poniedziałek, 12 grudnia 2011
Litwin i Andegawenka, Stefan Kuczyński

Litwin i Andegawenka,Stefan Kuczyński

 Litwin i ANdegawenka, Stefan Kuczyński

Na powieść Stefana Kuczyńskiego natknęłam się przez przypadek, właściwie to wystarczyło mi, że akcja toczy się w średniowieczu by z ciekawością po nią sięgnąć. Ostatnio znów ciągnie mnie w okolice mroków owych wieków.

Tytułowa para to oczywiście Jadwiga Andegaweńska i Władysław II Jagiełło. Losy Litwina zaczynamy śledzić od śmierci jego ojca, młody władca przejmuje stery rządów i od razu widać, że do tego stworzony. Opinie dotyczące jego niezwykłego szczęścia i mądrości powtarzają się nagminnie w tej powieści, czyniąc z bohatera książki postać nieznośnie nudną. Niestety podobnie wypada Jadwiga, tylko, że ona jest piękna, surowa i pobożna.

Autor nie do końca potrafił oddać uczucia jakie musiały targać bohaterami, nie czuć tu pasji, namiętności czy nienawiści. Postacie są papierowe, ich opisy dość drewniane. Czytamy o ich miłościach, ale nie poruszają nas, pozostawiają obojętnymi, taki styl może być dla niektórych męczący gdyż i opisów jest sporo. To taka książka, w którą zagłębiamy się niespiesznie, odpoczywamy sobie i podpatrujemy życie Jagiełły i Jadwigi. Mimo burzliwych wydarzeń, niespokojnych czasów, Krzyżackich podstępów akcja nie do końca porywa. Do tego mamy tu wyraźny podział na tych dobrych i złych, oczywiście w myśl zasady, że krzyżackie plemię to plugastwo zdradzieckie.

Akcja toczy się niespiesznie i w zależności od humoru czytelniczego możemy oskarżyć pisarza o opieszałość lub bardzo rozważne dawkowanie emocji. Można przeczytać, ale mocno namawiać nie będę.

niedziela, 27 listopada 2011
The Foundling

The Foundling, Georgette Heyer, Arrow Books 2004

 The Foundling, Georgette Heyer

Jego Miłość Adolphus Gillespie Vernon Ware, w skróce Gilly, to tak naprawdę bardzo przeciętny młodzian, który nie marzy o niczym więcej jak o świętym spokoju. Na swoje nieszczęście książę był bardzo chorowity w dzieciństwie, a że jest jedynym spadkobiercą, to całe otoczenie - wujostwo, pod skrzydłami którego się wychowywał, przyjaciele, wszyscy służący, włączając w to nawet jego prywatnego lokaja, przyzwyczaili się do traktowania go w "szczególny" sposób. Znaczy starają się go nie spuszczać z oczu, wysyłać wszędzie z armią służących, dają bez przerwy dobre rady, usługują ponad miarę - jednym słowem doskonałe warunki cieplarniane do wychowania maminsynka. Na szczęście Gilliemu nie odbiło i jakoś się chłopak ostał, tylko jego spokojna, pojednawcza natura nie pozwala mu zrzucić z siebie tych wszystkich starań o jego dobro, no bo przecież ci wszyscy ludzie tak się starają, że zaduszą go swoją miłością. To dopiero ciężkie warunki dorastania dla młodzieńca, który jest na progu pełnoletności (25 lat) i nie może sobie poużywać. Nic dziwnego, że kiedy jego kuzyn opowiada mu o swym problemie o imieniu Belinda, książę z nudów postanawia mu pomóc. Będzie to okazja dla młodego bohatera do wyzwolenia się z pod wpływu rodzinki, choć na krótki czas, sprawdzenia własnych możliwości i przeżycia wreszcie jakiejś przygody. Co jak co, ale wrażeń naszemu młodzieńcowi nie zbraknie. Przepiękna i wyjątkowo głupia Belinda, młody uciekinier Tom,  oryginalny czarny charakter pan Liversedge - nietypowych i jednocześnie komicznych typów nam tu bynajmniej nie zbraknie.

Główny bohater od razu zdobył sobie moją sympatię, niby niepozorny, spokojny, ale posiadający poczucie humoru i pełen dobrej woli młody człowiek. Można powiedzieć, że typ wysoce nieromansowy, nierzucający się w oczy, nie epatujący godnością czy siłą fizyczną. Ta nietypowość od razu mnie ujęła, albo też ile można czytać o młodych damach czy wysokich, silnych oraz niezłomnych herosach. Jako, że mamy do czynienia z mężczyzną od razu możemy zdobyć trochę wiedzy o tym jak wyglądało życie młodego gentlemana w XVIII wieku. Męska domena jest zwykle spychana w książkach Georgette Heyer na peryferia, a tu mamy wiele informacji o zajęciach, samym życiu, zwyczajach, możliwych zainteresowaniach mężczyzny - poczynając od wyboru odpowiedniego płaszcza i pantalonów na spacer, na manierach skończywszy.

Jak na dość prostą fabułę książka jest dość długa, pisarka serwuje nam z zapałem piękne historyczne powiedzonka, zwroty językowe i mnóstwo szczegółów z życia codziennego. Wychodzi z tego stylowy romans historyczny, który nie obraża inteligencji czytelnika, a to już całkiem dużo. Jeśli damy się porwać powieści będziemy czytać ją z uśmiechem na ustach, taka urocza lektura na bardzo zły humor.

piątek, 22 lipca 2011
Królowe. Sześć żon Henryka VIII, David Starkey

Królowe. Sześć żon Henryka VIII, David Starkey, przekład Janusz Szczepański, Rebis

 Królowe. Sześć żon Henryka VIII, David Starkey

O żonach Henryka VIII napisano już wiele, a od kiedy możemy jeszcze oglądać Tudorów w telewizyjnym serialu, fascynacja tym rodem królewskim zatoczyła jeszcze szersze kręgi. To inspirujące, że tylu ludzi próbuje na nowo ożywić historię, niekoniecznie trzymając się faktów, ubarwić historię, której jak twierdzi Starkey wcale ubarwiać nie trzeba. Bo i jej bohaterowie są niezwykli, już poza samym królem, który szukał w małżeństwie miłości a nie prowadził polityki dynastycznej co jest dosyć niezwykłe. Powtarzając za historykiem mamy tam - Świętą, Intrygantkę, Popychadło, Tępą Grubaskę, Seksownego podlotka i Sawantkę - do wyboru, do koloru.

Książka podzielona jest na trzy części, pierwsze najobszerniejsze dotyczą dwóch pierwszych żon Henryka VIII, Katarzyny Aragońskiej i Anny Boleyn, a wieńczy je małżeństwo z Anną Seymour. Ostatnia, najkrótsza, przy poprzednich wręcz skromna traktuje o ostatnich szczęśliwych białogłowach króla wiecznie poszukującego szczęścia w małżeństwie, czyli Anna Kliwijska, Katarzyna Howard i Katarzyna Parr.

Książka Davida Starkeya była dla mnie doskonałą lekturą, przesyconą ironicznym i dość luźnym jak na publikację historyczną stylem. Jednym słowem same plusy. Wydaje się, że tyle powiedziano już o licznych małżeństwach tego króla, a tu proszę, można dopisać coś jeszcze, w ciekawy sposób dodając powiewu świeżości mocno już wyeksploatowanej historii.

niedziela, 17 kwietnia 2011
Tradycje polskiego stołu, Barbara Ogrodowska

Tradycje polskiego stołu, Barbara Ogrodowska, MUZA, Warszawa 2010

 Tradycje polskiego stołu, Barbara Ogrodowska

"Tradycje polskiego stołu" to kolejna książka opublikowana w serii "Ocalić od zapomnienia", wydawnictwa Muza. Album pięknie wydany, z dużą ilością zdjęć, reprodukcji, szkiców, wabi oko i zachęca do zagłębienia się w polskich kuchennych tradycjach. Wszystkie informacje są uporządkowane, rozdziały spójne i przejrzyste, łatwo tu znaleźć infromacje, których szukamy, do tego  spis cytowanych przez autorkę potraw. Jak napisała Barbara Ogrodowska książka ta jest próbą pokazania specyfiki polskiego pożywienia, obyczajów, upodobań Polaków oraz ich nawyków żywieniowych.

Autorka rozpoczyna od zwyczajowo używanych produktów spożywczych, ich historii w naszej rodzimej kuchni oraz pochodzeniu, sposobach przygotowania. Od pszenicy, kaszy, poprzez cieszące się u nas niesłabnącym powodzeniem kartofle (na które kiedyś patrzono nieufnie i z niechęcią), warzywa (kapusta, rzepa, pasternak, brukiew czy ogórki), owoce (śliwki, gruszki i wszelakie) skończywszy na skarbach tkwiących w runie leśnym. Potem rozdziały, które niekoniecznie będą interesowały wegetarian, o kiełbaskach, wędzeniu mięska, wędlinach wszelakich i nadziewaniu perliczek. Dla mnie najciekawsze były rozdziały poświęcone biesiadom i ucztom w pańskich domach, urządzanych na co dzień i od święta oraz polskiemu stołowi postnemu. Znalazło się też miejsce na opis potraw i forteli kuchennych na czas głodu, gdy trudno znaleźć coś konkretnego do garnka. Te wszystkie opisy wymieszane są z przepisami o różnym poziomie trudności. Mamy więc takie proste na polewki, o które i dziś się można pokusić, ale i takie gdzie potrzebujemy kopy jajek i specjalnego rożna (sękacz). Niektóre pochodzą z XIX wiecznych książek kucharskich a inne z domu samej autorki, we wszystkich zachowana jest oryginalna pisownia, a to dodaje tylko klimatycznego smaczku tej książce.

Kto z was się domyśla, że nasze schabowe to danie pochodzące z kuchni niemieckiej, a ogórki kiedyś podawano z miodem? Pisarka zgromadziła tu też sporą ilość wierszyków, powiedzonek, cały ten kuchenny folklor.

"Był sobie raz diabeł Rokita

I przyszła do niego kobita

Oddaje mu duszę i ciało

Bo jej się mleka zachciało

Ten żartobliwy wierszyk (...) mówi o wartości, jaką dla ludzi miało mleko; gospodynie gotowe były za nie zaprzedać duszę diabłu.

Zarówno z brakiem mleka, jak i niewytłumaczoną obfitością, której zazdroszczono sąsiadkom, posądzając ją o konszachty z diabłem, wiązał się więc cały bogaty folklor mleczarski, niezliczone wierzenia o czarownicach odbierających krowom mleko, dojącym je (...) ze sznurów zawieszonych u powały, przemieniających w mleko poranną rosę itp., a także ochronne praktyki i zaklęcia (tzw. szeptuchy) mające zapobiec utracie mleka."

Dla kogoś starszego książka może być niezwykle nostalgiczną podróżą w przeszłość, dla młodszej osoby, niebanalną wycieczką do kuchennych korzeni naszego kraju.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Bitwa o Monte Cassino, Melchior Wańkowicz

Bitwa o Monte Cassino, Melchior Wańkowicz, Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej, Warszawa 1989

Bitwa o Monte Cassino, Melchior Wańkowicz 

 O tytułowej bitwie o Monte Cassino słyszeli wszyscy, jednak kto z nas zdaje sobie sprawę ile tak naprawdę ofiar pogrzebała ta ziemia, jakim kosztem i co oznaczało zwycięstwo. Po trzytomowe wydanie sięgnęłam z czystej ciekawości no i w ferworze zachwytu nad Wańkowiczem. To legendarny już reportaż a ja żałuję, że w moim starym wydaniu nie ma posłowia o kulisach pracy autora. Przeczytałam, że publikacja pisarza cieszyła się przez bardzo długi czas  takim niesłabnącym powodzeniem, że bez przerwy musiano robić dodruki i podobno napadnięto ciężarówkę przewożącą taki dodruk.

W maju 1944 roku żołnierze 2. Korpusu Polskiego po krwawych bojach zdobyli bezskutecznie atakowany przez Anglików ufortyfikowany klasztor na wzgórzu, co otworzyło aliantom drogę do Rzymu. Wcześniej pozycji nie mogły zdobyć wojska amerykańskie, angielskie, francuskie, hinduskie, nowozelandzkie. W tak trudnym, górzystym terenie trudno było wykurzyć Niemców z ich bunkrów, których nakopali całe krocie. Polacy zdobywali bunkr po bunkrze, wierzchołek po wierzchołku góry, opłacając to mnóstwem ofiar, to była istna gehenna dla żołnierzy. Wańkowicz nie opisuje nam tylko przebiegu kolejnych natarć, pojedynczych akcji, ale bierze pod lupę wszystkie wojskowe akcje łącznie z dowożeniem zaopatrzenia.  Poznajemy problemy łączności, akcje saperów, tych "termitów wojny", działania kwatermistrzów,  pułkowników, oficerów przenoszących wiadomości, doświadczonych żołnierzy i nieledwie chłopców z powoli sypiącym się wąsem. Nie szczędzi zarówno słów pochwał jak i krytyki. Przedstawia pojmowanie wojny przez Anglików i Polaków.

"Anglik klnie w żywy kamień, bo zabrakło chwilowo mleka do jego "nice cup of tea". Zirytowany Polak zwraca mu uwagę, że to przecie wojna. "No właśnie" - wytrzeszcza Anglik oczy - "wojna, a więc powinno być wszystko, co się do niej należy; jeśli im brak mleka skondensowanego, to niech nie prowadzą wojny".

Polak klnie w żywy kamień, bo przepalił dziurę w kocu. Zlatują się - służbowy, materiałowy, gospodarczy - spisują protokół, opisujący co i jak, uwierzytelniają podpisy, idą całą delegacją do angielskiego składu z przepalonym kocem, z protokółem i z tęgo nagotowanymi pyskami, nabierając w piersi powietrze przed tym szturmem na pozycję kocową.

Podoficer angielski, wyrozumiawszy, że chodzi o pled, wskazuje niedbale w kąt składu:

- Weźcie stamtąd.

Nasi węszą jakąś grandę. Jak to - weźcie? Bez "opeeru" i bez protokółu, bez meldowania i komisyj, bez wniosków i bez karty materiałowej?"

Dziennikarz potrafi przywołać takie ulotne chwile, czyniące tą książkę nie tak z gruntu poważną. Nie pomija też historii zbombardowanego zabytkowego klasztoru Benedyktynów, jego roli w dziejach, opisuje też "krajobraz, po którym przecwałowały rumaki Apokalipsy". Wszystkie trzy tomy czyta się dość szybko, a to przez całą masę zdjęć, rysunków, map, scenek i plakatów propagandowych zamieszczonych w książkach, stanowią one integralną część tej publikacji i pozwalają lepiej zrozumieć toczące się bitwy. Zdaję sobie sprawę, że "Bitwa o Monte Cassino" nie robi już takiego wrażenia jak kiedyś, ale jestem pewna, że i dziś znajdzie wielu swoich zwolenników. Chyba nie bez powodu wydawnictwo Prószyński i S-ka wznowiło ten reportaż.

"Co trup, - to znany fragment walki, który zamilkł. Jakby wielki organ rozbito i jakby teraz uprzątano odłamki piszczałek, z których każda miała swoje miejsce w tej wielkiej fudze, którą grały góry przez siedem dni."

sobota, 09 kwietnia 2011
Namiestnicy Warszawy, Danuta Szmit-Zawierucha

Namiestnicy Warszawy, Danuta Szmit-Zawierucha, Wydawnictwo Abrys, Warszawa 2009

 Namiestnicy Warszawy, Danuta Szmit-Zawierucha

Książka Danuty Szmit -Zawieruchy nie jest ani rozprawą naukową, ani podręcznikiem, choć to publikacja napisana z pasją i znawstwem historyka. Jest to jedna z najlepszych książek o Warszawie jakie ostatnio przeczytałam, a zapoznałam się z ich całkiem sporą liczbą. Autorka naprawdę umie ciekawie opowiadać, dobierać odpowiednie historie i odkrywać na nowo zapomniane anegdoty. Sam temat książki z początku nie wydaje się ciekawy, no bo co ta za przyjemność czytać o wysłannikach Rosji, którzy nakładali coraz to nowe ograniczenia i tak już uciśnionej polskości. Ten najwyższy urząd w dziewiętnastowiecznej Warszawie nie cieszył się dobrą sławą, a tych dwudziestu wybranych ( w tym jeden Polak - Józef Zajączek) sprawowało wręcz niczym nieskrępowaną władzę. Wiadomo, że każdemu z nich zależało na aprobacie cesarza Rosji i stłumieniu wszelkich polskich buntów. Mimo tego niewesołego obrazu autorce udało  się przybliżyć czytelnikowi w ciekawy sposób ich sylwetki.

Publikacja nie jest długa (największy minus), dla każdego z namiestników Danuta Szmit-Zawierucha zarezerwowała po kilka stron, czasem zaledwie parę akapitów (niektórzy szarogęsili się w Warszawie naprawdę krótko). Do tego mamy dużo zdjęć, szkiców, portretów pozwalających wczuć się w opisywane przez nią lata. To czego mi tu stanowczo brakuje, to jakaś mapka Warszawy, co by czytelnik mógł sobie umiejscowić poszczególne wydarzenia. Uważam, że w tego typu publikacji jest rzeczą potrzebną i przydatną. W każdym z esejów pisarka pokrótce opowiada nam skąd wziął się dany namiestnik w Polsce, jak dochrapał się tak wysokiego stanowiska, czy zrobił coś dla dobra Warszawy i jej mieszkańców czy tylko gnębił nielitościwie. To podstawowe informacje, które poprzedzają jakieś ważne wydarzenie w historii naszego kraju, jakiś fakt, i na tej podstawie buduje pisarka swoją opowieść. Także czasem okres, w którym panoszył się dany namiestnik jest tylko kanwą dla opowiedzenia zupełnie innej, ciekawszej historii. Stąd moje początkowe stwierdzenie, iż nie jest to książka stricte historyczna. Z tych opowieści wyłania się nam skrócony obraz historii Warszawy pod rosyjskim zaborem, gratka nie tylko dla varsavianistów. No bo kto z was wiedział, że Paskiewicz był cholerykiem i strasznym złośnikiem?

"Jego humory mógł ukoić tylko jeden człowiek. Był nim osobisty służący Paskiewicza - Wasyl. Odziany w przyciasny mundurek, wtaczał się do gabinetu jak wielka kula. Namiestnik tolerował tylko ludzi umundurowanych, żaden cywil nie mógł pełnić przy feldmarszałku najniższej nawet funkcji.

Wasyl, mimo że tuszy był sporej, biegał po gabinecie i zręcznie przyrządzał swojemu szefowi czaj. Kiedy postawił przed nim wreszcie stakan parującego napoju, dopiero co nalanego z tulskiego samowara, na twarzy feldmarszałka pojawiał się pierwszy uśmiech.

Z wielkiej brązowej głowy Wasyl delikatnie odrąbywał kawałki cukru i złotymi szczypczykami, pochodzącymi tak samo jak wszystkie naczynia z zastawy Augusta II (...) kładł je na brzegu talerzyka.

"Słodzić, słodzić wasze błagorodije. Nieosłodzona herbata to grzech dla prawosławnego człowieka"...

I znikał za drzwiami, cały w pokornych uśmiechach i głębokich ukłonach. Miał nadzieję, że zdąży, nim Paskiewicz rzuci w niego mosiężną suszką albo, nie daj Bóg, srebrną statuetką cara, gdyż w chwilach złości chwytał wszystko, co znajdowało się w zasięgu ręki."

Czyż ten fragment od razu nie pozwolił wam na chwilę zapomnieć o XXI wieku i z ciekawością przyglądać się zwinnemu służącemu, który uwijając się próbował złagodzić gniew swego pana? I gdyby jeszcze nie literówki trafiające się w tekście to byłabym całkowicie zadowolona z tej publikacji.

wtorek, 29 marca 2011
Krokodyl na piaszczystym brzegu, Elizabeth Peters

Crocodile on the Sandbank, Elizabeth Peters, Mysterious Press

 Crocodile on the Sandbank, Elizabeth Peters

 Już od dawna szukałam jakiejś serii z niebanalnym głównym bohaterem, najlepiej bohaterką, ze sporą dawką dobrego humoru, ciekawymi zawirowaniami fabularnymi, z akcją osadzoną w dziewiętnastym wieku, z gatunku tych odprężających, ale nie pozbawionych inteligenckiego posmaku. Cóż, pierwszy tomik przygód Amelii Peabody poradził sobie całkiem nieźle z moimi zachciankami. Główna bohaterka stanowczo od razu przypadła mi do gustu, ale po kolei. Mamy więc ten mój upragniony XIX wiek, a dokładniej 1884 r. a w nim starą pannę wychowaną, choć właściwie panna sama się wychowała gdy jej niefrasobliwy tato zgłębiał tajniki martwych języków i tajemnice historii. Nieodpowiedzialny ojciec podsycał w córce głód wiedzy i całkowicie oddał sprawowanie władzy w gospodarstwie w jej zaradne rączki, można się tylko domyślać jak bardzo wychowanie Amelii odstawało od tradycyjnego kształtowania charakterów XIX-wiecznych panienek. Po śmierci papy nasza bohaterka zaopatrzona w spory mająteczek wyrusza w świat by odwiedzić miejsca, o których dotąd jedynie czytała. Na pierwszy rzut poszedł Rzym, w kolejce czeka Egipt. W Wiecznym Mieście poznaje Evelyn, którą postanawia zabrać ze sobą jako towarzyszkę podróży. Nieszczęśliwe to dziewczę wplątała się w kompromitującą aferę i zostało wydziedziczone przez dziadka a że Amelii nudzi się samej, to lubi mieć kogoś pod swymi skrzydłami.

Pierwsza część powieści wypada świeżo i dowcipnie, to taki luźny pastisz na XIX-wieczne skostniałe zasady wpajane kobietom oraz obowiązujące normy obyczajowe. Nie muszę chyba dopisywać, że panna Peabody jest zaprzeczeniem owych, ale w granicach rozsądku. Druga część książki jest bardziej przygodowo-kryminalno-ramansowa, tajemnicza wyjąca mumia, świeżo odkryty grobowiec i kilku zalotników.

Tak już poza konkursem to stwierdzam, że z książki Elizabeth Peters można się bezboleśnie czegoś dowiedzieć o dziewiętnastowiecznej archeologii w Egipcie. Datowaniu znalezisk na podstawie odnalezionych skorup naczyń, karygodnych zaniedbaniach ze strony rządów, pożałowania godnych pseudo-kolekcjonerów egipskiej starzyzny itd. Oczywiście powodem takiego doskonale przygotowanego tła historycznego jest wykształcenie pisarki, która jest egiptologiem. Drugi tom przygód Amelii Peabody już na mnie czeka.

I had left my hotel that morning in considerable irritation of spirits. My plans had gone awry. I am not accustomed to having my plans go awry. Sensing my mood, my small Italian guide Piero was not silent when I first encountered him, in the lobby of the hotel, where, in common with others of his kind, he awaited the arrival of helpless foreign visitors in need of a translator and guide. I selected him from amid the throng because his appearance was a trifle less villainous than that of the others.

I was well aware of the propensity of these fellows to bully, cheat, and otherwise take advantage of the victims who employ them, but I had no intention of being victimized. It did not take me long to make this clear to Piero. My first act was to bargain ruthlessly with the shopkeeper to whom Piero took me to buy silk. The final price was so low that Piero’s commission was reduced to a negligible sum. He expressed his chagrin to his compatriot in his native tongue, and included in his tirade several personal comments on my appearance and manner. I let him go on for some time and then interrupted with a comment on his manners. I speak Italian, and understand it, quite well. After that Piero and I got on admirably. I had not employed him because I required an interpreter, but because I wanted someone to carry parcels and run errands.

czwartek, 24 marca 2011
Warszawa Prusa i Gierymskiego, Artur Międzyrzecki

Warszawa Prusa i Gierymskiego, Artur Międzyrzecki, Wydawnictwo Arkady, Reprint wydania z 1957 r.

 Warszawa Prusa i Gierymskiego, Artur Międzyrzecki

"Warszaw Prusa i Gierymskiego" to książka niezwykle starannie wydana, przygotowana z okazji jubileuszu 50-lecia Arkad. W pierwszej części publikacji mamy relacje Artura Międzyrzeckiego, w drugiej zbiór ponad 180 ilustracji takich artystów jak Pillati, Stanisław Masłowski, Józef Pankiewicz, Aleksander Gierymski, Władysław Podkowiński czy Jan Konopacki. Książka Międzyrzeckiego dotyczy lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XIX wieku.

"Lata siedemdziesiąte, lata osiemdziesiąte,

Miedziorytowe lata!

Prowincjo naszego wieku, wiosno ojców daleka,

Przedmieście naszego świata."*

Obraz Warszawy jaki wyłania się z tekstu autora nie jest pochlebny, to miasto zacofane, zaniedbane, z walącymi się kamienicami, głodującymi artystami.  To było jedno z najgorzej oświetlonych miast Europy i w dodatku bez kanalizacji (jej projekt zaistniał po 1881 r.). Aż przykro było czytać ile pamiątek, zabytków, pięknych kamienic uległo zatraceniu. To co w stolicy niezwykłe to sami ludzie, którzy ukochali sobie to miasto.

"Warszawa ta, pełna "wieczornych chwil złotych i nocy wylewających czary zapomnienia", zaludniona jest ludźmi z krwi i kości: "majstrem tłustym, terminatorem rozczochranym - dzieckiem bruku; hogartowskimi parami, co drzemią pod szynkownią; głodną wyrobnicą, co łzy wstrzymując idzie do roboty"; przekupkami z Rynku, który o świcie "ożywia się pomału"."

Myślę, że pisarz nie wniknął wystarczająco w warszawskie sprawy zbyt polegając na cytatach z kronik i poezji. W tak krótkim tekście zdołał jedynie napocząć pewne tematy pozostawiając wiele ze spraw otwartymi, o innych wogóle nie wspominając. Publikacja jest taką krótką przebieżką przez stolicę tamtych lat, wręcz sprintem. Pisarz poświęcił na przykład sporo miejsca na historię o książce, która nigdy nie została napisana, owszem szkoda, że plany Gierymskiego nie powiodły się, ale żeby aż tak się o tym rozpisywać. Wiele miejsca poświęca autor sytuacji artystów, którzy musieli wręcz walczyć o przetrwanie, wielu z malarzy docenionych za granicą, w Polsce przymierało głodem. Te niezbyt wesołe rozważania poeta urozmaica ciekawymi i zabawnymi anegdotkami.

"Gomulicki wspomina na przykład, że wydawcy tygodników - celować miał w tym wydawca Ilustrowanego, Unger - mierzyli calówką dostarczane im rysunki i w ten sposób wyznaczali artystom honoraria. Najwięcej kłopotu przyczyniało Ungerowi ... niebo. Unger utrzymywał zawsze, że "tego nieba jest za wiele i nie chciał za pustą przestrzeń płacić, tyle co za część zapełnioną rysunkiem". Zapadał wreszcie salomonowy wyrok i autor szkicu zobowiązywał się bez oddzielnej dopłaty dorysować na niebie chmurki"."

*Julian Tuwim

środa, 09 marca 2011
English Passengers, Matthew Kneale

English Passengers, Matthew Kneale, Penguin Books

 English Passengers, Matthew Kneale

Już nie pamiętam kiedy ostatnio czytałam tak dowcipną, intelignetną i prowokującą do myślenia powieść historyczną. Brutalny brytyjski imperializm stał się przyczynkiem do tak świetnej książki.

 W 1857 r. kapitan statku Illiam Quillian Kewley zostaje przyłapany na szmuglu kontrabandy i w wyniku finansowych problemów zostaje zmuszony do dorobienia sobie na pasażerach, których normalnie nie zabiera ze względu na swą podejrzaną działalność. Na swoje nieszczęście trafia się mu angielska wyprawa odkrywcza z ekscentrycznym wielebnym Geoffreyem Wilsonem na czele. Ten przyrodnik z zamiłowania, wierzy, że w Tasmanii odnajdzie co najmniej Eden. Do tego wśród pasażerów znajduje się doktor Thomas Potter, który pracuje nad swoją teorią ras ludzkich i ma nadzieje na owocne badania i ciekawe "okazy"  na dalekich lądach. I tak w oprócz  naszych naukowców poznajemy jeszcze wspomnienia Peevaya, tasmańskiego aborygeńczyka, którego oczami poznajemy szczegóły brytyjskiej inwazji. Jak pisze Matthew Kneale ta postać miała mieć podwójne znaczenie -  "My intention was to portray someone intelligent and interested in words, who is from a culture wholly remote from that of white men but has been educated by them."

Wypowiedzi tego bohatera naprawdę dają do myślenia.

"Truly it was a mystery to confuse how they could ever kill all my ones and steal the world, or even why they wanted it, as it was no place they could endure. Why, they couldn't live here just alone but had to carry some Hobart Town with them hither and thither. "

Zażarte kłótnie doktora i wielebnego ożywiają konflikt pomiędzy ewolucjonistami a kreacjonistami, który tak wrzał w połowe XIX wieku. Teoria Willsona o "boskim zamrożeniu" ("Theory of Divine Refrigeration") i jego wiara, że Eden może być tak po prostu odnaleziony w Tasmanii, jest parodią dziewiętnastowiecznych prób aby wykorzystać geologię do udowodnienia prawd zamieszczonych w "Biblii". Ale z drugiej strony, czy dochodzenie Pottera w sprawie różnorodności i natury ludzkich ras jest bardziej poważną, naukową teorią? Obaj ci bohaterzy są przykładem igrania ze stereotypami przez pisarza, diabelskiego naukowca zdolnego do niemoralnych czynów w imię nauki i totalnie irracjonalnego fanatyka religijnego. Idąc dalej pomysły na cywilizowanie dzikiego szczepu aborygenów przez Brytyjczyków są niebotycznie niemądre, tak samo zresztą jak założenie obozu karnego dla byłych skazańców.

Kapitan Illiam Quillian Kewley jest tu moim absolutnym faworytem. Stary irlandzki wyjadacz i szmugler wnosi do tej historii sporą dawkę dobrego humoru. Jego próby pozbycia się felernego ładunku to temat na oddzielną recenzję, w dodatku biedny kapitan ma bez przerwy pecha, postać ta wzbudza natychmiastową sympatię u czytelnika.

Jestem pełna podziwu dla autora, który tak dobrze umiał zbalansować wszystkie elementy swej historii, np. sama wyprawa naszych "naukowców" w głąb dżungli jest po trosze farsą, a po trosze przerażającą i dramatyczną opowieścią.

Mamy tu całą galerię niezwykłych, barwnych i oryginalnych postaci, których oczami poznajemy koleje losu kolonizacji Tasmanii, statku Sincerity oraz jego załogi i pasażerów. Mimo tak wielu bohaterów historia ani przez chwilę nie jest nudna, a kolejne postaci nawet się nie plączą (ponad 20), autor całkowicie wykorzystał możliwości jakie dała mu tak różnorodna paleta mieszkańców globu i do końca utrzymuje wysoki poziom. Każda z postaci posługuje się swoistym językiem, jest wiarygodna i niebanalna. "Angielscy pasażerowie" to świetnie wystylizowana historia na powieść przygodową w starym stylu, z morską wyprawą w tle. Pisarz doskonale posługuje się tradycyjnymi schematami, nadając nowe znaczenie wypróbowanym wątkom i kpiąc w żywe oczy.

Mądra powieść gwarantująca doskonałą intelektualną rozrywkę z przymrużeniem oka. Nie sposób tu wymienić wszystkich wątków i podjętych tematów, zresztą to zostawiam innym czytelnikom.

środa, 02 marca 2011
Miłość, kobieta i małżeństwo w XIX wieku, Agnieszka Lisak

Miłość, kobieta i małżeństwo w XIX wieku, Agnieszka Lisak, Bellona, Warszawa 2009

 Miłość, kobieta i małżeńswo w XIX wieku, Agnieszka Lisak

Książka "Miłość, kobieta i małżeństwo w XIX wieku" jest swoistą kontynuacją  czytanej już przeze mnie wcześniej "Miłości staropolskiej" Agnieszki Lisak. W tej publikacji autorka także skupia się na obyczajowości i losach ludzi, tyle, że poświęca więcej uwagi płci pięknej. Jak przystało na pruderyjny XIX wiek, ta część nie obfituje już tak w skandale i sensacje, ale ciągle dostarcza rozrywki, choć odniosłam wrażenie, że autorka "podeszła do tematu" w poważniejszy sposób, lecz to może owe sztywne zwyczaje wieku pary narzuciły tu ton. Cóż, pisarka naprawdę stara się ominąć owe skostniałe teatrum obowiązkowych gestów i pokazowej moralności na rzecz obrazowej prawdy, ale dla mnie wypadło to mimo wszystko dość smutno, los kobiety był po prostu godny pożałowania. Teoretycznie zdawałam sobie sprawę jak wielkie były ograniczenia nałożone na bezwolną, niewykształconą płeć płochą, jednakże czytając książkę Agnieszki Lisak zrozumiałam pewne sprawy lepiej.

Wiek XIX rządził się własną moralnością, i do tego podwójną, po jednej dla każdej z płci, z czego to kobiety były jej wierne, a mężczyźni tylko udawali, że grają uczciwie. No bo gdzież podziewali się ci wszyscy urzędnicy, mieszczanie, szlachcice? Restauracje, kawiarnie, bary, lunapary, teatry - te wszystkie miejsca stały przed nimi otworem, ba, mogli się tam udać samotnie. Dla małżonki wyjście na miasto to już cała wyprawa, trzeba zadbać o przyzwoitkę, uważać na strój, manewrować między kałużami itp. Zresztą taka kobietka po kilku podstawowych szkołach czegoż mogła oczekiwać od życia? Małżeństwa przede wszystkim, w końcu celem jej edukacji było wyrobienie w niej talentów, które pomogą w znalezieniu męża, a następnie w uczynieniu go szczęśliwym  - ni mniej, ni więcej (czytając rozdziały poświęcone temu tematowi, bez przerwy przypominała mi się powieść "Marta" Elizy Orzeszkowej). Czyli "tresura w kierunku podobaniu się mężczyznom". W poradnikach zalecano mężczyznom poszukiwanie na małżonkę kobiety skromnej, cichej, bez temperamentu, by we własnych pieleszach mogli odgrywać rolę mentora, nauczyciela i władcy pełną gębą. Takie żonki traktowały męża jako życiowego opiekuna, który mógł je karcić i besztać.

W XIX wieku nie dzielono kobiet na mądre i głupie, a na piękne i brzydkie albo bogate i biedne. Niektóre z nich żyły niczym nimfy w nierealnym świecie budując wokół siebie bariery marzeń i ułudy. Tyle jeśli chodzi o klasy o solidnym dochodzie, gorzej z warstwami niższymi. Tu znowu trend w drugą stronę, demoralizacja i zepsucie poganiane biedą. Oczywiście mimo tych poważnych informacji Agnieszce Lisak udaje się utrzymać humor w książce, którą urozmaica ciekawymi cytatami, przedrukami ogłoszeń, kawałami, złośliwymi wierszykami i innymi cudeńkami ku uciesze czytelnika. Ton samej autorki przepełniony jest często ironią, a niektóre rozdziały sarkastyczne i kąśliwe (jak momentami moja recenzja), co nie przeszkadza raczej w odbiorze a mówi wiele czytelnikowi o samej pisarce. Możemy się więc dowiedzieć jak złowić pannę z dużym posagiem, jak deprawowano służące, o czym rozmawiano podczas tańca, jakie były środki na impotencję i "w drugą stronę" - do studzenia zapału. Polecam.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka