzy chcieli zerwać z nałogami pijaństwa czy uzależnieniem od narkotyków, a nie mieli wystarczających sił, postrzegano nie jako chorych, lecz słabych nieudaczników nie mogących dać sobie rady ze swym "problemem". Biolog jednak nie zajmuje rozważaniem nad etyką jeno po prostu pisze, że zbalansowane i równomierne  dawki czystej przyjemności są jak najbardziej dla ludzi wskazane. Pogoń za szczęściem jest nie do zapobiegnięcia, jest wpisana w nasze umysły i geny. Ale trzeba uważać bo to "śliska bestia" i można się uzależnić, zwłaszcza od tej trójcy wymienionej w tytule.

Biolog pisze szczerze i bez fałszywej pruderii.

"Podczas pokazów zdarza się, że samce delfinów wprawiają publiczność w zakłopotanie, kiedy zamiast zjeść miotającego się węgorza, którego otrzymują w nagrodę, używają go jako seksualnej zabawki. Samce delfinów potrafią także masturbować się wspólnie, wsuwając sobie nawzajem penisy w otwory w genitaliach. Słodkowodne delfiny, żyjące w wodach Amazonki, są bardziej bezczelne: zdarza się im wsuwać penis w nozdrza innego delfina. Chciałbym, żebyście mieli te obrazy w pamięci, kiedy znów będziecie oglądać film "Flipper"."

To cytat z serii zwierzęta też potrafią.

Konkludując Paul Martin do niczego nowego nie doszedł, czasem też zbacza z obranych przez siebie tematów i tekst wydaje się nie spójny. To na pewno bardzo przystępnie napisana książka, która może nam urozmaicić czas, zwłaszcza jeśli dla kogoś przyjemnością jest czytanie. Osoby mocno zainteresowane tematem pewnie niczego nowego tu nie znajdą, to raczej takie swoiste podsumowanie i zebranie luźno krążących w obiegu informacji z kilkoma wnioskami odautorskimi i listą dobrych rad dla hedonistów. Publikację mogę polecić wszystkim poszukującym spełnienia.

seria: Spectrum

wtorek, 26 października 2010
Przemoc. Sześć spojrzeń z ukosa, Slavoj Żiżek

 Przemoc. Sześć spojrzeń z ukosa (Violence. Six Sideways Reflections), Slavoj Żiżek, przełożył Antoni Górny, warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2010

Przemoc. Sześć spojrzeń z ukosa

Nazwisko autora "Przemocy" jest mi znane (ponad 40 tytułów w dorobku!), w trakcie czytania jego książki postanowiłam bliżej przyjrzeć się temu filozofowi. Ku mojemu osłupieniu i rozbawieniu znalazłam niesamowite wręcz przydomki jakimi okrzykują go przeróżni recenzenci i krytycy - "Elvis teorii kultury", "An Academic Rock Star". Wydawca na okładce napisał, iż Slavoj Żiżek "uprawia filozofię w stylu pop", po przeczytaniu tej książki nie mogę się z tym nie zgodzić.

Spróbuję najpierw trochę przybliżyć sposób w jaki pisze ten słoweński badacz, preferowana przez niego forma zbiera tyle samo zachwytów co złośliwej krytyki. Rozumiem samą ideę Żiżka (przynajmniej tak mi się wydaje) uprawiania filozofii we własnym stylu, który w dodatku będzie zrozumiały i o wiele bardziej interesujący niż nudne wywody. Mam takie wrażenie, że chce on przybliżyć swoje teorie jak największej liczbie osób, na pewno nie można go za to winić. Dlatego właśnie zapoznanie się z tym wydaniem było łatwe i  całkiem przyjemne. Oczywiście teks jest niezwykle prowokacyjny, komentator kultury igra sobie z różnorodnymi jej przejawami, mieszając ją z największymi oznakami terroru ostatniej dekady. Przemoc według niego jest ukryta, by ją dostrzec trzeba uświadomić sobie pewne precedensy i przekłamania z jakimi mamy do czynienia na co dzień.

 Dostajemy taki kulturowy misz-masz, z jednej strony niezwykle obrazowe przykłady, z drugiej ryzykowne teorie. Swoje postulaty autor tłumaczy podając przykłady współczesnych filmów, ciekawych anegdotek a nawet kawałów. Czyli mamy Lacana, Freuda, Nietzschego wymieszanego z teoriami ateistycznymi, liberalnym komunizmem, tragedią z 11 września, Holocaustem i ulicznymi zamieszkami w Paryżu. Na szczęście, w tym przepychu olśniewających argumentów autora czytelnik jest się w stanie zorientować, co tak naprawdę pisarz ma do powiedzenia na temat przemocy i wyciągnąć parę konkretnych wniosków.

Podobało mi się przedstawienie zamieszek w Paryżu z 2005 r. jako "głosu ludu", który nie ma żadnych konkretnych postulatów a jedynie chce zaznaczyć swoją obecność, ukazanie drugiego dna działalności dobroczynnej "baronów" przemysłu - równoważenie bezwzględnego mnożenia zysków dobroczynnością. Do tego według filozofa nauka zamieniła się miejscami z religią, dziś to ona ma nam dać poczucie bezpieczeństwa zamiast wiary w Boga. Podsumowywując - to krótka książka próbująca w bardzo ciekawy i oryginalny sposób udowodnić teorie jej autora. Nie musimy zgadzać się ze wszystkim co pisze, ale na pewno zmusza do uważniejszego i jednocześnie krytycznego przyjrzenia się współczesnym nam wydarzeniom. Dla mnie takie spojrzenie z ukosa okazało się całkiem ciekawym doświadczeniem.

"Znana anegdota głosi, że podczas drugiej wojny światowej pewien niemiecki oficer odwiedził Picassa w jego paryskiej pracowni. Zobaczył tam Guernicę i wstrząśnięty, spytał mistrza: "To wy to zrobiliście?". Picasso spokojnie odparł: "Nie, to wy to zrobiliście!"

"Wróg to ktoś, kto nigdy nie przedstawił wam swojej wersji wydarzeń."

"Arthur Koestler, wielki nawrócony komunista, rzucił kiedyś bardzo głęboką myśl: "Jeśli władza korumpuje, to jej odwrotność robi to także: prześladowanie korumpuje ofiary, choć w sposób mniej jawny i bardziej tragiczny."

seria: SPECTRUM na blogu

środa, 29 września 2010
Etyka dobrej roboty, Richard Sennet

Etyka dobrej roboty (The Craftsman), Richard Sennet, przełożył Jan Dzierzgowski,Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2010

Etyka dobrej roboty

"Etyka dobrej roboty" to najlepsza z książek Richarda Senneta jakie dotychczas czytałam. Praca niezwykle złożona, naszpikowana wręcz niesamowitymi przykładami i bogactwem wiedzy jaką posiada sam autor. Widzę w tej pozycji rozwinięty zamysł z "Korozji charakteru" gdzie socjolog pisał między innymi o problemie fachowości, zdystansowania się pracowników do powierzonej pracy i roli narzędzi ułatwiających zadania.

Pisarz zaczyna od mitu Pandory i rozróżnienia Hannah Arendt między animal laborens i homo faber, istot ludzkich podobnych w działaniu do zwierząt i ludzi wykonujących pracę, która kształtuje wspólne życie ("człowiek jako twórca"). Sennet wychodzi dalej i skłania nas do spojrzenia na ten problem w sposób bardziej otwarty, bez szufladkowania. Pytania, które zadaje są niezwykle istotne, mają większą wagę niż może się nam na początku zdawać. Czy ludzie panują nad techniką, którą sami rozwijają? Do czego jeszcze popchnie nas ciekawość? Wystarczy przytoczyć wypowiedź   Oppenheimera, który tak tłumaczył się ze zbudowania bomby.

"Gdy masz możliwość zrobienia czegoś tak perfekcyjnego (z technologicznego punktu widzenia), nie wahasz się: realizujesz swój projekt i dopiero później, kiedy już osiągniesz sukces, zastanawiasz się, co zrobić z tworem swej pracy. Tak właśnie było w przypadku bomby atomowej."

Według Senneta geniusz to fenomen nowoczesności, w społeczeństwie tradycyjnym nie koncentrowano się na zdolnościach indywidualnych, rozwijanie talentu przez jednostkę zależało od podporządkowania się regułom wypracowanym w dawnych epokach, a więc by nabyć jakieś umiejętności trzeba było być posłusznym innym. Antropolog przypatruje się fachowcom przez kilka wieków, od średniowiecznych złotników do dwudziestowiecznych konstruktorów bomby atomowej. Nie pomija ruchów ideologicznych, ciekawie pisze o Mojżeszu klasy robotniczej, Marksie, nie zostawia suchej nitki na brytyjskich reformach służby zdrowia. Bardzo optymistycznie podchodzi do umiejętności, stwierdza, że każdy jest w stanie opanować pewne zdolności, tylko niektórym zajmuje to więcej czasu. Nie trzeba pracować agresywnie, ingerować w przestrzeń zbyt mocno, trzeba jej doświadczyć (np. w przypadku architektów). Wytwarzanie jest myśleniem, jednak w dzisiejszych czasach łatwo jest pomijać etykę, w końcu jesteśmy uzależnieni od maszyn. Oprócz tego wszystkiego pisarz zastanawia się jeszcze gdzie przebiega granica pomiędzy sztuką a wykonywaniem fachu, czy można je rozgraniczyć.

Przy całych tych pokładach ciekawych wniosków do jakich dochodzi Sennet i naszych przy tym rozmyślaniach, książkę czyta się niezwykle przyjemnie. Obrazowe przykłady wzięte prosto z życia są zaskakująco proste, po przemyśleniu odkrywają przed nami drugie dno, do tego styl socjologa wolny jest od pompatyczności. Polecam nie tylko zainteresowanym socjologią, ale wszystkim fachowcom, dumnym z wykonywanej przez siebie pracy oraz ze swych umiejętności.

"(...) tylko bogaci mogą być głupcami - dla wszystkich innych zdobycie jakiejś umiejętności jest koniecznością."*

*Diderot

seria Spectrum

czwartek, 15 kwietnia 2010
Żyć w rodzinie i przetrwać, John Cleese, Robin Skynner

John Cleese, Robin Skynner, Żyć w rodzinie i przetrwać (Families and how to survive them), Santorski&CO

Żyć w rodzinie i przetrwać

Dla mnie najlepszą rekom endacją tej książki był John Cleese i jego niepośledni humor. Jednak otrzymałam coś zgoła innego, choć nie powiem, to co dostałam także mi się całkiem spodobało. Aktor komediowy i psychoterapeuta to dość oryginalny duet, który stworzył niestandardowy poradnik.

John Cleese uczęszczał na zajęcia terapii grupowej do psychologa rodzinnego (kto by pomyślał), Robina Skynnera, i zafascynowany tą dziedziną nauki oraz efektami jakie dzięki nimi osiągnął, postanowił namówić swojego guru do wspólnego napisania książki. Publikacja miała być przeznaczona dla osób, które nie mają pojęcia o psychologii, a chciałyby się w przystępny sposób czegoś dowiedzieć. Tak powstało "Żyć w rodzinie i przetrwać". Rola Cleesa sprowadza się do zadawania pytań i inteligentnego ich komentowania oraz podejścia do wszystkiego ze szczyptą brytyjskiego sceptycyzmu. Aktor szczerze przyznaje się do swoich problemów, grupowe zajęcia okazały się dla niego niezwykle budujące i fascynujące (do tego entuzjazmu odniosłam się sceptycznie). Zdziwił mnie jego entuzjazm i od pierwszego rozdziału podeszłam z powątpiewaniem, cóż, nie wierzyłam w moc psychologii. Przeszło mi trochę po drugim rozdziale, choć nadal podchodzę z nieufnością do niektórych koncepcji Skynnera.

Autorzy zaczynają od zarania dziejów, tzn. od powstania rodzinnej komórki, tzn. od momentu zakochania. Co więc sprawia, że ludzie zakochują się w sobie, na jakiej podstawie się dobierają. Ich wyjaśnienia niekoniecznie do mnie przemówiły, ale uległam urokowi analizy małżeństw Marty i Edwarda ("Kto się boi Virginii Woolf") oraz Nory i Torvalda ("Dom lalki"), toksyczni i studium pantoflarstwa. Nasi amatorzy psychologii bezboleśnie przeprowadzają nas przez kolejne etapy małżeństwa, wczuwając się nawet w uczucia noworodka. Zmagania rodziców z latoroślami, kolejne stadia rozwoju pociech - niby nic nowego, a jednak można się czegoś dowiedzieć. Obaj panowie naprawdę dbają o to by czytelnik zrozumiał o co im chodzi, liczne podsumowania, proste przykłady, małe żarciki - dosłownie "łopatologia" dla laików. Ani się obejrzycie, jak poddacie własne rodziny skrupulatnej analizie psychologicznej i ze znawstwem wygłosicie kilka domowych wykładów dla wolnych słuchaczy.

 Cała książka jest całkiem zabawna w polskim tłumaczeniu, jednak nic nie przebije oryginału. W internecie na Google Książki znalazłam oryginalny tekst, który podoba mi się o wiele bardziej.

seria: Psychologia na co dzień

sobota, 20 marca 2010
Na początku był głód, Marek Konarzewski

Na początku był głód, Marek Konarzewski, Państwowy Instytut Wydawniczy,Warszawa 2005

Na początku był głód

Zwykle w kręgu moich zainteresowań nie znajdują się raczej książki autorstwa biologów związanych z ekologią ewolucyjną, ale dla tej pozycji zrobiłam wyjątek. Już w trakcie czytania czułam jak wzrasta moja biologiczna wiedza i świadomość homo sapiens. Autor podjął się sprawdzenia jak to z naszym gatunkiem było - mięsożercy czy wegetarianie?

Historia ewolucji naszego wszędobylskiego gatunku liczy sobie ponad siedem milionów lat, jest więc co badać. "Jeśli porównamy ten niewyobrażalnie długi okres z upływem dwunastu godzin, to moment, w którym przed mniej więcej stu osiemdziesięcioma tysiącami lat pojawił się na Ziemi człowiek współczesny, przypadnie na ostatnie dwadzieścia minut. Natomiast cała historia rolnictwa, licząca około dziesięciu tysięcy lat, zacznie się ledwie minutę przed godziną dwunastą!" Także dopiero w tych ostatnich sekundach człowiek drastycznie zmienił swą dietę, Konarzewski pyta czy nasze organizmy miały wystarczająco dużo czasu by przystosować się do nowych warunków żywieniowych i jak wpłynęła na nas na dietetyczna rewolucja. Łykowate bulwy, uciekającą dziczyznę i skromne korzonki zastąpiliśmy szyneczką z białym chlebem i masłem.

Pisarz poddaje skrupulatnym oględzinom różne teorie i hipotezy naukowe, a robi to w sposób jasny i dowcipny. Jego badania zakrojone były na szeroką skalę i wykorzystały odkrycia z różnych dziedzin nauki. Uświadamia czytelnikowi też jak wiele czynników może wpływać na wyniki badań, jak wiele trzeba wziąć pod uwagę. Biolog poddaje w wątpliwość popularne slogany, utarte drogowskazy naszej diety (hasło "mniej tłuszczu - więcej zdrowia" nie jest takie oczywiste), podważa wiarygodność dietetyków. To wszystko gwarantuje (przynajmniej w moim przypadku) niezwykłe rozszerzenie horyzontów i zgłębienie tajemnic kolagenu czy przyczyny, dla której produkty mączne są tuczące. Tak zwana lektura uświadamiająca. Oczywiście jak na naukowca przystało, autor czasem przynudza i przez kilka kartek tłumaczy charakterystykę związków chemicznych zamiast streścić się w kilku zdaniach, ale przynudza przystępnie. Do tego nie zawsze zajmuje stanowisko naukowca badającego wszystko z zimną krwią, tylko drwi sobie i ironizuje z teorii lub diet ( dieta Atkinsa-Kwaśniewskiego dostaje niezłe cięgi).

 Pozycja obowiązkowa dla odchudzających się, zamiast uczyć się na pamięć tabel kalorycznych czy wątpliwych  cudownych przepisów, zdobyć trochę gruntownej wiedzy, która o wiele lepiej się sprawdzi w walce z kilogramami. Choć powinno wystarczyć zapewnienie, że książka jest po prostu ciekawa i jak by nie patrzył dotyczy nas wszystkich.

Biblioteka Myśli Współczesnej

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka