sobota, 18 października 2008
Od zera do bohatera

 magician's gulid-uk    (UK) Gildia (polskie wydanie)

Tytuł: The Magician's Guild / Gildia Magów

Autor: Trudi Canavan

   Powieść australijskiej pisarki Trudi Canavan to dla mnie rozczarowanie, może dlatego, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Trylogia Czarnego Maga zapewniła autorce siedmiocyfrowy kontrakt na kolejne książki z tej serii. "Nowicjuszka" nominowana była do nagrody Aurealis dla najlepszej powieści fantasy, kolejna, "Wielki Mistrz", nominowana została do australijskiej nagrody Ditmar. I ja się teraz zastanawiam - jakim cudem?

  Na pierwszy rzut oka książce nic nie brakuje, dopiero jak zaczynasz czytać to się orientujesz, że już chyba to czytałeś. Dialogi są nudne i bez polotu, co tylko jeszcze bardziej dystansuje czytelnika. W samym centrum tych wydarzeń, a właściwie w centrum chaosu, jest ONA - jedyna, wybrana, obdarzona darami magii, inteligencji, niewymiernych talentów, przyciągania kłopotów. W tej powieści akcja się nie toczy, ona pełźnie i to ledwo co. Sonea (czyli ONA) ma poważny dylemat: dołączyć do Gildii Magów i pozwolić się wykształcić czy dalej nielegalnie robić rozpierduchę na mieście. Przed podjęciem decyzji wolny czas spędza w miejskich slumsach skutecznie przeprowadzając demolkę kilku domów, rozkochuje w sobie młodzieńca (a jakże!) i  wzbudza zainteresowanie miejscowych gangów. Jednym słowem gania po całym mieście a za nią ganiają magowie i straż miejska - można powiedzieć powieść drogi.

Zwykle nie lubię tak zostawiać historii bez poznania zakończenia, ale ta nie zaciekawiła mnie na tyle by zerknąć do kolejnych tomów. Książkę oddałam siostrze, co by się w angielskim wprawiała, bo jak bym odłożyła na półkę to żal by mi było wydanych pieniędzy na ten bestseller.

Kategorie: literatura młodzieżowa / powieść / fantastyka

środa, 15 października 2008
Czarne sezony, Michał Głowiński

Czarne sezony

Tytuł: Czarne sezony 

Autor: Michał Głowiński

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

   Michał Głowiński postanowił spisać swoje wspomnienia z dzieciństwa - niby nic oryginalnego, ale biorąc pod uwagę okres w jakim dorastał (ur. 1934) i swoje pochodzenie (jak sam stwierdził, ma "żydowską biografię" http://serwisy.gazeta.pl/df/1,34467,2721121.html?as=1&ias=15 ) - sprawa się komplikuje. Nie tylko on jeden "dziwi się"*, że przeżył i daje świadectwo. Przeżycia dziecka skazanego utrwalił w formie opowiadań, często zupełnie ze sobą niepowiązanych. Pisarz całkowicie oparł się na swojej pamięci, nie korzystając z innych źródeł, zabieg ten dodał książce intymności.

Autor w sugestywny sposób opisuje swoje przeżycia, nie musi sięgać po makabryczne opisy (Kosiński "Malowany ptak"). Jego wyrażenia są już wystarczająco wymowne by działać na wyobraźnię.

"Kolor getta jest w moim wspomnieniu kolorem papieru, jakim przykrywano leżące na ulicy trupy, zanim je uprzątnięto. A należały one do stałego krajobrazu, ulica była miejscem nie tylko śmierci nagłych i niespodziewanych, była miejscem powolnego konania - z głodu, z chorób, z wszelkich innych możliwych powodów. Sezon wielkiego umierania trwał w getcie nieprzerwanie."

Każdy z ocalałych z Zagłady pisarzy, odnalazł swój własny sposób pisania o tych wydarzeniach ukazując czytelnikom swoją indywidualność. Szczere opowiadania Michała Głowińskiego pomagają pogłębić wiedzę o wydarzeniach, o których nie wolno zapomnieć "ale też trudno o nich mówić".

* M. Głowiński, Czarne sezony

Kategorie: literatura faktu / wspomnienia / Holocaust

wtorek, 14 października 2008
Japonia bez gejsz i samurajów?!

Hokkaido

Tytuł: Hokkaido. Japonia bez gejsz i samurajów

Autor: a zebrało się ich dziesięciu

Wydawnictwo: Mantis

   Okładka od razu zyskała moją pełną aprobatę, z treścią już gorzej, ale po kolei. Od strony wizualnej książka prezentuje się naprawdę dobrze, przed każdym rozdziałem wykaligrafowany jest wstęp po japońsku, co świetnie wprowadza w klimat lektury. Nie wiem tylko po co te pretensjonalne rysunki na końcu każdego tekstu (wcale nie są kawaii), skoro dostaliśmy jeszcze komputerowo przetworzone zdjęcia. Polska Polonia w Japonii podjęła się ambitnego dzieła napisania - jak to tam naprawdę jest na tym Hokkaido. Tylko ja się pytam po co tak ostro w stosunku do antropologów? Hę? Aby odciąć się od literatury, która tylko "eksponuje egzoty" wystarczy podtytuł. Naprawdę. Zdanie "Japonia bez gejsz i samurajów" doskonale oddaje charakter tej książki - i to zbywa resztę. A tak wyszło "przyganiał kocioł garnkowi", autorzy którzy chcieli się trzymać z daleka od stereotypów i uogólnień, wpadli we własne sidła

"Nikt nie chce być sprawcą sytuacji wymagającej od obcych ludzi szczególnych zachowań lub starań" (stereotyp),

"(...) zupełnie inaczej niż w polskiej kulturze, gdzie kobiety przyjęło się chronić przed przykrościami (stereotyp)

w Japonii kobiety (uogólnienie) wysyła się na niebezpieczne "misje wywiadowcze", ufając, że dadzą sobie lepiej radę z dogadaniem się."

 Jeszcze jedno: ja się pytam gdzie są te książki autorów, którzy "upodobali sobie" wypisywanie bajdurzeń o Japonii? Bo książki z takimi relacjami to można policzyć w Polsce na palcach jednej ręki (Bruczkowski, Bator, "Okruchy Japonii")! Gdzie one wsiąkły nim zdążyłam się z nimi zapoznać? 

 Reportaże czyta się szybko i przyjemnie, wiedza przedstawiona jest w sposób urozmaicony choć trochę po łebkach. Jak na tylu autorów dzieło wyjściowe jest niesatysfakcjonująco krótkie.

I na zachętę:

"Bo pije się w Japonii właściwie nie dla samego smaku alkoholu (choć smak ceni się ogromnie), ale żeby napić się wspólnie, z naciskiem na warunek - czym więcej pijących tym lepiej. Picie do przysłowiowego lusterka jest takim nietaktem, że szkoda gadać."

P. Milewski, P. Węgrzynowicz, Czyngis-Chan, czyli jak to z tym grillem było

Kategorie: litaratura podróżnicza / Japonia / ciekawostki i obyczaje

sobota, 11 października 2008
Korporacja, Max Barry

Korporacja

Tytuł: Korporacja

Autor: Max Barry

Wydawnictwo: Niebieska Studnia

Książka jest próbą syntezy korporacyjnego społeczeństwa z absolutnie wszystkimi jego wadami, a tych wyszło ponad 360 stron. Powieść wypełniona jest po brzegi żrącą ironią i tylko czasem z pod niej wyłania się fabuła. Czarny humor, obecny tylko w pierwszej połowie, bawi i czyni tą książkę zjadliwą. Oryginalne pomysły autora śmieszą i stanowią dobrą przeciwwagę dla ukrytego moralizatorstwa, bo krytyka autora w stosunku do korporacyjnych zwyczai jest wręcz namacalna. Tu nie ma niedopowiedzeń i żadnych wątpliwośćci - korporacja to piekło, które przetwarza ludzi na bezduszne zombie. Absurdalne i groteskowe zachowania pracowników są wynikiem systemu zarządzania. Ale to wszystko już było - inwigilacja, bezduszność systemów, jednostka moralna tonąca w oceanie zakłamania i żądzy władzy (Orwell nie zostawił tu wielkiego pola do popisu). Barry wprowadza tu co najwyżej ożywczy powiew aktualizacji problemów w sposób lekki, bo w końcu czytając człowiek zaczyna się zastanawiać czy w jego firmie też zaszły równie absurdalne wydarzenia. Brak mi w drugiej części książki dowcipnego języka, tak jakby po pierwszych rozdziałach pełnych humoru i euforii autor nagle zwolnił i spoważniał. A szkoda, bo pierwsze prześmiewcze rozdzialiki mimochodem miażdżyły "korporacyjne wartości" i stanowiły świetną zasłonę dla moralizatorstwa i "idealnego" Jones'a.

Mała próbka:

"Stajnia Działu Sprzedaży jest przedzielona ścianą wysokości ośmiu stóp, z przedstawicielami handlowymi po jednej stronie i asystentami po drugiej. Dla niewprawnego oka te dwie połówki są identyczne, ale dla wtajemniczonych strona przedstawicieli promieniuje subtelnym fluorescencyjnym blaskiem. Ten blask to status. Rezydenci strony przedstawicieli mają znacznie lepsze liczby: sześciocyfrowe płace, siedmiocyfrowe udziały i jednocyfrowe wyrównania w golfie."

Kategorie: powieść / czytadło / humor korporacyjny / satyra

poniedziałek, 06 października 2008
Różnorodne fragmenty

 Fragmenty z życia lustra

Znana aktorka wydaje książki - brzmi niezachęcająco dla miłośnika literatury ;) Musiałam "sprawdzić" sama.

"Fragmenty z życia lustra"  Joanna Szczepkowska

Owszem, odłamki lustra, czyli poszczególne opowiadania, są poukładane w całkiem zgrabną całość (ta, jest to lustro czy tam szyba, które jest klamrą spinającą), ale cóż kiedy niektóre fragmenty można by było jeszcze trochę dopracować. O takiej konieczności może świadczyć ten fragment:

"Wielka mucha łazi po zmoczonej szybie. Ogromna. Mucha nie jest bez znaczenia. Usiadła kiedyś na brzegu szklanki z piwem. Inna mucha oczywiście. Łaziła po krawędzi szklanki, którą postawił przed chwilą jej narzeczony. Zapatrzyli się na tę muchę, a On machnął ręką nad jego szklanką. Zrobiło się potem tak cicho..."

Sielska chwilka przy browarze.

Tekst momentami "łamie się", jest niespójny i spokojnie można by mu było zafundować jeszcze jedną korektę. Najgorsze jest pierwsze opowiadanie, którego bohaterem jest nerwowy psychiatra i kilku wariatów. Cały ten cyrk ledwo trzyma się kupy, a ilością niepoczytalnych bohaterów można by zapełnić więcej niż jeden szpital(swoją drogą takie zagęszczenie pomyleńców - cóż za zbieg okoliczności).

Do mnie "przemówiła" "Podróż Katarzyny W.", mimo iż powiela znane mi z innych książek motywy, to treść jest wciągająca. Tu fabuła i postacie są przemyślane, ale moim zdaniem trochę za dużo wskazówek dotyczących Katarzyny, po co tak wszystko zdradzać? Gęstnieniu atmosfery nie pomaga podawanie wszystkiego na talerzu.

Forma wszystkich opowiadań opiera się na klasycznych schematach, ale autorka stara się bardzo zaskoczyć czytelnika. Puenta i zmyłka są obowiązkowe. Szczepkowska wywróciła konwencjonalne układy na rzecz swojej książki: zdradzona żona, trzepnięta artystka, miłosny trójkąt itd.

Książkę można polecić na długi jesienny wieczór, może zaskoczyć dużo bardziej niż kolejne odcinki serialowych tasiemców. Czyta się to szybko, poruszone są problemy, które często i nas dotyczą (tylko ich skala jest inna, momentami przesadzona). Te problemy czają się tak trochę w głębi treści, dowiadujemy się o nich mimochodem od bohaterów, albo zauważamy sami jak majaczą gdzieś w tle. I właśnie ten niewymuszony, drugoplanowy sposób opowiadania o rzeczach ważnych, najbardziej mi się u Szczepkowskiej spodobał.

poniedziałek, 29 września 2008
Z innej, angielskiej beczki...

    "Przejrzeć Anglików" to "monumentalnie grube" dziełko Kate Fox, wydane w serii Spectrum, wydawnictwa Muza. W tym różnorodnym cyklu mieszają się książki o naprawdę różnym poziomie, więc trudno ocenić tę serię jednoznacznie, i chociaż czasami naprawdę można się zawieść to często zerkam na nowe wydania.

   Wstęp jest sensowny, podział książki trzyma się kupy i układa w logiczną całość, ale jeśli chodzi o profesjonalizm to na tym już koniec. Książka liczy sobie 600 stron (!!!) i na te "naukowe" wywody przypada zaledwie 2 strony bibliografii. Jednym słowem albo autorka pokłada dużą wiarę we własne możliwości antropologa społecznego albo podeszła do sprawy niefachowo. Skąd ta niekonsekwencja? Jeśli nie chciała odstraszać potencjalnych czytelników zbyt dużą ilością naukowych terminów, definicji to i tak, już ich odstraszyła grubością lektury. Bo to nie będzie krótka wycieczka nad Tamizę, tylko 20 000 mil podwodnej żeglugi po największych meandrach angielskiej kultury. I to żeglowania po płyciźnie, bo niestety brak tu jakiś głębszych przemyśleń, szerokie wody naukowych tez pozostają poza zasięgiem tej pracy. Barwny i dowcipny język nie ratuje znudzonego czytelnika, gdy autorka po raz trzeci tłumaczy te same teorie i spostrzeżenia. Stanowczo brak jej wiary w inteligencję odbiorcy, a szkoda. Książkę poleciłabym wszystkim tym, którzy wybierają się do Anglii po raz pierwszy pod warunkiem, że są wytrwali."Przejrzeć Anglików" to dobry podręcznik savoir vivre'u i elementarz anglosaskich dziwactw, który się czyta lekko i przyjemnie (zwłaszcza gdy się ominie te nudniejsze, powtórzeniowe kawałki).

   Nie jestem pewna czy do tego samego worka z nurtem "gorącej socjologii" mogę też wrzucić  książkę Paxman'a "Anglicy. Opis przypadku"  chociaż Fox często się do niej odwołuje, ale chyba na razie daruję sobie zgłębianie zachowania Anglików ;)

Kategorie: literatura popularno-naukowa / socjologia / antropologia / seria Spectrum

czwartek, 18 września 2008
Łupy. Zdobycie Kopenhagi 1807, Bernard Cornwell

  Pogłębiając moje zainteresowanie Kopenhagą sięgnęłam po jedną z książek Bernarda Cornwell'a "Łupy, Zdobycie Kopenhagi 1807".

Powieść należy do cyklu Kampanii Richarda Sharpe'a, jednego z najpopularniejszych bohaterów Cornwell'a (http://pl.wikipedia.org/wiki/Richard_Sharpe  twórca chyba się trochę "przywiązał" do tego chojraka). Autor ma w swoim dorobku ponad 40 powieści! W nagrodę za swoją "pracowitość" pisarz otrzymał od królowej Elżbiety Order Imperium Brytyjskiego. Z ciekawostek dodam, ż Sir Cornwell zaczął pisać książki, gdyż było to jedyne zajęcie jakie mógł wykonywać bez Zielonej Karty w Ameryce.

Sama postać Richarda Sharpe'a jest rzeczywiście dobrze wykreowana. Jest człowiekiem o wielu słabościach, który nie cofnie się przed popełnieniem morderstwa. Z opresji ratują go żołnierskie umiejętności i niebotyczne szczęście wybrańcy bogów. Nie imają się go kule, ze wszystkich przygód wychodzi bez szwanku. Czego nie można powiedzieć o pozostałych bohaterach, a ci giną licznie bądź doznają przeróżnych szkód cielesnych. Jest żołnierzem do zadań specjalnych i niczym James Bond wypełni każdą misję. Wymierza sprawiedliwość podług swojego pokrętnego sumienia i (tak zgadliście!) uwodzi kobiety. Niestety postacie kobiece są przedstawione fatalnie, puste i bezbarwne, nijak się mają do barwnych i ciekawych męskich charakterów. (Od razu do głowy przyszedł mi Sienkiewicz z jego nadętą Oleńką.)

To czego nie można odmówić autorowi to zdolność opisywania scen batalistycznych, świetna relacja z bombardowania miasta. I przede wszystkim książka jest wciągająca.                                                         Autor stara się przybliżyć czytelnikowi wszystkich bohaterów, podając różne szczegóły z ich życia. Tak więc gdy my jeszcze skupiamy się na koligacjach rodzinnych dzielnego wojaka, on sam w następnym akapicie już nie ma głowy (morderstwo, niewypał, rykoszet). Ten sprytny zabieg sprawia, że nigdy nie wiemy jak potoczą się dalsze losy delikwenta (poza Sharpem-ten zawsze ujdzie żyw :-).

Kategorie: powieść historyczna / niezłe czytadło

środa, 17 września 2008
No to lecę z tym koksem

Nie będe się tłumaczyć dlaczego założyłam bloga, ani pisać o gnębiącej mnie pustce i potrzebie wypisania się. Nikt tego wtedy nie przeczyta.

Będe pisać po prostu o przeczytanych książkach. Jakieś pytania?

Najlepiej zaczać od razu.

Per Olov Enquist

"Wizyta królewskiego konsyliarza" (Livläkarens besök)

Książkę wybrałam ze względu na miejsce toczącej się akcji - Dania, Kopenhaga. Przed wyjazdem do tego kraju chciałam się trochę "wczuć". Niestety wybór książek na polskim rynku nie był powalająco różnorodny.

Początek powieści był obiecujący:

"Dnia 5 kwietnia 1768 doktor Johann Friedrich Struensee dostał posadę konsyliarz króla duńskiego, Chrystiana siódmego, a po upływie czterech lat ścięto mu głowę."

Niestety barwny początek nijak ma się do dalszego ciągu. Po tej retrospekcji prowadzeni jesteśmy powoli przez autora za rękę. Mimo swoistej surowości zdań nie ma tu miejsca na domysły, wszystko zostaje wyjaśnione i usprawiedliwione. Enquist umiejętnie wykorzystuje historię, w realistyczny sposób kreując swoich bohaterów. Christian VII, który według historyków prawdopodobnie cierpiał na schizofrenię, jest przedstawiony jako chłopiec wrażliwy, którego opanowywuje choroba umysłowa "wspomagana" przez brutalne wychowanie i "plugawe" towarzystwo królewskiego dworu. Jego żona, Karolina Matylda zaślubiona mu w wieku lat 15, jest przedstawiona jako dorastająca dziewczynka, która wcale nieźle radzi sobie z zaistniałą sytuacją. Zaniedbywana przez męża, w obcym państwie bez przyjaciół, znajduje pocieszenie w ramionach Struensego (gdyby to nie fakt, iż historia jest autentyczna można byłoby pomyśleć, że autor jest bardzo schematyczny). Cała sztuka polega na tym, że czytając wcale nie ma się poczucia wdzierającego się banału. Przeciwnie - bohaterowie, w swych zachowaniach są wiarygodni i potrafią wzbudzić emocje. Chociaż książka mnie nie porwała to niewątpliwie porusza wiele ciekawych kwestii. Przeszkodą w szybkim jej czytaniu był język, dość specyficzny, chwilami surowy i prosty, oparty na powtórzeniach, momentami rozwlekły. Te eksperymenty językowe autora czkawką mi się zaczęły odbijać gdzieś tak w pierwszej połowie książki.

"Tu stał kiedyś pałac. Tu przyjechała. Była w ciąży. I wiedziała, że to jego dziecko.                                       

      Wszyscy wiedzieli.                

      Jestem w ciąży, powiedziała. I wiemy, że to twoje dziecko."

"Rewolucja przebiegała bez zakłóceń, pióro skrzypiało, potem to wykonywano, a on się kochał z tą dziwną dziewczyną mieniącą się królową Danii. Kochał się, pisał, podpisywał."

Przyznaję, że niektóre (NIEKTÓRE) z tych językowych galimatiasów są całkiem udane, ale nie ma ich wiele (patrz pierwszy cytat).

"Struensee musiał zostać skazany na śmierć, to było jasne. Ale na wszystko kładł się cieniem konstytucyjny dylemat.                                                                                                                                                Dylemat stanowiła angielska kurewka."      

Myślę, że autor zgrabnie podjął wiele problemów, ambitnie postanawiając umieścić wszystkie w tej jednej książce (od uwłaszczenia chłopów poprzez dorastanie i świadomość płciową do problemów wychowawczych, natury władzy, na moralnych wyborach kończąc). Ale tak jak już napisałam, nie można się w "Wizycie królewskiego konsyliarza" po prostu zaczytać, a niektóre momenty książki wręcz nużą.                                                         

Augustpriset 1999

1 ... 51 , 52 , 53 , 54
 
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka