poniedziałek, 02 maja 2011
Klątwa faraonów, Elizabeth Peters

The Curse of the Pharaohs, Elizabeth Peters, Blackstone Audio, Inc, czytane przez Susan O'Malley

 The Curse of the Pharaohs, Elizabeth Peters

"I had invited Lady Harold Carrington and certain of her friends to tea... Do not, gentle reader, be misled by this introductory statement. It is accurate (as my statements always are); but if you expect the tale that follows to be one of pastoral domesticity, enlivened only by gossip about the country gentry, you will be sadly mistaken. Bucolic peace is not my ambience, and the giving of tea parties is by no means my favorite
amusement. In fact, I would prefer to be pursued across the desert by a band of savage Dervishes brandishing spears and howling for my blood. I would rather be chased up a tree by a mad dog, or face a mummy risen from the grave. I would rather be threatened by knives, pistols, poisonous snakes, and the curse of a long-dead king.

Lest I be accused of exaggeration, let me point out that I have had all those experiences, save one. However, Emerson once remarked that if I should encounter a band of Dervishes, five minutes of my nagging would unquestionably inspire even the mildest of them to massacre me."

Tak, moja Amelia, albo polubicie ją od razu, albo znienawidzicie. Jej wszystkowiedząca natura, niezliczone zdolności, zarozumialstwo i wymądrzanie się, nie stanowią bynajmniej cech poszukiwanych u głównej bohaterki. Dla mnie to jedna z najoryginalniejszych wiktoriańskich postaci stworzonych ku uciesze czytelników. Seria z nią w roli głównej stała się dla mnie tzw. comfort reading - taki czytadłem-pewniakiem na złe dni, choć w tym wypadku (audiobook) chyba powinnam powiedzieć "słuchadłem".

Drugi tom o wiele bardziej przypomina już taki standardowy brytyjski kryminał w starym stylu niż pierwszy. Nasza amatorka-lekarz-archeolog i detektyw w jednym udaje się po pięciu latach bycia "przykładną" panią domu i matką, do Egiptu wraz z mężem, który zachowywał się równie grzecznie i przykładnie. Obojgu już znudziły się domowe pielesze, więc gdy w ich progi zawitała lady Baskerville z propozycją przejęcia wykopalisk w Dolinie Królów decyzja zapadła dość szybko, oczywiście nie trzeba dodawać kto ją podjął. Ponieważ mąż owej damy zginął w niewyjaśnionych do końca okolicznościach, oprócz radości grzebania się w piachu, nasza para będzie miała jeszcze możliwość rozwiązania małej zagadki detektywistycznej, przy czym każde z nich próbuje udowodnić sobie na wzajem, że zrobi to szybciej.

Drugi tom przyniósł mi tyle samo radochy co pierwszy, przesycony cynizmem humor połączony z bezwzględnością głównej bohaterki dla głupoty ludzkiej. Amelia postawiona przed wyraźnymi dowodami czyjejś ciemnoty ma śmiałość wziąć sprawy w swoje ręce. Prześmiewcze motywy, postacie z charakterem, wydarzenia osadzone w dziewiętnastowiecznym Egipcie gwarantują dobrą rozrywkę. Co do samej zagadki morderstwa to jest ona dość prosta i czytelnik zbyt szybko może domyśleć się kto stoi za morderstwem. Mam też nadzieję, że w kolejnym tomie autorka przestanie powtarzać pewne motywy (chodzące mumie, tajemnicze postacie w bieli, niewinne dziewice potrzebujące pomocy). Po prostu trzeba przymknąć oko i dobrze się bawić dając się porwać skrzącemu humorem stylowi powieści.

"Emerson is a remarkable person, considering that he is a man. Which is not saying a great deal."

seria: Amelia Peabody tom 2

niedziela, 01 maja 2011
Imiona wielokulturowości, Marian Golka

Imiona wielokulturowości, Mrian Golka, MUZA, Warszawa 2010

Imiona wielokulturowości, Marian Golka 

Marian Golka to znany i zasłużony socjolog, do tego profesor nauk humanistycznych, kierownik Zakładu Socjologii Kultury i Cywilizacji Współczesnej w Instytucie Socjologii UAM. Autor wielu książek z dziedziny - "Socjologia sztuki", "Socjologiczny obraz sztuki", "Bariery w komunikowaniu i społeczeństwo (dez)informacyjne". Jednak nie czujcie się przygnieceni rangą zasług profesora i śmiało sięgajcie po jego "Imiona wielokulturowości". Publikacja początkowo może  odstraszać, ale zapewniam, że warto się wysilić, choć nie mówię, że będzie lekko. Dlaczego warto? Przecież wszyscy żyjemy w świecie niezwykłych wręcz współzależności. Kultura przenika na wskroś wszystkie dziedziny naszego życia, przy czym często nie zdajemy sobie sprawy z istniejących powiązań.

Wielokulturowość nie jest pojęciem nowym, a przez to dość szerokim i rozmytym, można mieć z nią taki sam problem jak z globalizacją. Możemy więc zadać sobie pytanie czy autor nie porywa się z motyką na księżyc. Przede wszystkim Marian Golka stara się cały ten ogrom informacji uporządkować i nadać mu sens. Bierze na warsztat pojęcia metodologiczne, złożoność życia społeczno-kulturowego, posiłkując się problematyką różnicy i całości, próbując scharakteryzować różnokulturowość naszego świata. Na to wszystko składa się spora liczba pojęć, istnieją wymiary różnokulturowości na różnych płaszczyznach - rasowej, językowej, religijnej, pokoleniowej, subkulturalnej, zawodowej, ekonomicznej, płciowej. Tak więc bogactwo i złożoność ludzkiego życia w wymiarze kulturowym jest praktycznie nieskończone. Do tego wszystkiego trzeba wziąć pod uwagę rozpiętość pojmowania owych różnic przez kolejne grupy, niezwykłą rozpiętość relacji międzykulturowych z ich niuansami. Wobec tak szerokiego badanego pola trudno dopatrzyć się tu jakiś ścisłych reguł, nie mówiąc o generalizowaniu. Jak pisze sam autor we wstępie książka jest próbą określenia oblicza różnych przejawów zjawiska wielokulturowości. Doskonale zdaje sobie sprawę, że te wszystkie różnorodne problemy kulturowe nie łatwo jest opisać, dlatego "każde ujęcie jest tylko próbą, i to tymczasową, bowiem we współczesnym świecie zjawiska kulturowe przeobrażają się z zawrotną szybkością".

Oczywiście książka profesora to wielki skrót, ale myślę że absolutnie niezastąpiony przy porządkowaniu szerszej wiedzy. Będzie też stanowiła dla kogoś świetne wprowadzenie w arkana kulturoznawstwa. Na samym końcu mamy jeszcze małą kronikę wielokulturowych przypadków od lat 1996 do 2010, od rewolty plemienia Tutsi na wschodzie Zairu do ogłoszenia przez szwedzkich polityków zamiaru wybudowania muzeum sztuki klasycznej w celu integracji ze społeczeństwem zamieszkujących w dzielnicy emigrantów. Chodź to tylko paręnaście stron skrótowych informacji to po lekturze książki ten swoisty aneks daje do myślenia.

Absolutnie imponująca bibliografia, która pozwoli dociekliwym drążyć dalej i wskaże nowe, godne uwagi lektury. W przypisach znajdziemy nie tylko naszego nieśmiertelnego Malinowskiego czy choćby Platona, ale Kapuścińskiego czy taką Kingę Choszcz ("Moja Afryka").

seria: SPECTRUM

piątek, 29 kwietnia 2011
Atlantyk - Pacyfik, Melchior Wańkowicz

Atlantyk - Pacyfik. W ślady Kolumba, Melchior Wańkowicz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1989

Atlantyk - Pacyfik,Melchior Wańkowicz 

Ponieważ w oddali majaczą powoli wakacje, a moje zainteresowanie Melchiorem Wańkowiczem nie słabnie, oczywistym wyborem stał się "Atlantyk - Pacyfik", pierwszy tom tryptyku "W ślady Kolumba". Co prawda do Ameryki się nie wybieram, ale zbiór felietonów autora ma coś z wakacyjnego posmaku beztroski i radosnego zwiedzania obcych lądów połączonego z wytrwałym poznawaniem różnic kulturowych.

"Trzy książki, które wydaję, powstały z ciągłej włóczęgi. Zamiast osła miałem rozklekotane auto, a zamiast jałmużny - honoraria za odczyty w ogromnym zasięgu lądów Ameryki i Kanady.

Wreszcie te przypadkowe wagabundy uwieńczone zostały celową wyprawą tam i z powrotem: Atlantyk - Pacyfik - Atlantyk (...)

Przyglądając się grubemu rękopisowi po jego ukończeniu, rozumiem, że przez Amerykę prowadziło mnie nieustanne zdumienie człowieka kultury organicznej, może nawet aż rustycznej, który ogląda życie technokratyczne wytwarzające kulturę nieorganiczną. Stąd w książce nieustanny zachwyt, olśnienie i skurcz, i rezerwa."

 Dziennikarz naprawdę dobrze się bawił poznając lepiej nowy kontynent i to da się wyczuć. Do tej tak różnej od nas kultury podchodzi z delikatnym, ironicznym dystansem. Obserwacje autora dotyczą najróżniejszych dziedzin życia - udogodnień dla automobilistów, mocy kart kredytowych, fascynacji Amerykanów samochodami, pogrzebowego biznesu (szokujące i śmieszne jednocześnie). Nie wikła się w ówczesną politykę ale wspomina o ważnych bolączkach kraju, między innymi próbuje przybliżyć czytelnikowi rozmiar i skalę problemu jaki stanowił rasizm.

"Na ankietę w czasie wojny - "Jak ukarać Hitlera?" - murzyńska uczennica odpowiedziała: "pomalować o na czarno i kazać żyć w południowych stanach".

W zależności od stanu, do którego przybywają wraz z żoną, podaje ciekawostki historyczne, typowe problemy, np. plagę mrówek czy hiacyntów. Dużo miejsca poświęca owej "technokratycznej kulturze amerykańskiej". Oczywiście sam autor zdaje sobie sprawę, że jego zdobyta wiedza jest dość pobieżna, zwiedza kolejne stany jakby dysponował co najmniej rakietą, ale przecież, już na początku swej książki zastrzegł sobie, że jest to spis wrażeń, swoistych felietonów.

W ostatniej części książki pisarz opisuje swój czteromiesięczny pobyt w Fundacji Hartforda gdzie oddawał się błogiej pracy pisarskiej i zawiązał znajomość z innymi artystami tam przebywającymi. Swoją drogą cóż to za miła instytucja, która funduje pobyt grupce doświadczonych twórców z dyskretnie podawanymi lunchami, kulturalnymi wycieczkami i zapewnia w pełni wyposażony domek w uroczo położonym kanionie. Przy tym wszystkim nie jest instytucją charytatywną tylko wspierającą pracę artystów.

Charakterystyczny styl pisarza, ciekawe anegdotki, żarciki, małe zdumienia. Do tego "polskie dziedzictwo", które wypływa z tekstu i którego dziennikarz bynajmniej się nie wypiera. Te obecne "polonica" - są wymieniane konkretnie i obecne w nastroju ,bo pisząc o Ameryce Wańkowicz myślał po polsku i o Polakach, no ale taki narodowy bagaż zabiera ze sobą każdy z nas w obce krainy, nawet te oswojone.

środa, 27 kwietnia 2011
Angielski pacjent, Michael Ondaatje

Angielski pacjent (The English Patient), Michael Ondaatje, tłumaczenie Wacław Sadkowski, C&T 2001

 Angielski pacjent, ichael Ondaatje

Dawno nie czytałam książki przez którą dosłownie bym brnęła niczym w gęstym mule rzecznym. Myślę, że popełniłam błąd taktyczny zabierając się w ogóle za polską wersję, ale oryginału nie miałam pod ręką. Już się na pewno domyślacie, że powieść nie zdobyła mojego uznania i szczerze mówiąc miałam ochotę ją odłożyć w diabły. 

 Jak napisano na okładce "to utkana z niedomówień opowieść" i na prawdę trudno się z tym nie zgodzić. Jeśli chodzi o niedopowiedzenia, bezustanne retrospekcje, mieszające się wspomnienia bohaterów ta książka bije na głowę wszystkie jakie dotychczas przeczytałam. Wymaga od czytelnika sporo cierpliwości i uwagi, by w ogóle można się było zorientować "co tu jest grane". Bohaterami są tytułowy pacjent, Hannah - pielęgniarka, Caravaggio - szpieg i złodziej oraz hinduski saper. Ci tak różni od siebie ludzie żyją sobie przez czas jakiś w ruinach opuszczonego, włoskiego klasztoru, który w trakcie wojny był szpitalem. Wszyscy oni przepędzają tam dni na niczym konkretnym, no może poza Hindusem, który pracowicie rozbraja niewypały. Właściwie to wymienioną przeze mnie kobietę pociągają wszyscy trzej mężczyźni, każdy w swój sposób, ale kocha jednego. Owy angielski pacjent jest ciężko poparzonym człowiekiem, który stracił nie tylko naskórek ale twierdzi, że i pamięć, z katastrofy której ocalał ma przy sobie historie Herodota, tylko one łączą go z poprzednim życiem. Caravaggio też jest człowiekiem okaleczonym, zarówno fizycznie jak i duchowo, uzależnionym od morfiny, którą lekką ręką rozdysponowuje Hannah. To dla niej przybył tutaj. Z poparzonym zaprzyjaźnia się jeszcze Kip-saper, ten dla odmiany nie podkrada morfiny tylko mleko skondensowane.

Oczywiście w końcu poznajemy prawdziwą tożsamość pacjenta Hanny i jego tragedię. Mamy więc w powieści dwie historie miłosne, jedną tkwiącą w przeszłości rannego i drugą rozgrywającą sie na naszych oczach. Wszystko opowiedziane bez zbędnego melodramatyzmu ale ze sporą dozą liryzmu.

 Z jednej strony styl autora jest niezwykle liryczny, wyrafinowany, świadczy o znakomitym władaniu językiem, z drugiej strony zdarzały się momenty wręcz toporne, za pewne z winy tłumaczenia. Jednak te subtelności to nie moja bajka, choć pisarz przedstawia temat wojny w dość oryginalny sposób. Autor skupia się na przedstawieniu wojny w odczuciach i doświadczeniach swych bohaterów. Bo przez te ostatnie lata to ona bardzo ich zmieniła i teraz na nowo muszą budować nowe życie i tożsamość. Choć jak widać żadnemu z nich się nie spieszy. Tu nie ma chwały, tylko destrukcja, którą za sobą prowadzi, niszczy związki międzyludzkie i całkowicie unicestwia nie tylko duchowo ale i cieleśnie. Właściwie to najbardziej podobał mi się koniec tej książki i to nie tylko dlatego, że wreszcie ją zakończyłam, ale dlatego, że Odaatje świetnie posłużył się wątkiem bomb atomowych. Saper, który ryzykuje własne życie dla innych, by uratować ich przed śmiertelna eksplozją, który w dodatku nie jest "białym", inaczej odczuwa dwuznaczne moralnie posunięcie Amerykanów, niż reszta bohaterów książki. Ta tragedia milionów Japończyków sprawia, że jego życie brutalnie przyjmuje inny obrót.

Booker Prize 1992

wtorek, 26 kwietnia 2011
Dziennik z getta warszawskiego, Mary Berg

Dziennik z getta warszawskiego, Mary Berg, przełożyła Maria Sałapska, Czytelnik 1983

 Dziennik z getta warszawskiego, Mary Berg

Mary Berg (Miriam Wattenberg) zaczęła pisać swój dziennik w 1939 r., jest to więc dokument historyczny, oddający "na gorąco" ówczesne wojenne realia. Rozpoczyna na oblężeniu Warszawy, ma wtedy 15 lat a już czuje się samotna i stara. Myślę, że prowadzenie codziennych zapisków było dla młodej, zgnębionej dziewczyny swoistym sposobem na oswojenie zupełnie nowej, brutalnej rzeczywistości i jak zwykle w przypadku ofiar Shoah, potrzebą dawania świadectwa. Książka po raz pierwszy ukazała się po angielsku w Ameryce, w 1945 r. i była jednym z pierwszych świadectw Zagłady dokonywanej w Polsce na Żydach.

Mary Berg była córką cenionego antykwariusza z Łodzi, znawcy malarstwa polskiego. Po konfiskacie majątku w rodzinnym mieście rodzina przenosi się do Warszawy, jednak i tu warunki pogarszają się z każdym dniem, rosną ograniczenia nakładane na naród żydowski. Po zamieszkaniu w getcie dziewczyna nie oddawała się rozpaczy, tylko starała się aktywnie spędzać swój czas. Była członkinią Łódzkiego Zespołu Artystycznego - ŁZA, chodziła na kursy rysunku i architektury, pracowała w różnych organizacjach samopomocy. Jej szerokie grono znajomych i zmysł obserwacji sprawiają, że była doskonale zorientowana nie tylko w warunkach panujących w getcie, ale w stosunkach społeczno-politycznych. Pisząc autorka podaje naprawdę wiele konkretnych i ciekawych informacji. Począwszy od życia artystyczno-kawiarnianego, poprzez działania żydowskiej policji, kursy zawodowe dla młodzieży do cieszących się niezwykłą popularnością programów komicznych i skeczów. Parę zdań o eksporcie towarów z getta (papierosy, likiery, biżuteria), chemikach produkujących lekarstwa czy problemach związanych z pogrzebami, bo nawet "przenosiny na tamten świat nie są łatwe". To całkiem sporo jak na możliwości piętnastoletniej dziewczyny. 

Ze względu na amerykańskie obywatelstwo matki Mary rodzina miała szczęście i została internowana na Pawiaku w 1942 r., czyli dosłownie na kilka dni przed masowymi wywozami do Treblinki i zmniejszeniem przez Niemców obszaru getta. Następnie wywieziono ich do obozu dla uchodźców we Francji, gdzie zostali wymienieni na jeńców wojennych. Na Pawiaku autorka kontynnuje swoje zapiski opierając się na relacjach świadków przenoszonych do więzienia i obserwacjach z okien, z których było widać masowe egzekucje i deportacje.

Dziennik pisany jest językiem prostym, jasnym i czytelnym. Autorka raczej mało miejsca poświęca na dywagowanie na temat własnej duszy, skupiając się na wydarzeniach dnia codziennego, uchwyceniu chwili, oddaniu tragedii innych. Oczywiście nie obce są pisarce wyrzuty sumienia, smutek, wątpliwości moralne - lecz to wszystko zawiera się w samym tonie, doborze słów. Większość informacji podanych jest w sposób klarowny, treściwy i krótki. Bez zbędnych sentymentów. Mary Berg często pozwala sobie na ton ironii, kpiny, jest w końcu młodą dziewczyną, która chce po prostu przeżyć.  Myślę, że tę pozycję docenią miłośnicy faktów zbieranych na bieżąco. Ja z tej publikacji dowiedziałam się wielu nowych rzeczy, podanych jest wiele informacji pominiętych przez innych autorów dzienników i wspomnień.

niedziela, 24 kwietnia 2011
1Q84 tom 2, Haruki Murakami

1Q84, Haruki Murakami, przełożyła Anna Zielińska-Elliot, MUZA, Warszawa 2011

 1Q84 tom2, Haruki Murakami

Po w miarę pozytywnych wrażeniach wyniesionych z pierwszego tomu "1Q84", na to samo miałam nadzieję w drugim. Tymczasem następna część całkowicie mnie zniechęciła do twórczości Harukiego Murakamiego, przynajmniej na razie. 

 W drugim tomie swej powieści autor rozwija swoją teorię równoległych światów, do tego coraz mniej tajemnic się przed nami kryje. Tengo poznaje konsekwencje współtworzenia z Fukaeri "Powietrznej poczwarki", i nie są to bynajmniej problemy jakich się spodziewał. Dość powiedzieć, że ludzie z jego otoczenia znikają, umierają, tracą siły witalne. Kolejna bohaterka - Aomame powoli przygotowywuje się do wypełnienia swej najtrudniejszej skrytobójczej misji w życiu. Wiele osób zostaje "utraconych" dla naszych głównych bohaterów i poczucie osaczenia stale rośnie. Co jak co, ale pisarzowi udało się odtworzyć stale rosnące poczucie zagrożenia, czytelnik wie, że w pobliżu czai się coś niepokojącego, niezidentyfikowanego, ale nie porównałabym tej powieści to thrillera. Widzimy jaka niezwykła więź łączy Aomame i Tengo, którzy dopiero teraz zaczęli zdawać sobie z tego sprawę. Zupełnie jakby ocknęli się z dłuższego snu i ujrzeli siebie samych na nowo, a właściwie to wspomnienia o sobie nawzajem, ponieważ nie widzieli się od ponad dwudziestu lat. Po spotkaniu naszej dzielnej morderczyni i Lidera książka traci dla mnie rozmach i początkowy impakt. Murakami zaczyna wdawać się w bardzo długie i zawiłe wyjaśnienia dotyczące Little People, receiverów, perceiverów, mother, daughter itd. To jest ten moment kiedy napięcie opada i powieść robi się po prostu nudna, przepełniona teoriami - groch z kapustą w moim odczuciu.

Myślę, że książkę spokojnie można skrócić o połowę, jak nie więcej. Mamy szczegółowo opisane co kto zjadł, jak bardzo się spocił, w co się przebrał - strata czasu. Do tego autor wciąż powtarza już wcześniej podane informacje o bohaterach, elementy ich życiorysów. To wszystko sprawia, że nie mogę drugiego tomu zaliczyć do udanych spotkań z literaturą, cóż, teraz wszystko zależy od trzeciego.

piątek, 22 kwietnia 2011
Pokuta, Ian McEwan

Pokuta (Atonement), Ian McEwan, tłumaczył Jan Szulc, Albatros

 Pokuta,Ian McEwan

Tyle już o tej "Pokucie" słyszałam przeróżnych opinii, a produkował je każdy kto przeczytał książkę czy obejrzał film, i teraz gdy cały ten hałas już ustał, zrobiłam moje własne, skromne podejście do powieści. Zaskoczyło mnie to, że czytało mi się ją bardzo dobrze, jak już odcięłam się od całego kramu opinii innych. Powieść wywarła na mnie pozytywne wrażenie, zwłaszcza jeżeli pomyślę sobie że "Amsterdam" nie zrobił na mnie takiego wrażenia, nie doceniłam drzemiących w niej możliwości.

Przenosimy się na angielską wieś przed wojną, gdzie kucharki przygotowują nam obiad, służące sprzątają, biblioteka jest solidnie zaopatrzona w stare woluminy i zawsze znajdzie się ktoś kto zrobi nam dobrego drinka. Starsze dzieci przyjechały do domu na wakacje, młodsze harcują na basenie. Ogrodnik w pocie czoła dba o rabaty kwiatowe. Nostalgiczne życie na wsi pełną, arystokratyczną gębą. W tych warunkach wzrasta przyszła powieściopisarka - Briony, która już teraz żyje w świecie własnych urojeń i marzeń. Mimo swych 13 lat łaknie wszelkiej wiedzy, powoli zdając sobie sprawę, że same słowniki jej tego nie zapewnią. Chce być więc jak najbliżej prawdziwego życia dorosłych, obserwuje, wtrąca się we wszystko i szpieguje. Mała pedantka chce sama kierować rzeczywistością.

W tej części książki poznajemy myśli i wydarzenia z perspektywy większości bohaterów, mamy szansę wniknąć w ich umysły, poznać pobieżnie ich charaktery. W trakcie jednej doby zmieni się życie całej rodziny Tallisów i Robbiego Turnera. Widzimy jak życie pulsuje w każdym z bohaterów, którzy mają swoje ambicje i nadzieje na przyszłość. Niesłuszne oskarżenie małej Briony niszczy przyszłość jednego z nich, niewinny człowiek trafia do więzienia a sprawa jest już dalej rozdmuchiwana nie tylko przez dziecko.

 Dla drugiej i trzeciej części tłem jest już druga wojna światowa z szeregowym Robbim Turnerem przemierzającym ziemię francuską. Młodzieniec pragnie tylko przeżyć, by powrócić do ukochanej Cecylii, która obiecała na niego czekać. Czyli romantyczna miłość dwojga młodych kontra okropieństwa wojenne. Patos i heroizm na bok, Robbie jest zwykłym człowiekiem uwikłanym w wojenne, bezlitosne tryby, który za wszelką cenę próbuje przetrwać to piekło.

W ostatnich dwóch częściach poznajemy lepiej samą Briony, która gryziona wyrzutami sumienia próbuje odkupić swe winy. Zostaje pielęgniarką jak jej starsza siostra i próbuje odnaleźć się w ograniczonym świecie szpitalnych łóżek i wszechwładnej siostry przełożonej. Ostatecznie akcja kończy się w 1999 r. kiedy siedemdziesięcioletnia już Briony jest u kresu swego życia i zakończyła swe może największe dzieło - powieść, która ma być formą odkupienia, przedstawiająca losy nieszczęśliwych kochanków. Jednak nie wiemy czy uda jej się ostatecznie opublikować książkę, nie wiemy też czy kiedykolwiek zostaną odkupione jej winy. I tak sobie biedna duszyczka pokutuje.

Podsumowywując mamy tu dojrzewanie i niedojrzałość, miłość ponad społeczne podziały, rozstanie kochanków, wojnę i rozłąkę zakochanych, zwichniętą młodość, zawiedzione ambicje i ową pokutę. Wszystko połączone z delikatną penetracją ludzkiej psychiki. Całkiem nieźle.

środa, 20 kwietnia 2011
Paragraf 22, Joseph Heller

Paragraf 22 (Catch 22), Joseph Heller, Wydawnictwo Albatros 2008

 Paragraf 22, Joseph Heller

"Paragraf 22" poleciło mi kilka osób, więc tym chętniej sięgnęłam po książkę. Właściwie to nie wiem co sobie wyobrażałam na jej temat, dość powiedzieć, że jej bohaterowie mnie zaskoczyli. To istny zbiór szaleńców, typów nieprzystosowanych, wariatów, ale, ale, może to wojna uczyniła ich takimi?

"Ludzie dostali szału i dostawali za to medale."

Mamy gorący okres drugiej wojny światowej, rok 1944. Jednostka Sił Powietrznych Armii Stanów Zjednoczonych stacjonująca na zachodzie Włoch, do której trafił główny bohater, to świat oderwany od rzeczywistości, rządzący się własnymi prawami. Teoretycznie by żołnierz został zwolniony ze służby musi odbębnić odpowiednią ilość nalotów, których obecna liczba to 50. Jednak dowódca w każdej chwili może zwiększyć tą ilość, powody do takiej decyzji mogą być bardzo różne, ale najczęściej są dość absurdalne i błahe. Jednak szeregowcom nie wolno się przecież zbuntować, muszą wypełniać rozkazy, a za niesubordynacje mogą zostać postawieni przed sąd polowy. Według mistycznego paragrafu 22:

 "Był więc tylko jeden kruczek - paragraf 22 - który stwierdzał, że troska o własne życie w obliczu realnego i bezpośredniego zagrożenia jest dowodem zdrowia psychicznego."

Czyli nici z udawania wariata, więc każdy z żołnierzy lata codziennie do dowódcy w nadziei, że go odwołają nim liczba nalotów wzrośnie. Trzeba jeszcze wziąć pod uwagę, że pojedyncze akcje nie mają znowu tak wielkiego znaczenia strategicznego i Amerykańscy wojacy są traktowani jak mięso armatnie. Nic dziwnego, że zachowanie niektórych z nich zaczyna, delikatnie mówiąc, odbiegać od normy.

Powieść jest przesycona czarnym humorem i spowijają ją opary absurdu, który ograbia wojnę z całego jej patosu oraz żołnierskiego heroizmu. Niezłym kontr porównaniem może tu być "Dywizjon 303" - zupełnie inna bajka. U Hellera bohaterowie najczęściej tylko  kombinują jak tu wylądować w szpitalu gdzie "nie mogli zapanować nad śmiercią, ale z pewnością narzucali jej normy przyzwoitego zachowania. Nauczyli ją dobrych manier."

Krytyka zbiurokratyzowania wojny i podporządkowania zindywidualizowanych istnień ludzkich pod śmieszne paragrafy. Koncepcja Hellera przypomina trochę "Proces" Kafki. Yossarian, który zdaje sobie sprawę, że owy tytułowy przepis nie istnieje musi pogodzić się z tym, że ponieważ wszyscy w niego wierzą i stosują nie da się go obejść ani tym bardziej zlikwidować, bo przecież nie ma czego likwidować. Do tego wszystkiego cielesny horror zaserwowany czytelnikowi w niektórych akapitach. Ranny młody żołnierz opisany jest brutalnie i bez żadnej żenady, to najczystsza groza pozbawiona jakichkolwiek duchowych złudzeń. Tu nie ma miejsca na męstwo i bohaterstwo pozbawione ciała, bohaterowie powieści są z krwi i kości, umierają w okrutny sposób. Gnębią tu nas jeszcze pytania o moralność, patriotyzm, dobro jednostki czy grupy oraz nieokiełznaną chciwość i jej wszystkie możliwe konsekwencje.

Absurd goni absurd. Dodatkowego smaczku powieści dodaje fakt, iż jej autor był bombardierem w trakcie wojny, to też daje do myślenia.

Parę złotych myśli:

 "Dawniej bardzo mnie podniecało ratowanie ludziom życia. Teraz zastanawiam się, po cholerę ja to robię, skoro oni i tak muszą umrzeć."

"Byli tępi; samopoczucie mieli znakomite. Cieszyli się, że zdążyli jeszcze na wojnę i że będą mogli poznać smak walki."

"To był cud. Bez większego trudu można było przekształcić występek w cnotę, oszczerstwo w prawdę, impotencję w abstynencję, bezczelność w skromność, rabunek w filantropię, złodziejstwo w zaszczyt, bluźnierstwo w mądrość, brutalność w patriotyzm i sadyzm w wymiar sprawiedliwości. Każdy mógł to zrobić; rzecz nie wymagała specjalnych zdolności. Wystarczyło nie mieć charakteru."

"Generał był przeciwny małżeństwu swojej córki z pułkownikiem Moodusem, ponieważ nie lubił chodzić na śluby."

wtorek, 19 kwietnia 2011
Kiełkowanie

"Najpierw był embrion.

Potem było w łonie matki zamknięte pulsujące życie.

Wreszcie był dziecinny pokój - świat nie do ogarnięcia w całym swoim ogromie, całej niespożytej różnorakości. Dla opanowania tego pokoju przebyć dopiero trzeba było całe epoki poprzez rozróżnianie poszczególnych sprzętów.

Nim się ogarnęło dziw nad dziwy - kończenie się miękkości dywanu i poczynanie się twardości podłogi, uchylanie się jednego, z lekka poznanego świata i ukazywanie się drugiego, absolutnie nierozpoznawalnego, którym było wnętrze szafy po rozwarciu się drzwi, nim się opanowało wstrząs, jakim jest odbicie w lustrze, i zupełnie przechodzące pojęcie zjawisko szyby, po której z tamtej strony łazi mucha - dumną opoką, z której szły te wspaniałe podboje, było głębokie łóżeczko, kolebusia, obciągnięta kretonem, mieszcząca w sobie zasiedziałe sprawy: kołderkę, przyjemnym ciepłem podpełzającym pod brodę, ściankę kolebusi, łaskawym cieniem wstającym między oczkami zapuchającymi na sen i dalekim mżeniem nieznanej lampy, sztucznego kota z obćmoktanym ogonem.

To łóżeczko - ląd stały, prowincja pierwsza, z którego powstaje imperium życia, brama wypadowa na awanturę świata zewnętrznego - pozostaje przez długie lata dziecinne czymś mającym znaczenie nadnaturalne. Jeśli w tym czymś nadnaturalnym zdarzy się jakiś ewenement, jest on przyjmowany z maksimum wzburzenia: takim jest zasiusianie prześcieradła, kiedy się już wyawansowało do wysadzania na nocniczek, wetknięcie się nagle psiej głowy w siatkę, wtargnięcie konika polnego, spadnięcie w nocy poduszki na podłogę. Bezradność dramatycznego powiadamiania Mamy, śpiącej obok: "Mama - paduśka zgubiła się", jest równie alarmistyczna, jak na przykład byłby pewnego dnia komunikat, że znikły kopalnie węgla i już odtąd będzie zimno."*

Ziele na kraterze, Melchior Wańkowicz, Wydawnictwto Naukowe PWN, Warszawa 1993

Ziele na kraterze, Melchior Wańkowicz

poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Ziele na kraterze, Melchior Wańkowicz

Ziele na kraterze, Melchior Wańkowicz, Wydawnictwto Naukowe PWN, Warszawa 1993

Ziele na kraterze, Melchior Wańkowicz 

Odkrywam Wańkowicza na nowo i postanowiłam ponownie przeczytać jego "Ziele na kraterze". Cóż mogę napisać poza tym, że jestem bezkrytycznie zachwycona. Jak nie podziwiać kogoś kto w tak całkowicie niezwykły sposób umie opisać swoją rodzinę. Pamiętamy, że mamy tu do czynienia z mężczyzną, dziennikarzem, wojennym korespondentem dowcipnisiem, który nie uznaje zbytnich sentymentów. A jednak ten styl, dobór słów, którymi przedstawia czytelnikowi swe dorastające córki, jest niezwykły i jedyny w swoim rodzaju. Ach, umieć tak pisać! Przy bogactwie językowym autora moja recenzyjka wydaje mi się tak potwornie uboga i "niedorobiona". Dziennikarz dzieli się z nami rodzinnymi wspomnieniami i czyni to bez patosu, zbytniego sentymentalizmu i całego tego "tiu, tiu".

Pierwsza córka, Krystyna - wieczny Pyton, przychodzi na świat w 1919 r., w niecałe dwa lata później Marta - Tirliporek potworek. Jedna skryta, poważna, druga dowcipna, rozgadana i psotna. W tej urokliwej części mamy opisy zabaw jakie serwował tato córkom w pociąg z przesiadkami w Kłujewie i Szczypinie. Opisuje ważną rolę baj i opowieści, w tym wręcz terapeutyczną Sierotkę Marysię. Rodzinne wycieczki kajakiem Kuwaką, wyjazdy do Jodanowa, trudy ścieżki edukacyjnej czy wreszcie powstanie Domeczku - rodzinnej przystani. Wiele zdradza nam pisarz o samym sobie, swojej młodości oraz o żonie, Króliku tej mamie-pocieszycielce. Mamy więc też echa pierwszej wojny światowej czy rusyfikacji w polskich szkołach. I wszystko to napisane z humorem, w gawędziarskim stylu, mnożą się żarty, kpinki i dykteryjki.

Książka jest taką swoistą mieszaniną stylów i znajdziemy tu nie tylko teksty autora "Bitwy pod Monte Cassino" ale i jego córki Marty.

„Ojciec dał nam smak życia, łapczywość na dźwięk, barwę, smak, zapach. Konspirując przed ciotkami, a nawet czasami chwilowo przed mamusią, ojciec nawiedzał z nami jakieś szyneczki, zabawy podmiejskie. Był czasem zaambarasowany naszym soczystym słownikiem, ale sądzę, ze mało która z moich rówieśniczek w Polsce zna tak dobrze język polski z jego grającą gamą cieni, z jego slangiem ulicznym, gwarą chłopską, żargonem polsko-żydowskim, wszystkimi wibracjami góralskimi, kresowymi i kaszubskimi”. 

Jak to u Wańkowicza, język jest barwny, kwitnący przeróżnymi polskimi powiedzonkami, polszczyzna wysokiej próby. Styl tak bardzo zindywidualizowany, klarowny.

W tej rodzinnej opowieści cykl życia jaki zatoczył koło nadaje treści formę. Od narodzin i wzrastania ku śmierci i ponownym narodzinom. Tragedia matek, które straciły swe dzieci w powstaniu warszawskim robi piorunujące wrażenie, jak sobie do tego pomyślę, że autora "Na tropach Smętka" nie było wtedy w Polsce a potrafił oddać ten nastrój, te mroczne chwile i ogrom przygniatającego nieszczęścia.

"Gdzież i jak było szukać, jak i gdzie jeszcze kopać w milczącej ziemi? Odpływała fala matek, które znalazły i pochowały pomordowane dzieci. Tym samotniejsze te, które szukają. Na Skorupki dzień w dzień wynędzniała kobieta prymitywnymi narzędziami odwala ruiny domu. W Ogrodzie Krasińskich blondyna ze śladami piękności, dosyć starannie ubrana, mówi z pogodnym uśmiechem, że już zebrała wszystkie części syna, tylko jeszcze nie może znaleźć głowy. Ludzie pierzchają od tego uśmiechu."

Książkę kończy list Tili do matki, który napisała zaraz po urodzeniu swej pierwszej córeczki. W tych słowach jest pocieszenie dla rodziców strapionych niewyobrażalną stratą dziecka i wizja szczęśliwej przyszłości, która z czasem znów nadejdzie.

Myślę, że czytając "Ziele na kraterze" każdy znajdzie wiele tych niezwykle pięknych i ulotnych momentów rodzinnych, które sam przeżył. Bezradność rodzica wobec śmierci własnego dziecka jest  tak samo rozpaczliwa mimo odmiennych warunków i powodów tragedii. To osobisty hołd Melchiora Wańkowicza dla rodziny, jej małych radości, ogromnych żalów, mocnych więzi, ulotnych wspominek.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka