sobota, 21 maja 2011
Wyznawcy. Jak Ameryka dała się naciągnąć Bernardowi Madoffowi na 5 miliardów dolarów, Adam LeBor

Wyznawcy. Jak Ameryka dała się naciągnąć Bernardowi Madoffowi na 5 miliardów dolarów (The Believers. How America Fell for Bernard Madoff's $65 Bilion Investment Scam), Adam LeBor, przełożył Antoni Górny, MUZA, Warszawa 2011

 Wyznawcy, Adam LeBor

Tak, wiem, okładka jest fatalna, a tytuł sensacyjny, dlatego ze zdziwieniem skonstatowałam, że książkę LeBora czyta mi się przyjemnie. To pewnie dlatego, że publikacja ma zupełnie inny charakter niż myślałam, że będzie miała. Pierwszym miłym zaskoczeniem były liczne odwołania autora do historii, te mnie od razu ujęły. Nie jest to więc krótkie, sensacyjne dziełko traktujące o oszuście finansowym, ale znacznie bardziej wnikliwe studium poświęcone Madoffowi i chciwości.

Bernard Madoff, z pochodzenia Żyd, zamieszkały w Ameryce, jest twórcą funduszu, który przez całe lata przynosił równomierne zyski jego udziałowcom. Mimo znacznych wahań rynku, koniunktury, czy innych problemów, jego firma zawsze przysyłała swoim klientom optymistyczne wyciągi z ich kąt. Przez te kilka lat do grona inwestorów dołączyli sławni i bogaci, i mówimy tu o miliardach dolarów czyli sumach przekraczających możliwości normalnego śmiertelnika. Inwestorzy licznych przedsiębiorstw, przedstawiciele wpływowych organizacji charytatywnych, bliscy przyjaciele samego Madoffa i ich dalsi znajomi wpompowywali w piramidę finansową spryciarza ogromne pieniądze. Jak to się stało, że przez tak długi okres czasu nikt nie dostrzegł oszustwa na taką skalę, co z wszelkimi kontrolami, jak udało mu się oszukać tylu ludzi? Co z jego kolegami po fachu, ślepi byli czy co? Na te pytania stara się odpowiedzieć LeBor, dodając kolejne - o naturze ludzkiej, poczuciu bezpieczeństwa, idei chciwości.

Wierzcie mi, jeśli chodzi o reguły gry na giełdzie to jestem zielona, Wall Street to dla mnie ciemna magia, ale dziennikarzowi udało się wytłumaczyć w dość jasny sposób (choć nie mówię, że jest lekko) na czym polegały finansowe machlojki sprytnego chciwca. Śledzimy więc kolejne kroki naszego głównego bohatera, edukację, rozwój firmy na rynku, zdobywanie kolejnych klientów, wkupywanie się majątkiem w łaski innych bogaczy, stopniowe zdobywanie zaufania określonych grup społecznych. Można powiedzieć, że ten krętacz wkręcił się w towarzystwo starych rodzin żydowskich, zawiązał przyjaźnie , a potem wszystkich wykorzystał. Autor pisze o żądzy zysku ale i o poczuciu odpowiedzialności za decyzje inwestorów. Mamy też kawałek historii i rozwoju giełdy oraz zbliżenie małych zamkniętych, bogatych społeczności. W poczet takiego grona wcale nie jest łatwo się dostać i same pieniądze na opłacenie członkostwa w country clubie może nie wystarczyć. Bardzo mi się podobały rozsiane po książce ciekawostki historyczne, np. te o country clubach, zamkniętych warowniach z luskusowymi polami golfowymi  i lunchami za niebotyczne ceny.

LeBor w bradzo interesujący sposób przedstawia poczynania Madoffa, nie zanudza czytelnika i przy okazji przedstawia nam jak bardzo świat się zmienił w ciągu ostatnich lat XX wieku. Powoli odszedł w zapomnienie stary świat finansjery z jego koneksjami, dobrym urodzeniem, niezwykłą elitarnością, a pojawił się ten nowocześniejszy, dużo bardziej dynamiczny i bardziej otwarty, ale też i bezosobowy. Tworzenie sieci zależności, na których opierał się później tytułowy oskarżony wcale nie było takie proste. Najtrudniej jest mi zrozumieć jak w ten sposób mógł zrujnować najbliższych przyjaciół. Do tego dowiadujemy się, że kolektywne manie i złudzenia wcale nie odeszły w przeszłość, są niezmiennym elementem ludzkiej historii.

wtorek, 26 kwietnia 2011
Dziennik z getta warszawskiego, Mary Berg

Dziennik z getta warszawskiego, Mary Berg, przełożyła Maria Sałapska, Czytelnik 1983

 Dziennik z getta warszawskiego, Mary Berg

Mary Berg (Miriam Wattenberg) zaczęła pisać swój dziennik w 1939 r., jest to więc dokument historyczny, oddający "na gorąco" ówczesne wojenne realia. Rozpoczyna na oblężeniu Warszawy, ma wtedy 15 lat a już czuje się samotna i stara. Myślę, że prowadzenie codziennych zapisków było dla młodej, zgnębionej dziewczyny swoistym sposobem na oswojenie zupełnie nowej, brutalnej rzeczywistości i jak zwykle w przypadku ofiar Shoah, potrzebą dawania świadectwa. Książka po raz pierwszy ukazała się po angielsku w Ameryce, w 1945 r. i była jednym z pierwszych świadectw Zagłady dokonywanej w Polsce na Żydach.

Mary Berg była córką cenionego antykwariusza z Łodzi, znawcy malarstwa polskiego. Po konfiskacie majątku w rodzinnym mieście rodzina przenosi się do Warszawy, jednak i tu warunki pogarszają się z każdym dniem, rosną ograniczenia nakładane na naród żydowski. Po zamieszkaniu w getcie dziewczyna nie oddawała się rozpaczy, tylko starała się aktywnie spędzać swój czas. Była członkinią Łódzkiego Zespołu Artystycznego - ŁZA, chodziła na kursy rysunku i architektury, pracowała w różnych organizacjach samopomocy. Jej szerokie grono znajomych i zmysł obserwacji sprawiają, że była doskonale zorientowana nie tylko w warunkach panujących w getcie, ale w stosunkach społeczno-politycznych. Pisząc autorka podaje naprawdę wiele konkretnych i ciekawych informacji. Począwszy od życia artystyczno-kawiarnianego, poprzez działania żydowskiej policji, kursy zawodowe dla młodzieży do cieszących się niezwykłą popularnością programów komicznych i skeczów. Parę zdań o eksporcie towarów z getta (papierosy, likiery, biżuteria), chemikach produkujących lekarstwa czy problemach związanych z pogrzebami, bo nawet "przenosiny na tamten świat nie są łatwe". To całkiem sporo jak na możliwości piętnastoletniej dziewczyny. 

Ze względu na amerykańskie obywatelstwo matki Mary rodzina miała szczęście i została internowana na Pawiaku w 1942 r., czyli dosłownie na kilka dni przed masowymi wywozami do Treblinki i zmniejszeniem przez Niemców obszaru getta. Następnie wywieziono ich do obozu dla uchodźców we Francji, gdzie zostali wymienieni na jeńców wojennych. Na Pawiaku autorka kontynnuje swoje zapiski opierając się na relacjach świadków przenoszonych do więzienia i obserwacjach z okien, z których było widać masowe egzekucje i deportacje.

Dziennik pisany jest językiem prostym, jasnym i czytelnym. Autorka raczej mało miejsca poświęca na dywagowanie na temat własnej duszy, skupiając się na wydarzeniach dnia codziennego, uchwyceniu chwili, oddaniu tragedii innych. Oczywiście nie obce są pisarce wyrzuty sumienia, smutek, wątpliwości moralne - lecz to wszystko zawiera się w samym tonie, doborze słów. Większość informacji podanych jest w sposób klarowny, treściwy i krótki. Bez zbędnych sentymentów. Mary Berg często pozwala sobie na ton ironii, kpiny, jest w końcu młodą dziewczyną, która chce po prostu przeżyć.  Myślę, że tę pozycję docenią miłośnicy faktów zbieranych na bieżąco. Ja z tej publikacji dowiedziałam się wielu nowych rzeczy, podanych jest wiele informacji pominiętych przez innych autorów dzienników i wspomnień.

wtorek, 05 kwietnia 2011
Na tropach Smętka, Melchior Wańkowicz

Na tropach Smętka, Melchior Wańkowicz, Wydawnictwo Liteackie, Kraków 1988

 Na tropach Smętka, Melchior Wańkowicz

Wieki temu przeczytałam "Ziele na kraterze", pamiętam ,że książka wywarła na mnie ogromne wrażenie i przyrzekłam sobie moją znajomość z Melchiorem Wańkowiczem kontynuować. Cóż, gdy jakoś się nam nie składało na kolejne spotkania, aż do zeszłego tygodnia gdy sięgnęłam wreszcie po jego kolejną książkę, a teraz mam ochotę szybko ściągnąć z półki kolejne.

Melchior Wańkowicz postanowił odbyć brzemienną w skutki wycieczkę na Mazury wraz z młodszą córką by "sądować dusze ludzkie". Z opisanych wycieczek, rozmów z mieszkańcami, ich wspomnień i różnorakich dokumentów powstała niezwykła publikacja - "Na tropach Smętka". Choć z tym liczeniem, o którym wspomina autor też jednak sie spotykamy gdy pisarz wymienia te wszystkie tabelki, ilość osób biorących w plebiscytach oraz głosowaniach, ilość osób mówiących po polsku, procent Polaków według niemieckich spisów ludności itd. I to wszystko po to, by pokazać, że ta "ziemia, która parzyła polskość" jest w istocie polska. Książka później stała się swoistym bestsellerem dwudziestolecia międzywojennego i wzbudziła sporo sensacji nie tylko po polskiej stronie. Dość powiedzieć, że jak tylko Niemcy wkroczyli do kraju w 1939 r. oburzeni skonfiskowali kolejne wydanie z drukarni. I ten obraz przewijający się w tekście, Rzeszy gotującej się do czynu, germanizującej swe tereny zrobił na mnie ogromne wrażenie. Do tego dodajmy niezwykłą fantazję autora, ogromne poczucie humoru i uroczą córkę, by upewnić was, że pozycja ta nadal bawi.

" - Ja bym była chciała coś zjeść - powiada Tirliporek, zbudzony ostrymi promieniami słońca, które wpadają do naszego pawilonu.

Wymagam od pewnego czasu, aby się do mnie zwracała w czasie zaprzeszłym. Uważam, że jest to forma uroczysta, jedynie stosowana w zwracaniu się do osoby ojca. Dzieciak mi się rozpuścił i trzeba go podfasonować, bo termin odbioru w ręce matki się zbliża."

W język polski Wańkowicz wplata ten język mazurski i niemiecki, a to jakieś śmieszne zdanka, pioseneczki, pocieszne cytaty,  wszystko to razem nadaje klimatu, który trochę kłóci się z opisem ogromnych inwestycji kolonizacyjnych w Prusach Wschodnich - parcelacje mające wzmocnić mniejsze gospodarstwa, potężny ruch budowlany czy wreszcie szykany wobec polskich nauczycieli - czyli wszystko to, co miało pchnąć germanizajcę do przodu. Autor "Ziela na kraterze" nazywa to "sztucznie wytwarzaną, kupną niemieckością, bo niemczyzna tam, nie jest u siebie w domu, bo jedynie podlewana milionami", które idą na jej utrzymanie. Szykany niemieckich dzieci w stosunku do ich kolegów, aparat przymusu i przekupstwa, presji gospodarczej i wreszcie politycznej. W tle rozważania historyczne sięgające bitwy pod Grunwaldem.

W oczy rzuca się niezwykły obiektywizm pisarza mimo przecież bardzo trudnej i skomplikowanej sytuacji, daje do myślenia. Jego próby przedstawienia obu stron medalu - zasięgania języka miejscowej ludności, gotowość do przekopywania się przez książki historyczne pisane zarówno przez Niemców jak i Polaków. Wyłania się z tego obraz bez uprzedzeń, bo przecież autor pisze, że z narodem Niemieckim wszystko jest w gruncie rzeczy w porządku "tylko nie ma serca dla tej ziemi".

czwartek, 17 marca 2011
Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii, Rafał Tomański

Tatami kontra krzesła. O Japończykach i Japonii, Rafał Tomański, MUZA, Warszawa 2011

Tatami kontra krzesła, Rafał Tomański 

 

 Przeczytałam całkiem sporo książek o Japonii wydanych na polskim rynku i wydaje mi się, że Rafał Tomański powielił w swojej, wiele obiegowych opinii oraz spraw szeroko już omawianych w innych publikacjach, ale myślę, że tłumaczy go swoista encyklopedyczna forma publikacji. Autor starał się na pewno poruszyć większość tematów mogących zainteresować potencjalnego czytelnika. Nie boi się też żadnych tematów i śmiało opowiada o nawykach Japończyków, które standardowego Europejczyka mogą bulwersować lub mocno dziwić. Stara się wytłumaczyć stosunek tego narodu do seksualności, odpowiedzieć na pytanie dlaczego młode Japonki tak rzadko zmieniają majtki i potwierdza istnienie automatów z używaną bielizną.

Co mnie ujęło to szczerość autora i jego autentyczne próby zrozumienia japońskiej duszy. To nie jest książka pisana na zasadzie veni, vidi, vici - przybyłem, zobaczyłem, zwyciężyłem. To lata fascynacji językiem, kulturą i ludźmi, które przełożyły się na niezwykłe doświadczenie. Tomański posłużył się japońskimi zwyczajami, językiem, kulturalnymi ciekawostkami, różnymi narodowymi śmiesznostkami by przybliżyć czytelnikowi skomplikowany i pokrętny charakter narodowy Japończyka. 

"Próbując dotrzeć do istoty japońskości, korzystałem przede wszystkim z metodologii Alfa, czyli przyjeżdżam, patrzę, słucham i segreguję w głowie informacje, żeby jak najlepiej zrozumieć nowe miejsce. Następnie konfrontuje je z tym, co kiedyś przeczytałem, obejrzałem, albo dowiedziałem się od moich japońskich profesorów.

Ta książka to coś w rodzaju mini rozmówek przydatnych w podróży. Nie aspiruje do kategorii aspirująca monografia, nie ma na celu naukowego dowodzenia poruszanych teorii. jest to książka dla tych, których Japonia fascynuje." 

Gdy dodam do tego jeszcze, że "Tatami kontra krzesła" czyta się przyjemnie, pisarz nie szczędzi żartów i ciekawostek, nie wdaje się w zawiłe wyjaśnienia, to mogę ją z czystym sumieniem polecić dosłownie każdemu zainteresowanemu Krajem Kwitnącej Wiśni.

wtorek, 15 marca 2011
Warszawa kryminalna, Helena Kowalik

Warszawa kryminalna, Helena Kowalik, Muza, Warszawa 2010

 Warszawa kryminalna, Helena Kowalik

"Warszawa kryminalna" to zbiór reportaży sądowych z najbardziej znanych procesów ostatniego dziesięciolecia. Wszystko to ma tworzyć swoistą panoramę charakterystycznych stołecznych przestępstw, piszę to na wypadek gdyby ktoś nie zauważył morderczych zamiarów Syrenki na okładce i ociekających krwią aktów sądowych.

Właściwie, to z zaskoczeniem odkryłam, że książkę czytało mi się całkiem szybko i niektóre z opisanych spraw mnie wciągnęły. Publikacja podzielona jest według typów popełnionych przestępstw, mamy więc oskarżonych w białych kołnierzykach, zabójstwa i zbrodnie popełnione dla pieniędzy czy z polityką w tle. Do tego kilka spraw dotyczących polskiej mafii ze skruszonymi gangsterami, zdrajcami i mafijnymi bossami. Sfałszowane testamenty, lekarze oskarżeni w wyniku intrygi politycznej, kochające prostytutki - tylko przebierać. Jak pisze sama Helena Kowalik jej perspektywą w trakcie kilkuletniego gromadzenia materiałów do publikacji był widok z ławy dla publiczności w sali rozpraw, na korytarzu sądowym, przy stoliku z aktami w sekretariacie wydziału karnego oraz w pokoju widzeń aresztu. Wybrany przez autorkę materiał jest rzeczywiście różnorodny, pisarka podaje nie tylko przykłady tych najgłośniejszych spraw dotyczących najwyższych stołków i ogromnych pieniędzy ale i przedstawia nam nieszczęścia prostych ludzi. Osobiście dla mnie najciekawsze okazały się nie opisane przez Kowalik sprawy, ale realia polskiego sądownictwa. Każda ze zbrodni przedstawiona jest na tyle dokładnie, że czytelnik ma szanse poznać jej okoliczności, motywy przestępców i wreszcie wymierzoną karę oraz dalsze losy pokrzywdzonych. Takie poprowadzenie historii sprawiło, że miałam możliwość zastanowienia się nad polskim wymiarem sprawiedliwości, zainteresowało mnie w jaki sposób sędziowie usprawiedliwiają swoje wyroki. Rozumiem, że trudno jest mówić o karze adekwatnej do popełnionego przewinienia, a temat sprawiedliwości jest niezwykle ważki, ale właśnie ta możliwość oglądu niektórych ze spraw pozwoliła mi na wysnucie jakichkolwiek wniosków.

Z wymienionych procesów sądowych, jako mola książkowego zainteresował mnie ten, który wyjaśnił mi dlaczego wznowień książek Jasienicy nie było przez tak długi czas, mimo ogromnego popytu. Córka pisarza procesowała się z Markiem Obretennym, synem Zofii Obretenny-Beynar, która według powódki była niegodną dziedziczenia po mężu. Odkąd poznała Pawła Jasienicę, aż do jego śmierci, szpiegowała go jako TW (tajny współpracownik) Ewa-Max, pisała na niego raporty do UB. "Konsekwencją takiego stanowiska córki pisarza jest  odmowa podpisywania z Markiem Oberetennym umów wydawniczych na wznowienie książek Pawła Jasienicy. Oto powód tego, że twórczości historyka od lat nie można było spotkać w księgarniach."

Książkę Heleny Kowalik kończy zapis rozmowy profesora Gierowskiego, naukowca i biegłego sądowego, z sędzią Barbarą Piwnik, których autorka poprosiła o wizerunek Warszawy kryminalnej na szerszym tle.

 Publikacja na pewno zainteresuje miłośników W11 czy może fanów kryminałów, w końcu życie pisze często o wiele bardziej niewiarygodne scenariusze niż sami pisarze.

poniedziałek, 10 stycznia 2011
I była dzielnica żydowska w Warszawie

I była dzilenica żydowska w Warszawie, Władysław Bartoszewki, Marek Edelman,PWN, Warszawa 2010

 I była dzielnica żydowska w Warszawie

"I była dzielnica żydowska w Warszawie" nawiązuje tytułem do książki  Marka Edelmana "I była miłość w getcie", choć niewiele ma z nią wspólnego, może poza ideą, która je łączy. Getto istniało, i choć trudno uwierzyć w dzisiejszych czasach w całe bestialstwo jakie miało miejsce, dzielnica stała i była świadkiem niewypowiedzianego. Mamy więc tu dwóch autorów, wymienionego już przeze mnie Marka Edelmana i Władysława Bartoszewskiego, dwóch ludzi stojących po różnych stronach muru jaki wyznaczał granicę aryjczykom.

Publikację rozpoczyna rozdział "Mój Edelman" będący swego rodzaju wspomnieniem Bartoszewskiego o człowieku "którego znał od zawsze". Następne relacje obu świadków są niezwykle skrupulatne, krótkie i rzeczowe w tonie, z dołączonymi do nich aneksami oryginalnych dokumentów zarządzeń gubernatora dystrykty warszawskiego ( L.Fisher), obwieszczeń, komunikatów Kierownictwa Walki Cywilnej, i wielu innych, stanowiących świetne tło dla opisywanych wydarzeń. Zacytuję teraz Zofię Nałkowską, która najlepiej określiła pisarstwo Edelmana:

"Daje w słowie poważnym, celnym, powściągliwym, wolny od frazesu protokół zbiorowego męczeństwa, utrwala mechanizm jego przebiegu. Jest także autentycznym dokumentem zbiorowej mocy ducha, ocalonej z największej klęski, jaką znają dzieje narodów."

Wszystkie rozdziały są jak najbardziej rzeczowe, pisane z dokładności, z przyświecającym celem przekazania historii taką jaką była choć na pewno nie wolną od zaangażowania autorów. Po prostu prawda heroizmu i grozy nie potrzebuje tu zbędnych przymiotników, mieszkańcy getta "zdecydowali się drogo sprzedać swoje życie".

Myślę, że dla fascynatów tematu jest to lektura obowiązkowa do biblioteczki, w dodatku pięknie się prezentuje. Jak dla mnie książka jest profesjonalnie wydaną publikacją historyczną na dobrej jakości papierze, z dużą ilością wstrząsających zdjęć, kalendarium i aneksem, do tego po wewnętrznych stronach okładki mamy mapki getta warszawskiego i współczesnej Warszawy dla porównania. Pozycja, która zostaje na długo w pamięci.

seria: Literatura faktu PWN

sobota, 11 grudnia 2010
Równoleżnik zero, Olgierd Budrewicz

Równoleżnik zero, Olgierd Budrewicz, Wydawnictwo NAukowe PWN, Warszawa 2010

 Równoleżnik zero

Dawno, dawno temu kupiłam książkę "Cudotwórcy, kapłani, hochsztaplerzy" Olgierda Budrewicza, która do zeszłego tygodnia kurzyła się na jednej z moich półek. Po prostu, po przeczytaniu "Równoleżnika zero" zapragnęłam natychmiast zapoznać się z kolejną książką tego autora.

Opisywany przeze mnie reportaż został wydany po raz pierwszy w 1965 r. i traktuje o pierwszej wyprawie dziennikarza na Czarny kontynent, szlakiem Josepha Conrada, pokonując łajbą dopływ Konga. Pisarz przebywał w obu Kongach (Leopoldville i Brazzaville) oraz Burundii i Rwandzie. Można zadać sobie pytanie czy warto ponownie wydawać po tylu latach reportaż, który na pewno trochę się zdezaktualizował, mamy w końcu XXI wiek, komórki, internet i takie tam. Z drugiej jednak strony zaobserwowałam ostatnio właśnie taki trend aby wypuszczać na rynek starannie wydane reportaże z przed lat, takie z klimatem, niektóre wręcz z zamierzchłych czasów reportażu (XIX wiek!). Tak, czasy się zmieniły, ale czy ludzie też?

Dosłownie wsiąkłam w tą książkę, styl, język autora, podane informacje, przywołane anegdotki - podobało mi się wszystko. Myślę, że pisarz wychodzi daleko poza zwykłą relację z podróży, uświadamia czytelnikowi, że w trakcie podróżowania trzeba "przestroić nawyki myślenia".

"Europejczyk, oczywiście, od pierwszej chwili pobytu w Afryce przykłada do oglądanych rzeczy swoją prywatną, europejską, ciasną miarkę. Zresztą - bądźmy sprawiedliwi - trudno, bardzo trudno, przestroić nawyki myślenia, znaleźć właściwy klucz do zrozumienia odmiennej rzeczywistości."

 Razem z pisarzem wkraczamy w "wywatowaną monotonię" "wyprażonego, ociężałego, spleśniałego, mokrego dnia" na Czarnym Lądzie. Jeśli jeszcze nie poczuliście klimatu:

"Duszący, gęsty, lepki wieczór w Brazzaville. Nie drży ani jeden listek. Nie oddycha nic, co żywe. Ściemniło się już dawno, a wszystko czego tknąć, parzy.

Ludzie siedzą jak figury woskowe, bez gestu, bez słowa. Miasto zapadło w stan kataleptyczny, trwa z oczami w słup, z rozcapierzonymi palcami.

Ściany mojego pokoju piszczą. Są nasycone owadami i robactwem, które oczekuje stosownej chwili do ataku."

Tekst nie pozbawiony jest swoistej zgryźliwości, delikatnego ostrza ironii, krytycznych uwag odautorskich. To pisze osoba świadoma ludzkich ułomności, niesprawiedliwości, dzikości rodzaju ludzkiego i samej natury. Spostrzegawczość znanego varsavianisty pozwala mu na wyciąganie ciekawych wniosków, potrafi wniknąć głębiej w polityczne zależności i machinacje  ukazując nam okrutną rzeczywistość. Autor bezlitośnie rozprawia się z typową dla Europejczyków bufonadą, zadzieraniem nosa, wyśmiewa "paraliż" cywilizacji.

"Europa dała Afryce ramę do swego obrazu. Narobiono więc w ostatnich latach ministrów, generałów i burmistrzów, którzy jeżdżą samochodami, noszą krawaty, odwiedzają Paryż i Nowy Jork. Ale większość z nich po cichu wcina maniok, siedzi na ziemi i ma po kilka żon. Europejska rama - afrykańska treść."

No i wreszcie, opisuje samych mieszkańców kontynentu, plemiona z jakimi się zetknął, ich zwyczaje. Równie interesująco przedstawia przedzieranie się przez dżunglę w towarzystwie Pigmejów, polowania na krokodyle ze Stanisławem Hemplem, wojny targające poszczególnymi państewkami,  wszystko to w czarowny sposób i w dodatku z domieszką dowcipu.

"Kiedy brałem w dłonie parokilogramową koniczynę wielkiego kłapoucha, przyglądający się temu czarni i biali osobnicy musieli doznać dziwnego uczucia; choć ubrano mnie w starte traperskiełachy, nie zdołano pozbawić reakcji spacerowicza z Alei Ujazdowskich - wyglądałem chyba groteskowo.

 - No, co się tak patrzysz, przecież nie gryzie. Chcesz to zabrać do Warszawy?

Nie byłem nigdy właścicielem słoniowej nogi. Poczułem się od razu bogaty. Oczyma wyobraźni zobaczyłem nogę na honorowym miejscu w swoim pokoju. Na wszelki wypadek wezbrałem dumą - prawdziwa noga przwdziwego slonia! Tego na Koszykach nie sprzedają!"

 Co do samego wydania to muszę powiedzieć, że PWN trzyma fason, minimalistyczna, twarda okładka, porządnie zszyte strony, czarno-białe zdjęcia w środku, cóż na wyprawę do Afryki książki nie weźmiemy, ale na półce będzie prezentowała się naprawdę ładnie.

seria: Odkrywanie świata

piątek, 23 lipca 2010
Miasto - morderca kobiet, Marc Fernandez, Jean-Christophe Rampal

Miasto - morderca kobiet (La ville qui tue les femmes. Enquete a Ciudad Juarez), Marc Fernandez, Jean-Christophe Rampal, przełożyła Jolanta Kurska, WAB, Warszawa 2007

 Miasto - morderca kobiet

"Miasto - morderca kobiet" autorstwa dwóch dziennikarzy to suma dwóch lat jakie Fernandez i Rampal spędzili w Juarez na śledztwie. Straszna to książka, tym straszniejsza, że czytałam ją z perspektywy kobiety, a myślę, że w przypadku tej publikacji płeć ma spore znaczenie. Kobieta inaczej odbierze grozę tej książki.

Od 1993 roku ponad 400 kobiet zostaje bestialsko zamordowanych w przygranicznym meksykańskim mieście, Juarez. Ot, tak. Ofiarami były dziewczyny zwykle pracujące w miejscowych fabrykach na obrzeżach miasta, uczennice szkół, często kilkuletnie, wszystkie pochodziły z biednych rodzin. Trudne warunki zmusiły je do zarabiania na siebie, zdobycia niezależności samodzielnego łożenia na edukację. Każda z nich została zgwałcona i bestialsko zamordowana, często przed śmiercią były torturowane. Ich ciała znajduje się najczęściej przez przypadek porzucone  w górach, na bocznych drogach czy przy śmietnikach. Nie wszystkie były mieszkankami Juarez, wśród ofiar znalazły się dwie Europejskie turystki, zamordowane w hotelu.

Czytelnik zastanawia się jak to w  ogóle możliwe aby we współczesnym świecie takie wydarzenia miały miejsce. Autorzy próbują tłumaczyć, ująć w słowach panujący w Juarez ferment, zbiorową panikę, bezradność władz. Przeprowadzają liczne wywiady z rodzinami ofiar, policją, dziennikarzami. Odwołują się nawet do wielowiekowej mentalności Meksykanina, postulatu macho, który wpływa na postrzeganie świata przez tamtejszych mężczyzn. Czy można po prostu napisać, że śmierci kilkuset kobiet winna jest opieszałość policjantów i urzędników, mafia, tajemniczy seryjni zabójcy? Polityczne rozgrywki, poszukiwania kozłów ofiarnych, rozwścieczeni mieszkańcy i rodzice. Skorumpowane władze, podejrzani politycy.

 Jak mimo wszystko mało zmienił się świat. W jakiej pułapce tkwią tamte kobiety, nigdy nie wiedząc czy przekroczą granicę 25 lat. I przede wszystkim jak wytłumaczyć grożące niebezpieczeństwo kilkuletnim dziewczynkom, niebezpieczeństwo jak najbardziej realne i grożące codziennie. Co czują matki gdy patrzą na wychodzące z domu córki? Każdy dzień tam, to koszmar.

Ciudad Juarez nadal rodzi kontrowersje i zainteresowanie, pisane są kolejne książki The Daughters of Juárez, Teresy Rodriguez czy "The Harvest of Women" Diany Washington Valdez. Fikcyjne miasto Santa Teresa w powieści "2666" Roberto Bolano.

seria: Terra Incognita

wtorek, 25 maja 2010
Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje Świadków, Juliette Morillot, Dorian Malovic

Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje Świadków (Évadés de Corée du Nord), Juliette Morillot, Dorian Malovic, przełożyła Katarzyna Bartkiewicz

 Uchodźcy z Korei Północnej

To moja druga publikacja z serii WABu - Terra Incognita, i coraz bardziej lubię tą serię. Ciekawa byłam jak z tematem Korei Północnej poradzili sobie francuscy dziennikarze, jak napisać reportaż o kraju, w którym się nigdy nie było i do którego nie można pojechać? Autorzy podjęli się przedstawienia Pustelniczego Królestwa takim jakim jest w istocie, bez medialnego szumu i paniki. Ludzie, z którymi rozmawiali to uchodźcy z bardzo różnych warstw społecznych, ci najbiedniejsi i ci, którzy dzierżyli stanowiska w pobliżu samego Kim Dzongila. Aby kontakt między opowiadającymi a publicystami był lepszy Malovic i Morillot nauczyli się koreańskiego.

Oczywiście można sobie zadawać pytanie na ile relacje zindoktrynowanych, zastraszonych świadków są prawdopodobne i wiarygodne. Czytelnik jednak od razu zdaje sobie sprawę, że ci ludzie najczęściej przeszli przez piekło, a jeśli ominął ich głód czy bieda, to dopadł stres związany z "zaszczytną" pracą na wyższych stanowiskach, a w tej linii wymiana stołków jest częsta. Zszokowany czytelnik poznaje nie tylko smutne losy opowiadających swe historie uciekinierów, ale bezlitosną politykę państw, w której nie ma miejsca na ludzkie cierpienie.

Północni Koreańczycy żyją w świecie gdzie historia tworzona jest na bieżąco, gdzie rządzi donosicielstwo a rodzinne więzy zanikają.

"Indoktrynacja zaczyna się już w zerówce. W pierwszym roku nauki przerabiane jest opowiadanie o chorym chłopcu mieszkającym w Japonii; ma on sparaliżowane obie nogi, a pomóc mu może jedynie kosztowna operacja. Matka porusza niebo i ziemię, by ratować dziecko. Ponieważ najlepsi lekarze są w Phenianie, chłopiec zostaje tam przewieziony i wyleczony.

Pytania do tekstu: "Kto uratował dziecko? Jaką decyzję podejmuje chłopiec po operacji?"

Zły uczeń odpowie, że to matka poświęciła się ratowaniu synka, a chirurg dokonał cudu. Dobry uczeń, godny nauczania Chongryun, wyjaśni, że to Wielki Marszałek Kim IR Sen uratował dziecko i że chłopiec z pewnością zdecyduje się wstąpić w szeregi ligi pionierów, by poświęcić swoje życie dla ojczyzny."

"Jak wiadomo, jajka są w Korei Północnej towarem tak rzadko spotykanym, że wielu wśród naszych rozmówców nie pamiętało, czy w ogóle je kiedykolwiek jadło."

"Obozy typu kwanriso to prawdziwe miasteczka, zupełnie pozbawione kontaktu ze światem. Ludzie wykonują tam ciężkie roboty i są bici, to całe ich życie. Nikt z tego obozu nie wraca. Jedynym wyjściem jest śmierć."

Ta książka sprawiła, że poczułam się tak głupio naiwna, jak nigdy w życiu, nieuleczalna optymistka, którą zdołowało kilka rozdziałów. Nie będę pisała, że tą książkę warto przeczytać, lecz, że trzeba ją przeczytać.

 Publikacja urozmaicona jest dodatkowymi, encyklopedycznymi opisami Korei Północnej, jej historii, położenia geograficznego, informacje cenne dla nieświadomego czytelnika. Poznajemy też dalsze losy rozmówców francuskich dziennikarzy, ich życie w Chinach czy Seulu, problemy z przystosowaniem się czy ze sprowadzeniem pozostałych członków rodziny z kraju Wielkiego Słońca XXI wieku.

seria: Terra Incognita

niedziela, 11 kwietnia 2010
Wieże z kamienia, Wojciech Jagielski

Wieże z kamienia, Wojciech Jagielski, WAB, 2008

Wieże z kamienia

Wieże z kamienia, dawne budowle obronne, to dla Wojciecha Jagielskiego symbol narodu czeczeńskiego, jego nieustępliwego oporu i siły przeżycia, mimo groźnego najeźdźcy. To nacja rozdarta, można nawet powiedzieć skatowana historią, wojnami z Rosją, rajdami dżygita Samil Masajewa, trudnościami i niedolami dnia codziennego. Reporterskie zabiegi autora skupiają się przede wszystkim na życiu samych Czeczenów, przybliżając czytelnikowi ogrom ich nieszczęścia.

 Opowieść dziennikarza rozpoczyna się jeszcze przed drugą wojną, dając czytelnikowi dokładny obraz sytuacji polityczno-gospodarczej, oraz przyczyn z jakich doszło do konfliktów. Jagielski dokładnie tłumaczy zawiłe stosunki rosyjsko-czeczeńskie, religijne napięcia i przyczyny wybuchu samej wojny. Wiedza i orientacja pisarza robi wrażenie. Przy okazji mamy okazję zobaczyć jak wygląda życie i praca dziennikarza, który  by być u "źródła" wydarzeń, pcha się w samą paszczę lwa. Podejmuje się roli widza i krytyka jednocześnie, ale nie bohatera samej akcji. Stara się być blisko "sceny" i mieć możliwość poznania obu stron barykady. Poznajemy więc rosyjskich żołnierzy, stacjonujących w czeczeńskich wioskach i samych mieszkańców. Widzimy rozpacz i strach czeczeńskich kobiet, których mężczyźni udali się na wojnę. Poznajemy zmartwienia sołtysa, który przygląda się śmierci swojej wsi, trudy życia partyzantów, dylematy moralne Czeczenów.

"Nigdy nas nie rozumieli, a raczej nigdy nie było między nami zrozumienia. Traktowali nas jak uczestników dzikiego, barbarzyńskiego safari. Byli przekonani, że odczuwamy niepojętą, dziwaczną przyjemność z przyglądania się cierpieniu i strachowi innych. Wciąż nam chcieli pokazywać trupy. Ilekroć dowiedzieli się o kimś zabitym podczas bombardowania, czy choćby zmarłym z powodu choroby, bądź ze starości, ciągnęli i zachęcali.

-Chodź, zobaczysz trupa.

Wpatrywali się w nasze twarze, sprawdzając czy widok umarłych, a także widok straszliwie okaleczonych, płaczących ludzi i dymiących zgliszczy, dostarczył nam należytej satysfakcji. Naprawdę się starali. Uważali też najwyraźniej, że skoro możliwość oglądania z bliska ich nieszczęścia ma dla nas tajemniczą wartość, powinna również mieć słoną cenę. Poniekąd mieli rację."

Autor "Wieży z kamienia" ukazuje takich ludzi jak Asłan Maschadow, nieuznawany przez Rosję prezydent Czeczenii, i Szamil Basajew, oraz o ofiary, dla których wojna stała się  najgorszym przekleństwem. Co prawda reportażyście nie udaje się spotkać z Mashadowem, ale poznaje bliżej rodzinę, u której przebywa, a to pomogło mu nadać ostateczny charakter swojej opowieści, która w ostatecznym rozrachunku przedstawia losy zwykłych ludzi. Pozbawieni własnej tożsamości i kultury tkwią zawieszeni, wojna narzuciła poważne zmiany w rodzinnej i kastowej hierarchii. Obraz z buntowanego narodu, walczącego o wolność, ale z wszystkimi, strasznymi konsekwencjami tej walki.

Książkę dodatkowo uatrakcyjniają odwołania autora do historii i literatury, cytuje ciekawe legendy, podaje czeczeńskie zwyczaje i wierzenia - nie jest to sucha, wojenna relacja. Podobało mi się zgłębianie narodowego charakteru społeczeństwa. W okresie pokoju czeczeńskie rody rywalizowały o miano najmężniejszego, zaprawieni w walce od pokoleń. Lata najazdów nauczyły ich, iż godny cel może usprawiedliwić nikczemność. Do tego opór przed jakimkolwiek podporządkowaniem, hardość i swoisty wojenny egalitaryzm.

Seria: Terra Incognita

 
1 , 2
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka