środa, 01 maja 2013
Kłamca

Kłamca, Jakub Ćwiek, Fabryka Słów

 Kłamca, Jakub Ćwiek

 "Kłamca" to zbiór opowiadań powiązanych tytułowym bohaterem, który jest nordyckim bogiem kłamstwa, zniszczenia i oszustwa. Jednym słowem całkiem przyjemna postać do powieści, no ale nie od dziś wiadomo, że o tych grzecznych się nie pisze,bo nudni.

Loki spędził kilka ostatnich stuleci przykuty do skały odkupując swe winy. Zabił boga piękna, Baldura, i uniemożliwił mu powrót  z zaświatów. Żeby nie było mu tak nudno na tej skale, nad pokutującym umieszczono jadowitego węża, który coraz to pluje jadem, na jego już nie tak piękną twarz. No, ale nasz psotnik mógł liczyć przez te wszystkie wieki na pomoc swej wiernej żony, Sygin, która uczynnie trzymała mu nad głową miskę, co by gad miał gdzie spluwać swym paskudztwem. Takiej wiernej i wytrwałej małżonki to ze świecą szukać. Naszego boga nie opuściło jednak szczęście, ponieważ w naszym stuleciu anioły rozpętały świętą wojnę, swoistą krucjatę, co byś nie miał "bogów cudzych przede mną". W każdym bądź razie Walhalla upada a Loki znajduje się na usługach uskrzydlonych jako chłopiec od brudnej roboty. W końcu skrzydlaci mają mocno obwarowane zakazy co do tego co im wolno, a czego nie. Nie dla nich pukawki, kłamstwo, podstępne sztuczki. Cóż anioły idą z duchem czasu i zatrudniają chłopca na posyłki, rzecz jasna nie za darmo. Czyli tacy idealni to oni znów nie są, w końcu zlecają różne moralnie wątpliwe misje płacąc za nie. To kłóci się trochę z ustalonym wizerunkiem tych stworzeń niebieskich, szkopuł w tym, że Bóg zniknął i nie ma kto zapanować nad tą już rozhukaną świętą gromadką, z taką gorliwością wypełniającą boskie przykazania.

Akcja przebiega w pierwszym tomie wartko, czyta się szybko i całkiem przyjemnie. Widać jednak, że autor powinien jeszcze solidnie popracować nad swym stylem. Niektóre opowiadania są lepsze, inne gorsze, parę żartów pozostawiło mnie nie wzruszoną, parę rozśmieszyło. Najbardziej podobały mi się pomysły pisarza dotyczące wykorzystania mitów, legend, prawd wiary chrześcijańskiej - wplecenia tego wszystkiego, do w miarę spójnej fabuły. To największy atut tej książki, znajdziemy więc polskiego Ziemowita, egipskiego Anubisa, drzwi pomalowane krwią baranka, anielską krucjatę a nawet św. Mikołaja. To będzie dobra książka na gorące letnie dni.

środa, 15 czerwca 2011
Starcie królów, George R. R. Martin

A Clash of Kings (Starcie królów), George R. R. Martin, Spectra 2002

 A Clash of Kings, george R. R. Martin

Trochę obawiałam się zacząć drugi tom "Pieśni Lodu i ognia" bo nie chciałam się rozczarować. Z radością donoszę, że obawy były płonne, jak stwierdziła też milvanna, Martin trzyma poziom.

Na żelazny tron wstępuje sadystyczny syn poprzedniego króla, Jeoffrey, gówniarz ma 13 i naprawdę niebezpieczne skłonności. Jego matka, królowa Cersei bez przerwy knuje przeciw swemu nieznużonemu bratu, teraz prawej ręce młodego władcy. Swoją drogą jak młody król może zachowywać się "poprawnie" jeśli jego własna rodzicielka charakteryzuje się takim brakiem morale i chorymi skłonnościami? Karzeł Tyrion jest naprawdę niezmordowany w swej pomysłowości zaprowadzenia w królestwie sprawiedliwości, ten bohater (swoją drogą chyba jedyny z poczuciem humoru) z tomu na tom zdobywa coraz więcej mojej sympatii. Jego zjadliwe, ironiczne teksty świetnie oddają ludzkie zakłamanie i stanowią świetny komentarz do fabuły.

Robb Stark, zadeklarowany Król Północy walczy nieprzerwanie z rodziną Lannisterów, dorastając przy tym i ucząc się swej nowej roli. Korona okazuje się nie być wcale taka lekka. W każdym bądź razie, to królestwo zaczyna być stanowczo za małe dla tylu władców, a jak pamiętam z podstawówki "gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść". Tymczasem dzielni Bracia z Nocnej Straży wyruszają w tajemniczy las by zbadać czające się w pobliżu niebezpieczeństwo. Pojawia się też tajemnicza kapłanka w czerwieni głosząca monoteizm.

Ilość zwrotów akcji, wątków i poruszonych motywów jest ogromna i nie pozwala się nudzić. Bardzo podobało mi się to w jaki sposób pisarz rozprawił się w swej powieści z etosem rycerza, już w wielu książkach udowadniano, że do świętych nie należał, ale Martin naprawdę zbrutalizował i poszargał wizerunek obrońcy uciśnionych. Dla dzielnych wojaków Lannisterów słowo honor nie istnieje nawet w słowniku, co dopiero mówić o stosowaniu się do jakiegokolwiek kodeksu. Złupić, zgromić, zabić i zdobyć - to jedyne obowiązujące zasady. Liczy się efekt w postaci kolejnej zdobytej twierdzy i wypełnionego rozkazu. Do tego rozkosznego obrazka dodajmy jeszcze błędnego rycerza i obrońcę Sansy, który przez alkoholowe opary ujrzał iż źle czyni i postanowił być tajemniczym obrońcą księżniczki. W końcu każda koronowana białogłowa ma swojego dzielnego wojownika, a że ten jest już nie najmłodszy i wiecznie pijany, co to komu szkodzi, ważne, że chłop ma dobre chęci i pragnie się moralnie zrehabilitować. Jak dla mnie bomba.

 W książce pojawia się więcej magii niż w tomie pierwszym, co ma swoje plusy i minusy, pewnie w zależności od czytelniczych upodobań.

Autor pogłębia portrety psychologiczne swoich bohaterów, mamy szansę zobaczyć honorowe oblicze karła, który jak każdy człowiek potrzebuje miłości. Do tego moralnie spaczona siostra, która czerpie przyjemność ze związków kazirodczych, cóż nie można jej zarzucić żeby jej nie zależało na rodzinie. Sansa bardzo powoli, ale mądrzeje i nie działa już tak na nerwy czytelnikowi. Widzimy, że jest po prostu niewinną, głupiutką dzieweczką zaplątaną w losy wszechświata, z czasem zrozumie, że nie wszystkich da się zadowolić. Jej świetną przeciwwagę stanowią Arya i Catelyn Stark, także nie jest to powieść zdominowana przez męskich bohaterów, przeciwnie, mimo średniowiecznych społecznych ograniczeń nałożonych płci pięknej, nieźle sobie tu one poczynają.

 Świat stworzony przez Martina to mroczna wersja średniowiecza popędzanego przez jego niespożytą fantazję. Tu nie ma miejsca na sentymenty, prawość czy uczciwość, intrygi plączą się i poganiają jedna drugą. Autor ma dobry warsztat i we wprawny sposób manipuluje czytelnikiem, nie jest to bynajmniej złe, przeciwnie, pisarz próbuje nas zaskoczyć, pognębić, wzbudzić współczucie dla zamęczanych psychicznie i fizycznie bohaterów. To kawał solidnej fantasy przy której nie można się nudzić.

seria: Pieśń Lodu i Ognia tom 2

tego samego autora zrecenzowane na blogu: "Ostatni rejs Fevre Dream" 

"Gra o tron"

 

polskie wydanie:

 Starcie królów, Geoge R. R. MartinWydawnictwo Zysk i S-ka

czwartek, 31 marca 2011
Gra o tron, Goerge R. R. Martin

A Game of Thrones (Gra o tron), Goerge R. R. Martin, Bantam

 A Game of Thrones, George R. R. Martin

"Gra o tron" zdobyła już spore rzesze oddanych fanów i mnóstwo pozytywnych recenzji i tak niejako owczym pędem i ja po nią sięgnęłam. Teraz mogę tylko napisać, że i ja polecam tą powieść, no może nie tylko.

George Martin od razu wprowadza nas w swój świat i naprawdę można nieźle wsiąknąć. Z początku trochę się miesza niesamowita liczba bohaterów, krain, wzajemnych pretensji koronowanych głów, ilość intryg, bo autor wcale nie krępuje się z wprowadzaniem bez przerwy czegoś nowego. W powieści mamy wszystko o czym moglibyśmy zamarzyć aby akcja nie zwolniła ani na chwilę - skrytobójcze akcje morderców, pojedynki szermiercze, tajemnice z przeszłości, przewroty na tronie, pieczołowicie planowane zemsty, małą wojenkę, czy wreszcie tajemniczą nację zasadzającą się na granicach państwa.

Po przeczytaniu "Fevre Dream" tegoż autora stwierdzam, że nie miał on tam możliwości (pewnie za mało miejsca, powieść nie przekracza 300 stron) na rozwinięcie swego talentu. Ten rozmach i postacie obecne w "Grze o tron" czynią ją książką ze wszech miar godną uwagi. Jest w czym wybierać, każdy znajdzie coś dla siebie, bohaterów z którymi czytelnik może się identyfikować, głośno im skandować w trakcie rozwoju akcji, czy może raczej zgrzytać zębami z powodu ich głupoty. Wszystko przedstawione jest z niezwykłą dbałością o detale, wiemy kto jak jest ubrany, uzbrojony, co je i gdzie śpi. To wszystko oczywiście sprawia, że objętość powieści rozrasta się niesamowicie, ale nie przeszkadza w szybkim czytaniu i śledzeniu losów kolejnych chojraków. Przy czym przestrzegam, że Martin należy do pisarzy dla których życie nie jest bajką i w każdej chwili "nasz ulubieniec" może stracić życie.

Mimo, iż jest to powieść fantasy w tym pierwszym tomie mamy śladowe ilości magii czy zjawisk nadprzyrodzonych. Tu główną rolę grają czyny samych ludzi, to ich żądze, namiętności, miłości, pasje są motorem działań - a to czyni te postaci jeszcze bardziej ludzkimi. Podobało mi się umieszczenie kolejnych bohaterów w odpowiednim kontekście społecznym. Martin dba o takie szczegóły jak podział klasowy i wszystkie jego konsekwencje, wymiar sprawiedliwości w dość realnych ramach czy wreszcie światopogląd samych bohaterów.

 Chcę jeszcze zwrócić uwagę na silne związki rodzinne w tej powieści. Relacje krewniaków są dla kolejnych bohaterów niezwykle ważne, prym wiedzie rodzina Starków. Naprawdę nie wiem dlaczego autorzy upierają się przy wątku sióstr, które zazdroszczą sobie niebotycznie i nienawidzą się bezgranicznie, co jest tylko przyczyną kolejnych nieszczęść w rodzinie. I oczywiście jedna jest standardowo piękna i naiwna (delikatnie powiedziane), druga choć brzydsza ma tupet i inteligencję. Szczerze mówiąc mam już serdecznie dosyć tak poprowadzonego motywu siostrzanego, mam młodszą siostrę i oprócz tego, że w wieku lat dziecinnych kilka razy dałyśmy sobie po głowie  to kontakty obecne w niczym nie przypominają tych kreowanych przez pisarzy z wybujałą wyobraźnią. A wierzcie mi ten rodzinno-siostrzano-nienawistny wątek powtarza się nagminnie nawet w najlepszych powieściach. Przejdźmy teraz do reszty rodziny Starków, a ta jest całkiem liczna i obfituje w mnogość charakterów. Eddard Stark, głowa rodu, ojciec licznych dziatek w różnym wieku, kochający mąż, honorowy wojownik, prawa ręka króla. Jednak jego przeszłość nie jest znowu tak kryształowo przejrzysta i on miał chwile zapomnienia,  z których dorobił się dodatkowego syna. Jego żona, kochająca matka i dzielna kobieta, też nie jest ideałem. O tyle o ile dla swoich dzieci zrobi wszystko, to syna męża z tajemniczego związku po prostu nienawidzi i skutecznie obrzydza mu życie, mimo iż sama przed sobą udaje, że dawno już wybaczyła małżonkowi ten skok w bok. I to mi się właśnie w tej książce podoba, ludzie są tylko ludźmi wraz z ich słabościami i zawiłościami duszy.

 seria: Pieśń Lodu i Ognia

tego samego autora zrecenzowane na blogu: "Ostatni rejs Fevre Dream" 

piątek, 29 października 2010
Zimowy monarcha, Bernnard Cornwell

The Winter King (Zimowy monarcha), Bernard Cornwell, Penguin

The Winter King 

Po książkę Cornwella sięgnęłam z pewną dozą zaufania, spodziewałam się sprawnie i ciekawie napisanej powieści. Pisarz jest autorem niezwykle popularnej w Stanach serii o Richardzie Sharpie, zapewniającej zresztą całkiem niezłą rozrywkę okraszoną historią. Tak więc, jeśli chodzi o "The Winter King" to dałam się całkowicie porwać historii autora, jego wizja "prawdziwej" historii Artura jest ciekawa i wprowadza ożywczy powiew do zatęchłej i bardzo już "wykorzystanej" legendy. Właściwie to nigdy nie byłam jakąś fanką opowieści o Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu. Pewne pojęcia i nazwy kojarzy większość Excalibur, Camelot czy Lancelot, jednak to Cornwell nadaje im nowe znaczenie.

Wielka Brytania, przełom V i VI wieku, chrześcijaństwo powoli szerzy się wśród miejscowej ludności, jednak dawni bogowie ciągle żyją w pamięci mieszkańców tego kraju. Wieczne najazdy Saksonów oraz waśnie pomiędzy brytyjskimi plemionami osłabiają ojczyznę Excalibura. Pewnego mroźnego dnia stary król Uther doczekał się wreszcie potomka, przyszłego władcy, nad którym piecze obejmie książę Artur. Naszym kronikarzem jest Derfl Cadarn, jeden z jego wojowników i przyjaciół, który postanowił spisać prawdziwe dzieje sławnego księcia a przy okazji i swoje. Ten wychowanek Merlina wiedzie nas krok po kroku przez meandry historii bitew i wojen.

Autor ze swadą przedstawia nam średniowiecze w swoim wydaniu, wiek, w którym panują zabobony i okrucieństwo ludzi. Wojna nie jest przedstawiona jako romantyczne starcia walecznych rycerzy, to walka jednocześnie podszyta tchórzostwem i męstwem. Strach, który opanowywuje wojowników przed kolejnymi potyczkami walczy z wiernością dla władców, troską o rodzinę oraz pragnieniem łupów. Postacie nie są skomplikowane psychologicznie, zwykle dominują w ich postawie określone cechy. Merlin to inteligentny, zgryźliwy człowiek o ciętym języku, Artur choć honorowy bez przerwy toczyłby walki w imię czegoś, targany namiętnościami idealista, Ginewra wiecznie knuje. Muszę powiedzieć, że kreacji Lancelota sama nie wymyśliłabym lepiej, dla mnie ten rycerz zawsze był podejrzany.

Ta powieść to dobra lektura "do poduszki", na czas relaksu. Żadnych magicznych mieczy, tylko natura ludzka i  odrobinę zmitologizowana historia bez gloryfikacji jej bohaterów opowiedziana w sprawny sposób.

polskie wydanie:

Zimowy monarcha 

Tłumaczenie: Jerzy Żebrowski
Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 19 maja 2010
Liczba stron: 600

cykl: Trylogia Arturiańska (The Warlord Chronicles)

tego autora zrecenzowane na blogu:

"Łupy. Zdobycie Kopenhagi 1807"

czwartek, 23 września 2010
Człowiek z Wysokiego Zamku, Philp K. Dick

Człowiek z Wysokiego Zamku (The Man in the High Castle), Philp K. Dick, przekład Lech Jęczmyk, Dom Wydawniczy Rebis, Warszawa 2006

 Człowiek z Wysokiego Zamku

Już naprawdę od dawna nie czytałam nic autorstwa K. Dicka, gdy tylko zagłębiłam się w lekturę "Człowieka z Wysokiego Zamku" od razu przypomniałam sobie charakterystyczne wyznaczniki stylu tego pisarza.

To co lubię u Dicka to jego zdolność do tworzenia niezwykłych światów od samych postaw i ze wszystkimi szczegółami tworzącymi nową, niezwykłą, momentami nawet psychodeliczną rzeczywistość. Wyobraźcie sobie życie w społeczeństwie pełnym skostniałych zasad, gdzie wasza rasa wyznacza wam status i ukierunkowywuje waszą przyszłą drogę życiową, gdzie religią jest dyktatura rządu, bez wolnej gospodarki i konkurencji. Państwa Osi wygrały drugą wojnę światową i podzieliły się wpływami, Ameryka jest zależna od Japonii, której skośnoocy mieszkańcy opanowali kontynent kulturowo i gospodarczo. Jeden z bohaterów książki, Robert Childan, to dziecię już całkiem nowego świata. Jednocześnie podziwia i gardzi Japończykami, jest człowiekiem wierzącym w postulaty Rzeszy, krótkowzrocznym rasistą. Z jego pespektywy poznajemy japoński wymiar tej alternatywnej Ameryki, przesyconej teraz sztywnymi zasadami wychowania i pozorów spokoju. Childan, jako typowy, żywiołowy Amerykanin, nie umie odnaleźć się w społeczeństwie, które wymaga od niego stoicyzmu, spokoju i opanowania. Takie drobiazgi jak wpływ charakteru narodowego na zachowania ludzkie wzmocniły mój podziw dla Dicka, tu wszystko jest przemyślane, dopracowane, w swojej wizji zadbał o każdy aspekt alternatywnej rzeczywistości. Widzimy jak myślą ludzie, którym wpojono strach przed Żydami i sami Żydzi. Poznajemy działania i myśli człowieka, który chce uratować świat od kolejnej wojny, a jednocześnie, sam nie wierzy w sens swej misji.

Prężnie rozwijające się mocarstwa nie poprzestają na Ziemi, biorą we władanie każdy skrawek lądu i morza. Zachłanność Rzeszy nie ma tu końca, to jest wręcz jakiś szał szerzenia doktryny i wiecznego zdobywania, ciągłych zbrojeń. Przedsiębiorczy Niemcy osuszyli i zaorali morze Śródziemne, wykończyli ludność Afryki, gdyż eksterminacja Żydów nie wystarczyła i trzeba było poeksperymentować jeszcze na Czarnym Lądzie. Hitler zmarł na syfilis, a o władzę walczy Goebbels i Heydrich. W międzyczasie zdążyli mocno rozwinąć  przemysł transportowy tworząc nowe rakiety i pasażerskie rakiety Lufthansy. Autor serwuje nam takie smaczki jak operacje umożliwiające zmianę kształtu czaszki Żydom (tak, nie dali się, nieliczni ukrywają się w Ameryce - co jest oczywiście czystą kpiną z eksterminacyjnych zapędów nazistów) czy informacje o niesławnej fabryce IG Farben.

Dla bohaterów powieści istotną rolę odgrywają dwie książki, pierwsza to zbiór przepowiedni Yijing, którą posługują się bez przerwy prawie wszystkie postacie w momentach decyzyjnych. Druga to "Utyje szarańcza", powieść człowieka ukrywającego się w Wysokim Zamku, będąca alternatywną wizją alternatywnego świata, gdzie Niemcy przegrywają wojnę. Większość bohaterów nie umie wyobrazić sobie świata, gdzie państwa Osi przegrywają i dopiero po przeczytaniu "Utyje szarańcza" niektórzy z nich zaczynają stawiać sobie pytania dotyczące ich rzeczywistości. Tu pojawia się problem realności świata, tego bohaterów książki Dicka i tego w którym żyjemy my sami. Jedna z postaci ma okazję przez chwilę być w naszym świecie, jednak pan Tagomi, nie wierzy w to co zobaczył, nie jest w stanie się z tym zmierzyć. To uświadamia, że każdy z nas jest tak "przyzwyczajony" do swojej rzeczywistości, oswojony z nią, że nawet jeśli świat paralelny dał by nam więcej możliwości, lepszą przyszłość, to nikt nie wyobrażałby sobie życia w nim, rozstania z tym co zna.

To dobra książka i z czystym sumieniem mogę ją polecić. Jest to jednak powieść wieloznaczna i wielowymiarowa, jestem pewna, że każdy może odebrać ją inaczej. Wnosi w życie niepewność, skłania do obejrzenia się za siebie. To wizja jednocześnie śmieszna, przerażająca, nierealna i zawiła. Pewne zachowania postaci nie wpisują się w standardowe zachowania bohaterów powieści. Ten pisarz potrafi nieźle namącić człowiekowi w głowie.

wtorek, 17 sierpnia 2010
Księga Sądu Ostatecznego, Connie Willis

Księga Sądu Ostatecznego (Doomsday Book), Connie Willis, Bantam

 Doomsday Book

Rzadko czytam książki z gatunku science-fiction, choć lubię prozę Philipa K. Dicka, w przypadku tej pozycji skuszona zostałam akcją, która ma miejsce w średniowieczu. Wszystko rozpoczyna się w niedalekiej przyszłości, bo w 2054 r., jednak oprócz paru gadgetów jest to codzienność podobna do naszej, no może poza podróżami w czasie. Tak, ludzkość wreszcie tego dokonała i może wysyłać ludzi w przeszłość, jednak są to głównie historycy, którzy ofiarnie prowadzą badania terenowe. Żeby było jasne, nie mamy tu jakiegoś szaleńczego biegu po epokach, wszystko jest wyważone, rutyna zapanowała w ośrodku badawczym, oni po prostu patrzą i notują jak wyglądała historia na żywo, żadnej ingerencji w zamierzchłe czasy. Takie podejście autorki spodobało mi się, zwłaszcza, że owe wycieczki w czasie są tu tylko pretekstem do przedstawienia samej natury ludzkiej.

Główna bohaterką jest Kivrin, młoda, pełna zapału, pani naukowiec, która z oddaniem przygotowywuje się do swego pierwszego przerzutu. Jej wigor i nieokiełznane chęci poznania średniowiecza "namacalnie" sprawiły, że rozwiała obawy starszych profesorów i z uporem wkuwa teraz zaprzeszłe formy staro angielskiego. Warto wspomnieć, że dzielna dziewoja będzie pionierką w tym okresie, zbyt mała ilość danych, kiepskie warunki sanitarne, wszechobecny smród, wysoki poziom niebezpieczeństwa sprawiły, że nikt jakoś się wcześniej nie kwapił do zbadania tego okresu naocznie. Oczywiście absolutnie nic nie jest w stanie zniechęcić naszej bohaterki, ni dobre rady starszego profesora, ni zdrowy rozsądek. Postanowiono wysłać pannę do 1320 r. jednak nie byłoby książki gdyby nie pojawiły się problemy, zbliżające się święta Bożego Narodzenia sprawiają iż cały naukowy zakład jest dość rozkojarzony, pracownicy wykazują brak odpowiedzialności i niekompetencję, do tego zachodzą poważne wypadki, które sprawiają, że Kivrin ląduje o kilka lat później niż by chciała.

Akcja prowadzona jest dwutorowo, wrażenia Kivrin w czternastym wieku przeplatane zostają z wydarzeniami jakie mają miejsce w dwudziestym pierwszym. Rozdziały opisujące losy odważnej bohaterki w średniowieczu były dla mnie najciekawsze, tu pisarka pokazała co potrafi. Nie tylko historyk przenosi się tu w czasie. Zaraz po przeniesieniu czytelnik wraz z bohaterką mógł odczuć jej samotność, bezradność, skrzący się śnieg, bezmiar lasów, migotliwość gwiazd na niebie i przejmujące zimno. Praktycznie nic się nie działo, a mimo to wciągnęłam oddech i poczułam zagrożenie jakie mogła czuć Kivrin. Dalej widzimy trud ludzi, codzienną walkę z głodem, ogromny strach przed chorobą,  rozpacz z poczucia beznadziejności i wreszcie wiarę, integralną część życia. Ojciec Roche staje się wreszcie tak samo ważny dla Kivrin jak dla lokalnej społeczności. Proste gesty nabierają nowego znaczenia, stają się dowodem współczucia, miłości, przebaczenia i nadziei.

Autorka wprowadza do powieści ciekawe motywy, jak choćby swoistego żaru młodości, który przenosi góry i rozczarowań jakie może przynieść dojrzałość. Ludzkiej bezradności wobec nieznanego zagrożenia czy choćby szczerej przyjaźni i opiekuńczości.

Książka momentami mi się dłużyła, akcja jest momentami rozwleczona do granic i główna bohaterka jak na historyka nie wykazuje się zawsze domyślnością i wiedzą.

Myślę, że to powieść, która skłania do pewnych przemyśleń nad naturą ludzką, potrzebą wiary, roli religii w naszym życiu. Wiem, że sięgnę po kolejne książki tej autorki. Powieść mogę też polecić z czystym sumieniem osobom, które żywią pewne obawy co do gatunku s-f.

nagroda Hugo dla najlepszej powieści 1993

nagroda Nebula dla najlepszej powieści 1992

nagroda Locusa dla najlepszej powieści s-f 1993

polskie wydanie:

Księga Sądu Ostatecznego

Wydawnictwo:Prószyński i S-ka                                           Rok wydania: 1996
Liczba stron: 844
ISBN: 83-86868-42-2
Oprawa: miękka
Tytuł oryginału: Doomsday Book
Tłumaczenie: Arkadiusz Nakoniecznik

czwartek, 05 sierpnia 2010
Córka Krwawych, Anne Bishop

Daughter of the Blood (Córka Krwawych), Anne Bishop, Roc, 2003

 Daughter of the Blood

 Już na wielu blogach czytałam recenzje Trylogii Czarnych Kamieni, ale nic nie przygotowało mnie na to co zastałam w tej powieści. Muszę przyznać, że żadna książka tak mnie nie zaskoczyła od długiego czasu. Nie chodzi mi tu o pozytywne czy negatywne zaskoczenie, a samo zdziwienie, z rozdziawieniem szczęki włącznie, jakie ogarniało mnie po kolejnych rozdziałach.

Jak to bywa w takich seriach stałym punktem programu jest wybraniec, ten obdarzony, niezwykły, o nadludzkich zdolnościach, niewinny i o czystym sercu. Tu mamy wybrankę z mocą o jakiej się nikomu z bohaterów książki nie śniło, dziecko kochające swych bliskich do bólu i nie takie niewinne.  Jeanelle ma potęgę, jednak wplątana w sieć emocjonalnej zależności nie chce jej użyć. Mimo całej magii jest wciąż tylko dzieckiem i tylko dorośli mogą ją uratować lub zniszczyć. A jak można się domyślić, tych dorosłych kręci się wielu, dzielą się na dwa główne obozy, ci niewtajemniczeni, którzy nie mają pojęcia o mocach drzemiących w dziewczynce, i wtajemniczeni, którzy albo dybią na jej siłę, cnotę, życie, i ci którzy chcą bronić.

Oczywiście wszyscy bohaterowie męscy (chcący bronić Jeanelle) są niezwykle piękni, okrutni i groźni, u każdego mamy błysk znudzenia w oku tym światem, który ich ciągle rozczarowywuje i sprawia tyle kłopotów.

Teraz podkreślam, w tym świecie bezpardonową i niepodzielną władzę sprawują kobiety, a właściwie czarownice. Mężczyźni tylko im służą, li i wyłącznie, nawet jeśli któryś kocha swą panią, to i tak terminem opisującym swoje miejsce przy niej jest "to serve" (służyć). Można powiedzieć, że pisarka wykastrowała (dosłownie i w przenośni) tu płeć brzydką, to kobiety knują, intrygują, skazują, torturują, wydają rozkazy, faceci się tylko ciskają. Nawet jeśli któryś nieźle narozrabia, to traktuje się go jak niesforne dziecko, odsyłając gdzieś, gdzie warunki go zmiękczą. Jednak te kobiety czują się zagrożone, chcą wiecznie dowodów swej władzy, mamy więc pierścienie posłuszeństwa zakładane na najczulszych miejscach, niewolników, którzy "zabawiają" dwór czarownic, oryginalne i wyuzdane narzędzia tortur oraz inne  tego rodzaju smaczki. Pierwszy raz w życiu czytałam tak feministyczną fantastykę.

Narracja prowadzona jest przez wszystkich ważniejszych bohaterów powieści z wyjątkiem samej Jeanelle. Spodobał mi się ten zabieg przedstawienia wszystkich postaci nim dokładnie poznamy dziecko czarownic. Chociaż ma to pewne minusy gdyż wszyscy z nich myślą o niej dokładnie to samo, ach jaka silna.

Dużo w tej powieści powtórzeń o jej starożytnych, szafirowych oczach, jego mrocznej demoniczności, jej potędze i znów jego złości itd.

Spodobało mi się to, że autorkę stać było na wymyślenie powiedzonek dla bohaterów, np. "Sweet darkness", to pomaga kreować nastrój fantastycznego królestwa, choć samym krainom Bishop nie poświęca wiele miejsca, skupiając się na akcji i bohaterach. Z tego wszystkiego wychodzi książka o miernym poziomie, z użyciem wypróbowanych schematów, ale całkiem wciągająca.

Seria: Trylogia Czarne Kamienie

środa, 28 lipca 2010
Marina, Carlos Ruis Zafon

Marina, Carlos Ruis Zafon, przełożyli Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodan Casas, Muza SA, Warszawa 2009

 Marina

Moim błędem było rozpoczęcie znajomości z Zafonem od tej książki, po prostu mi się nie podobała.

W mediach i na półkach empikowych (pozycję umieszczano na regałach niemłodzieżowych) jakoś się tego nie podkreśla za bardzo, a to jest powieść dla młodzieży. Taka jest prawda. Jej bohaterem jest nastolatek, który przeżywa w Barcelonie mrożące krew w żyłach przygody z zombie-ćmą oraz swoją pierwszą wielką miłość. Gdybym była trochę młodsza na pewno klimat wykreowany przez Zafona przemówiłby do mnie, ale jakoś nie mogłam się wczuć. Nie mogę odmówić autorowi delikatnej nutki nostalgii, którą uchwycił, ale zrobił to umieszczając akcję przeważnie w opuszczonych, zbyt dużych, tajemniczych budynkach. Co mnie zdziwiło to niezwykłe pokłady romantyzmu jakie kryją się w tej książce, wątek miłości Oscara, głównego bohatera, prowadzony jest w delikatny, nienamolny sposób i stanowi dobrą przeciwwagę dla pełnych fantazji (czytaj nieprawdopodobnych) przygód postaci. Zarysowany delikatnie staje się solidną ramą tej historii.

Podsumowywując wszystkie kobiety w tej historii są niezwykle piękne i utalentowane (to miłe), wszystkie budynki zaniedbane lub duszne i ponure, a miłości niespełnione. Powieść jest w odbiorze lekka, czas płynie szybko na czytaniu, tylko czułam się jakbym trafiła do niewłaściwego pokoju na spotkanie, które mnie już nie dotyczy.

środa, 21 lipca 2010
Gorzej niż martwy, Charlaine Harris

Gorzej niż martwy (From Dead to Worse), Charlaine Harris, Ace Books

From Dead to Worse

To już ósmy tom poczytnej serii Charlaine Harris, The Southern Vampire Mysteries, w którym autorka wreszcie zdecydowała się na zdradzenie jakichś konkretów czytelnikowi. Tym samym  powieść nie ma statusu tzw. wypełniacza służącego wydłużeniu serii w celach zarobkowych autorki.

Czytelnicy dowiedzą się dlaczego to właśnie Sookie Stackhouse została obdarzona chrzestną matką i jednocześnie dobrą wróżką, sprawującą pieczę nad tym blond ladacem. Rodzinne tajemnice okazują się dość pokrętne z tajemniczym księciem w tle. Ale dla dość samotnej bohaterki każdy nowy, nieważne  jak oryginalny, członek rodziny się liczy. Do tego wszystkiego Jason, uroczy aczkolwiek głupawy brat wychodzi za mąż, i tu niespodzianka, bo okazuje się, że braciszek nie jest taki głupi, za to okrutny intrygant. Tymczasem na wampirzej arenie władzy pojawia się Felipe de Castro, król Nevady, który powoli przejmuje władzę. Przewrót szykuje się też wśród wilkołaków w Louisianie.

Tak jak w ostatnich pięciu książkach, tak i w tej, pisarka skupia się na zapewnieniu czytelnikowi nieustającej akcji, wydarzeń krew mrożących w żyłach, seksualnego napięcia i iskrzącej magii, niestety ciągle zapomina nasycić powieść humorem, który tak mi się podobał w pierwszych trzech tomach. Autorce nie można odmówić wyobraźni, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że kolejne książki pisane były z niepotrzebnym pośpiechem, zatarł się gdzieś po drodze niewymuszony choć prosty urok, oryginalny dowcip. Nie wiem co mnie tak trzyma przy tej serii, chyba nadzieja, że komuś wreszcie uda się zabić Sookie.

środa, 14 lipca 2010
Definitywnie martwy, Charlaine Harris

Definitely Dead (Definitywnie martwy), Charlaine Harris, Penguin Group

 Definitely Dead

"Definitely Dead" to kolejna część przygód Sookie Stackhouse, która nie wydaje się tak jak poprzednie części wyciąganiem na siłę przygód tej bohaterki (no może trochę). Odniosłam wrażenie, że w tym tomie autorka postanowiła pchnąć pewne sprawy wreszcie do przodu, oczywiście nie mówię tu bynajmniej o definitywnym wyborze nowego kandydata do serca bohaterki (o czym by wtedy pisała w kolejnych tomach), choć to, wreszcie staje się wolne. Przez wszystkie poprzednie części nagromadziło się sporo bohaterów i wątków, Harris próbuje to teraz jakoś złożyć do kupy, dla kogoś kto czytał wszystkie poprzednie książki denerwującym może być ciągłe przypominanie kto jest kim i skąd wyskoczył. Jak ktoś dobrnął do tej powieści, to chyba czytał poprzednie?

Sookie znowu podróżuje, a kolejni członkowie jej rodziny giną. Tym razem okazuje się, że w rodzince był i wampir, a właściwie wampirzyca, kuzynka Hadley w Nowym Orleanie, która zginęła, a której spadkobierczynią jest nasza kelnerka. Za nią przypałęta się jak zwykle kilku niezwykłych mężczyzn, a ona sama weźmie udział w kilku imprezach, które zakończą się standardową rozróbą. Sooki wyjdzie z tarapatów mniej lub bardziej pobita (ta dziewczyna ma końskie zdrowie), a czytelnik ani przez chwilę nie będzie miał wrażenia spowolnionej akcji. Temu tomowi można zarzucić wiele, ale nie to, że brakuje wydarzeń.

Dowiadujemy się też czegoś o samej Sookie, choć tak naprawdę pisarka zdradza niewiele, to możemy snuć już jakieś domysły. Do tego wreszcie wszelkie więzy jakie jeszcze łączyły nieśmiertelnego Billa i telepatkę zostają definitywnie przecięte.

Pisarka sporo miejsca poświęciła prawom jakie rządzą tym równoległym światem i nie są to zasady, które podobają się zwykłym ludziom. Przypominają trochę bezwzględność władców feudalnych. Afera z bransoletkami, w którą uwikłana jest królowa wampirów, pobrzmiewa dla mnie Dumasem (afera naszyjnikowa). Przekonujemy się też, że za odpowiednie sprawowanie wróżki mogą w przyszłości liczyć na nie byle jaki awans, dosłownie anielski. Powieść, tak jak poprzednie, łączy wątki paranormalnego romansu oraz zagadki detektywistycznej, w sam raz na upalny, wakacyjny wieczór.

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka