sobota, 21 maja 2011
Wyznawcy. Jak Ameryka dała się naciągnąć Bernardowi Madoffowi na 5 miliardów dolarów, Adam LeBor

Wyznawcy. Jak Ameryka dała się naciągnąć Bernardowi Madoffowi na 5 miliardów dolarów (The Believers. How America Fell for Bernard Madoff's $65 Bilion Investment Scam), Adam LeBor, przełożył Antoni Górny, MUZA, Warszawa 2011

 Wyznawcy, Adam LeBor

Tak, wiem, okładka jest fatalna, a tytuł sensacyjny, dlatego ze zdziwieniem skonstatowałam, że książkę LeBora czyta mi się przyjemnie. To pewnie dlatego, że publikacja ma zupełnie inny charakter niż myślałam, że będzie miała. Pierwszym miłym zaskoczeniem były liczne odwołania autora do historii, te mnie od razu ujęły. Nie jest to więc krótkie, sensacyjne dziełko traktujące o oszuście finansowym, ale znacznie bardziej wnikliwe studium poświęcone Madoffowi i chciwości.

Bernard Madoff, z pochodzenia Żyd, zamieszkały w Ameryce, jest twórcą funduszu, który przez całe lata przynosił równomierne zyski jego udziałowcom. Mimo znacznych wahań rynku, koniunktury, czy innych problemów, jego firma zawsze przysyłała swoim klientom optymistyczne wyciągi z ich kąt. Przez te kilka lat do grona inwestorów dołączyli sławni i bogaci, i mówimy tu o miliardach dolarów czyli sumach przekraczających możliwości normalnego śmiertelnika. Inwestorzy licznych przedsiębiorstw, przedstawiciele wpływowych organizacji charytatywnych, bliscy przyjaciele samego Madoffa i ich dalsi znajomi wpompowywali w piramidę finansową spryciarza ogromne pieniądze. Jak to się stało, że przez tak długi okres czasu nikt nie dostrzegł oszustwa na taką skalę, co z wszelkimi kontrolami, jak udało mu się oszukać tylu ludzi? Co z jego kolegami po fachu, ślepi byli czy co? Na te pytania stara się odpowiedzieć LeBor, dodając kolejne - o naturze ludzkiej, poczuciu bezpieczeństwa, idei chciwości.

Wierzcie mi, jeśli chodzi o reguły gry na giełdzie to jestem zielona, Wall Street to dla mnie ciemna magia, ale dziennikarzowi udało się wytłumaczyć w dość jasny sposób (choć nie mówię, że jest lekko) na czym polegały finansowe machlojki sprytnego chciwca. Śledzimy więc kolejne kroki naszego głównego bohatera, edukację, rozwój firmy na rynku, zdobywanie kolejnych klientów, wkupywanie się majątkiem w łaski innych bogaczy, stopniowe zdobywanie zaufania określonych grup społecznych. Można powiedzieć, że ten krętacz wkręcił się w towarzystwo starych rodzin żydowskich, zawiązał przyjaźnie , a potem wszystkich wykorzystał. Autor pisze o żądzy zysku ale i o poczuciu odpowiedzialności za decyzje inwestorów. Mamy też kawałek historii i rozwoju giełdy oraz zbliżenie małych zamkniętych, bogatych społeczności. W poczet takiego grona wcale nie jest łatwo się dostać i same pieniądze na opłacenie członkostwa w country clubie może nie wystarczyć. Bardzo mi się podobały rozsiane po książce ciekawostki historyczne, np. te o country clubach, zamkniętych warowniach z luskusowymi polami golfowymi  i lunchami za niebotyczne ceny.

LeBor w bradzo interesujący sposób przedstawia poczynania Madoffa, nie zanudza czytelnika i przy okazji przedstawia nam jak bardzo świat się zmienił w ciągu ostatnich lat XX wieku. Powoli odszedł w zapomnienie stary świat finansjery z jego koneksjami, dobrym urodzeniem, niezwykłą elitarnością, a pojawił się ten nowocześniejszy, dużo bardziej dynamiczny i bardziej otwarty, ale też i bezosobowy. Tworzenie sieci zależności, na których opierał się później tytułowy oskarżony wcale nie było takie proste. Najtrudniej jest mi zrozumieć jak w ten sposób mógł zrujnować najbliższych przyjaciół. Do tego dowiadujemy się, że kolektywne manie i złudzenia wcale nie odeszły w przeszłość, są niezmiennym elementem ludzkiej historii.

czwartek, 19 maja 2011
Wojna i pokój, Lew Tołstoj

Wojna i pokój, Lew Tołstoj, PIW, 1984

 Wojna i pokój, Lew Tołstoj

Zdopingowana przez kochającą powieści historyczne babcię, "Wojnę i pokój" przeczytałam już dawno, dawno temu. Teraz, po latach dopatrzyłam się w niej paru motywów i symboli, których oczywiście wcześniej nie miałam szans zauważyć, no i nie czytałam już dla poznania samej treści. To co rzuciło mi się od razu w oczy to nieskończone pokłady ironii rosyjskiego pisarza i jego dystansu. Nie raz czytając któryś z tomów uśmiechałam się do siebie pod nosem, nie chodzi tu o jakieś otwarte żarty ze strony autora, ale delikatną ironię tkwiącą w treści, subtelnym komizmie sytuacji, ledwo uchwytnym w wypowiedziach bohaterów.

Tołstoj zainspirowany historią swych dziadków stworzył historię dość skomplikowaną i niezwykle złożoną, przy czym nie będę tu przedstawiać wszystkich czterech tomów, a poprzestanę na dość chaotycznych rozważaniach własnych (uwaga liczne spojlery).

Pierre Bezuchow to chyba najgłupsza książkowa postać z jaką miałam ostatnio do czynienia. Autor traktuje go z wyraźnym pobłażaniem i ironią, przynajmniej ja to tak odebrałam. Z jednej strony dorosły mężczyzna, z drugiej kompletny naiwniak, który pojęcia nie ma co się wokół niego dzieje. Nagłą zmianę swej pozycji w świecie przyjmuje z oszołomieniem, biorąc wszystko za dobrą monetę i tak przez trzy tomy co najmniej. Jakoś nie zauważa, że majątek który otrzymał w spadku predestynuje go do roli człowieka obytego, podziwianego, kochanego et cetera, podczas gdy wcześniej postrzegano go jako salonowego nudziarza. Ten boży prostaczek pełen jest jednak zapału i z zatrważającym zapałem poszukuje jakiegoś celu w życiu. Nie znajdzie go bynajmniej w pierwszym małżeństwie, działalności masonerskiej ani reformach socjalnych, jego morderczym planom zabójstwa Napoleona też brakuje planu i rozwagi, zresztą i tak zbacza gdzieś po drodze.

Natasza Rostowa dorównuje poziomem inteligencji Pierrowi i od początku wierzyłam, że są dla siebie stworzeni. Gdy księżniczka Maria pyta się naszego nierozgarniętego bohatera, jaka jest przyszła narzeczona jej brata, ten melancholijnie odpowiada, że "nie raczy być rozumna" - no jak dla mnie bomba. Jest co prawda czarująca, ale nie wiadomo dlaczego. I ja tą opinię naprawdę popieram, przez całą prawie powieść tylu bohaterów uważa Nataszę za absolutnie niezwykłą i ujmującą, nie wiadomo dlaczego. Rozpala w mężczyznach żar, inspiruje uśmiechając się szelmowsko i zachowując w dużej mierze jak dziecko, taka swawolna i wolna dusza rosyjska. Jednak nawet ta bohaterka dorasta, bardzo tyje i znajduje sens życia w macierzyństwie (to, że sama doglądała dzieci świadczy o niezwykłym poświęceniu i miłości do nich, w końcu od tego były bony i takie tam) oraz byciu przykładną żoną. No cóż, to jednak pisał facet w XIX wieku, "Anna Karenina" będzie później.

Andriej Bołkoński jest przyjacielem Pierra i jego całkowitym przeciwieństwem, zimny cyniczny, skryty w sobie - typ mroczny. To człowiek rozgarnięty i inteligentny choć nie na tyle by zauważyć, że pakuje się w kolejne nieudane małżeństwo. Oświadcza się oczywiście Nataszy, która swoją prostotą, naiwną radością i brakiem wykształcenia przypomina jego pierwszą żonę, ulubienicę petersburskiego towarzystwa. Facet był chyba kompletnie ślepy albo co, tak zrzędził na pierwszy mariaż a lezie w drugi podobny. Obie panie są pełne życia, kokieterii i charakterystycznej pustoty salonowej. No jednak dalej widzimy, ze nie są sobie pisani. Tołstoj lubi pokazywać jak te ludzkie losy lubią się plątać i oddziaływać na siebie.

Obraz społeczeństwa rosyjskiego jest tu niezwykle wyczerpujący, dlatego powieść może stanowić cenne źródło wiedzy dla miłośników XIX wieku i Rosji. Znajdziemy tu wszystko - od pierwszego balu debiutującej młodej damy do opisów batalii, płonącej Moskwy czy masonerskich misteriów wtajemniczenia. I wszystko to z wrzącymi, ludzkimi uczuciami, które kipią w powieści.

To co mi się podobało to podejście pisarza do historii, jego mini wykłady dotyczące tej dziedziny i barwne porównania. Choć wydaje mi się, że to właśnie one mogą wytrącić niektórych czytelników z fabuły i znudzić. Mnie one bynajmniej nie przeszkadzały, zwłaszcza gdy już dosyć miałam niektórych bohaterów.  Oj igra sobie Tołstoj z losami swych postaci, dając im doświadczyć w życiu wielu różnorodnych uczuć i wydarzeń. Każde z nich targane jest przez wichry ogromnej siły nie do opanowania przez jednostki, ale też każdy może dokonywać w swoim życiu różnych wyborów i w jakimś sensie decydować o swojej przyszłości. Historia jest tu wzburzonym morzem dla jednostek, które muszą pamiętać, że szczęście ich bliskich zależy tylko od nich samych. Po tych wszystkich wzlotach i upadkach Tołstoj serwuje nam taki zawodzący (mnie przynajmniej) happy end, choć może ze znakiem zapytania, bo w końcu kto może wiedzieć co kryje przyszłość? To, że nasze rosyjskie rodziny znalazły szczęśliwe przystanie nie przeświadcza o przyszłości ich dzieci. Skoro już jestem przy tym temacie to podobało mi się jeszcze poprowadzenie przez autora "Wojny i pokoju" motywu przywództwa i ukazanie tzw. liderów. Poprzez odpowednie operowanie fabułą widzimy, że ci carowie czy tam inni dyktatorzy, to najzwyklejsi ludzie w świecie, którzy nie mają nawet takiej siły jak im się wydaje. Mikołaj Rostow wielbi Aleksandra by potem się przekonać, że to zwykły człowiek. Ba, pisarz idzie dalej i pokazuje nam spłoszone towarzystwo na balu gdzie wizytę zapowiedział car, prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero po jego wyjściu, ponieważ wszyscy ludzie byli bardziej przestraszeni samą ideą wielkiego władcy niż człowiekiem. Napoleon przy bliższym poznaniu to już w ogóle wypada fatalnie. Dalej, wspaniali mężowie stanu są nimi często, przez serię małych powiązanych ze sobą przypadków, nad którymi wcale nie panowali. Przeciwnie jak twierdzi Tołstoj, Napoleon palnął niejedną głupotę, ale warunki mu sprzyjały i przejął władzę we Francji. Kolejne łańcuchy przyczynowo-skutkowe, które nie mogą być rozpatrywane odzielnie tworzą właśnie skomplikowaną historię naszej rzeczywistości.

środa, 18 maja 2011
Książki o II wojnie światowej

W tej liście zawarłam linki do recenzji zarówno książek historycznych jak i powieści, wszystkich związanych z tematyką drugiej wojny światowej.

powieści:

"Popiół i diament" Jerzy Andrzejewski

"Skrzypce z Auschwitz" Maria Angels Anglada

"Tworki" Marek Bieńczyk

"Paragraf 22" Joseph Heller

"Los utracony" Imre Kertesz

"Pokuta" Ian McEwan

"Angielski pacjent" Michael Odaatje

"Iskra życia" Erich Maria Remarque

"Dziewczęta z Szanghaju" Lisa See

"Dzień" Elie Wiesel

"Noc" Elie Wiesel

wspomnienia, dzienniki, pamiętniki:

"Zima o poranku" Janina Bauman

"Dziennik z getta warszawskiego" Mary Berg

 "Czarne sezony" Michał Głowiński

 "Ziele na kraterze" Melchior Wańkowicz

"Dzieci żydowskie oskarżają"

książki historyczne:

"Tajna historia podstępu w czasie drugiej wojny" Jean Deuve

"I była miłość w getcie" Marek Edelman

"I była dzielnica żydowska w Warszawie" Marek Edelman, Władysław Bartoszewski

"Bitwa o Monte Cassino" Melchior Wańkowicz

poniedziałek, 16 maja 2011
Iskra życia, Erich Maria Remarque

Iskra życia (Der Funke Leben), Erich Maria Remarque, Rebis, 2010

 Iskra życia, Erich Maria Remarque

Ostatnio swoją recenzją "Łuku triumfalnego" kornwalia przypomniała mi o twórczości Ericha Remarque. Czytałam tylko jedną powieść autora - "Na zachodzie bez zmian" i byłam pod jej ogromnym wrażeniem, teraz sięgnęłam po "Iskrę życia" i mam poczucie, że owo wrażenie sprzed lat właśnie się odnowiło.

Pisarz nigdy nie był w obozie, a swoją książkę zaczął pisać już w Ameryce, opierał się w znacznej mierze na wspomnieniach ocalałych z Holocaustu świadków, materiałach które zebrał. Podziwiam autora, który niedoświadczywszy takich wydarzeń umiał o nich napisać w tak przejmujący sposób. Akcja "Iskry życia" rozpoczyna się w 1945 r. , w niemieckim obozie koncentracyjnym, w Mellern. Ta książka to swoiste studium obozowego życia, naszym przewodnikiem jest kościotrup numer 509. To człowiek, który zatracił swoją osobowość, tożsamość, przeszłe życie, myśli o sobie jak o numerze, ponieważ "nazwisko jest szyldem innego życia", które nie jest już jego udziałem. Dlatego też dopiero pod koniec książki dowiadujemy się kim był z zawodu, jakie miał poglądy polityczne. Przebywa obecnie w małym obozie, gdzie trafiają tak zwani weterani, jednostki nie nadające się już do pracy, schorowane, zagłodzone, czekające na powoli zbliżającą się śmierć.

"509 bił rekordy w utrzymywaniu się przy życiu".

Beznadziejną monotonię życia obozowego przerywa nalot aliantów, którzy ostrzeliwują pobliskie miasteczko, płonąca wieża kościoła staje się dla więźniów momentem przełomowym, w którym budzą się do ponownej walki o życie, na ich czele staje 509 - "potrzebujemy żarcia, nie chcemy umrzeć z głodu", jak słusznie zauważa. To proste stwierdzenie sprawia, że on i jego przyjaciele po raz pierwszy zaczynają kombinować chcąc przechytrzyć nazistów. Dochodzi do tego, że zastraszeni,prawie zagłodzeni na śmierć więźniowie kantują nazistów jak tylko mogą by po prostu przetrwać.

Kolejną ważną postacią jest tu komendant obozu, z jago perspektywy też oglądamy rzeczywistość. Jego wypowiedzi wzbudzają politowanie, taka odrobina czarnego humoru, np. że życie "na górze to jego życie prywatne, niewinna przyjemność konieczna po całej tej walce o byt" - czyli dobre cygara, wizyta prostytutki szczuplejszej niż żona, czerpanie przyjemności z wydawania rozkazów - wszystko to z dala od rodzinnego domu w miasteczku. Dla niego obóz to miejsce wytchnienia gdzie może sobie pofolgować, dla czytelnika, który mruży oczy z niedowierzaniem to granda. Niemiec, który myśli, że wdepnął w nawóz za kilka tysięcy (domyślacie się z czego ten nawóz był) i teraz go marnuje roznosząc. Tu chylę czoło przed celną prostotą i ironicznym ostrzem pióra Remarquea. Żeby umieć budzić takie emocje w czytającym trzeba znać się na psychice, doskonale władać potężnym narzędziem jakim jest język. Autor wyśmiewa zaradność swego bohatera, który zbija majątek na nieszczęściu innych, a robi to w wyrafinowany sposób. 

Autor "Iskry życia" podejmuje też temat winy, widzimy bowiem jak z końcem wojny esesmani stwierdzają, że oni przecież nie są prawdziwymi nazistami, to tylko tak w grupie było wygodniej. Prawdziwy fanatyk to ten drugi, każdy z nich w końcu wykonywał tylko rozkazy, w końcu posłuszeństwo wpajano im od dawna, to ten Hitler z wąsikiem rozkazywał. Okazuje się też, że nie są też prawdziwymi żołnierzami, brak im odpowiedniego przeszkolenia, nie znają strategii, nie umieją wyciągać samodzielnych wniosków, potrafią tylko katować bezbronnych ludzi. Nagle zabawa w wojnę, w Meller się kończy i każdy z niemieckich żołnierzy nie wie co począć ze sobą.

Powieść wciąga mimo makabrycznego tematu, tu nie ma miejsca na zbędne frazesy, to sama esencja - lubię taką literaturę.

niedziela, 15 maja 2011
Opowieść o Darwinie, Irving Stone

Opowieść o Darwinie (The Origin. A Biographical Novel of Charles Darwin), Irving Stone, MUZA, Warszawa 2011

 Opowieść o Darwinie, Irving Stone

Wiele już słyszałam pozytywnych opinii o twórczości Irvinga Stonea z niecierpliwością więc sięgnęłam bo świeżo wydaną w Polsce "Opowieść o Darwinie" tego autora. Zdawałam sobie sprawę, iż jest chwalony za niezwykłą szczegółowość i pieczołowitość z jaką oddaje wszystkie elementy życia danej postaci historycznej w swych powieściowych biografiach. To wszystko jednak nie przygotowało mnie na oszołomienie i zagubienie w jakie wprawiły mnie już pierwsze strony. Takiej orgii szczegółów to ja chyba jeszcze nigdy w życiu nie widziałam.

Do dwudziestodwuletniego Karola Darwina uśmiecha się niezwykła okazja jaką jest pozycja geologa na statku "Beagle", ta podróż umożliwi mu poznanie zakątków ziemi o jakich mógłby wcześniej tylko pomarzyć i zmieni jego życie na zawsze. Zbiory jakie zgromadził przez kilka lat rejsów będą nie tylko największą kolekcją i dumą brytyjskiego naturalisty, ale inspiracją na jego naukowej ścieżce. Nasz bohater swoją późniejszą teorię o powstawaniu gatunków nosił "w sobie" przez lata, gromadząc materiały, dowody, rozwijając tezę. Pracował nie wiedząc czy uda mu się opublikować owoce swej pracy.

Ciężkie jest życie naukowca, który przeciera ścieżki przyszłym pokoleniom uczonych. Mozolna, trudna i pracochłonna jest dola Darwina, który z niezwykłym samozaparciem ślęczy nad kolejnymi żyjątkami i zbiera materiały do swych publikacji. Budzi podziw mrówcza praca tego cierpliwego człowieka, w dzisiejszej dobie komputerów oraz internetu jego osiągnięcia przybierają rozmiar tytanicznych. Katalogowanie, ślęczenie nad mikroskopem, cierpliwe sporządzanie notatek, poprawianie zebranych wcześniej tez, przepisywanie - to zakrawa na syzyfowe prace.

Myślę, że to może być wspaniała książka dla ludzi naprawdę zainteresowanych życiorysem tego naturalisty. Mamy tu dosłownie wszystkie informacje o kształtowaniu się jego poglądów, wpływie innych naukowców, przyjaciół, życiowym dorobku, przeprowadzaniu badań, trybie pracy, kolejnych wyzwaniach jakich się podejmował. Na okrasę, wszelkie detale życia codziennego włącznie z kwestiami uczuciowymi. Dosłownie stoimy obok i widzimy jak Darwin nam rośnie, podróżuje, dorasta do małżeństwa, chowa dzieci, choruje i wreszcie starzeje się.

Tak całościowo to nie przypadła mi ta księga do gustu, na pewno jeszcze będę chciała przeczytać  jakąś powieść Irvinga Stonea, żeby przekonać się czy ożywianie innych sław wychodzi mu równie sztucznie. Rozumiem ogromną wartość poznawczą i edukacyjną jego książki, ale nie oznacza to, że musi mi się podobać styl tego pisarza. Jeśli miałabym rozpatrywać książkę Stone z perspektywy biografii to powiedziałabym, że jest niebanalna, jeśli z pozycji powieści - nudna. Dialogi wydały mi się nienaturalne, wyznania miłości Darwina afektowane - to nie powieść lecz opowieść, nie pozostaje mi więc nic innego jak potwierdzić niezwykłą trafność tytułu polskiego wydania. Mimo trudności jakie napotyka główny bohater nie ma tu jakichś namiętności, nie czuć szalejących uczuć, burzy jaką częśto serwuje nam życie. Smutek postaci tutaj mnie nie przekonuje. Ogrom pracy jaki musiał włożyć autor w swą publikację i przekopać się przez tony materiałów źródłowych musiał być żmudną robotą, co nie zmienia faktu, że całość wypada dość nużąco dla czytelnika.

czwartek, 12 maja 2011
Anna Karenina, Lew Tołstoj

Anna Karenina, Lew Tołstoj, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1984

 Anna Karenina Lew Tołstoj

 Z "Anną Kareniną" mierzyłam się już kiedyś w liceum, więc wystarczająco dużo wody upłynęło by zrobić to jeszcze raz. Stwierdziłam, że człowiek bogatszy w doświadczenia wyciągnie już inne wnioski niż kiedyś. Nie będę więc opisywać treści dwutomowej powieści tylko od razu przejdę do wniosków tłukących mi się po głowie.

Moim skromnym zdaniem Anna zrobiła się absolutnie nieznośna z braku zajęć, bo cóż pozostało tej biednej kobiecie po odejściu od męża. Jak pisze Tołstoj razem z Wrońskim mieli coraz mniej "chwil czułości", więc te resztki nie mogły koić rozpaczy budzącej się w jej duszy, a ona powoli przyjmowała na siebie rolę zazdrosnej diwy. Na innych mężczyznach sprawdzała własne uroki (na żonkosiu Lewinie też) by upewnić się czy "jeszcze działa". Więcej dzieci mieć nie mogła i nie chciała, od zajmowania się córeczką byli inni. Standardowe zajęcia kobiece miała więc ukrócone, a że znajdowała się w dość niewygodnej moralnie sytuacji, odcięta od towarzystwa, jedyne co jej pozostało to uprzykrzanie życia ukochanemu. Jej zazdrość oraz zaborczość rosły z każdym dniem. Niepewna swojej pozycji myślała, że traci grunt pod nogami i zamęczała Wrońskiego awanturami, pretensjami, oskarżeniami. Znalazła się w ślepej uliczce podczas gdy on mógł przynajmniej realizować się bawiąc się w dobrego gospodarza, co zresztą robił. Pisarz wyraźnie zaznacza w powieści jak zupełnie odrębne jest życie męskie od kobiecego, ba płeć brzydka miała nawet dwa - jedno przed małżeństwem, drugie po, chociaż jak widzimy w książce niektórzy bohaterowie po ślubie nie zmieniali swoich przyzwyczajeń (Obłoński). Mówiąc obrazowo małżeństwo dla kobiety w XIX wieku było jedynym sposobem na ucieczkę przed biedą, prostytucją, ostracyzmem społeczeństwa, ale i ten sposób nie był znów takim pewniakiem jak widzimy w przypadku Anny, która tak czy siak znalazła się na marginesie społeczeństwa.

Wieczna walka Dolly Obłońskiej o zapewnienie dzieciom odpowiednich warunków pewnie byłaby skazana na klęskę, gdyby w końcu rozwiodła się z tym mężem-lekkoduchem, a tak biedna gardzi sobą, wie, że jest zależna i patrzy jak mąż hula. Dla niej pozostaje jedynie owo wąskie kółko rodzinne i szczęście jakie może odnaleźć w wychowywaniu dziatek. Jej niedola wynika z tego, że doskonale zdaje sobie sprawę ze swej sytuacji. Po latach małżeństwa zorientowała się wreszcie jakiego hultaja ma za męża i klapki spadły jej z oczu, ciężka sytuacja finansowa w jakiej znalazła się rodzina też nie poprawia jej humoru. Kobieta widzi tragizm sytuacji bez wyjścia spowodowany społecznymi ograniczeniami. Nikt w młodości nie przygotował ją do czegoś więcej niż do roli wiernej żony i matki, przeciwnie rodzina w dobrej wierze zamyka swoje córeczki i chroni przed grożącą z każdej strony deprawacją nieskazitelnych duszyczek.

Znowu Anna u boku Karenina nie odnalazła miłości jakiej pragnęła tylko pustkę, to wytworzyło między nimi sztuczność, którą nawet inni byli w stanie zauważyć. Mówi o nim "to nie człowiek, tylko maszyna" jakby zupełnie był pozbawiony uczuć czy pragnień. Uśpione pokłady namiętności i pragnień budzą się w niej przy Wrońskim i wychodzi im z tego "werterowska desperacka miłość", a nie klasyczny romans z wyższych sfer jak zauważa matka hrabiego. Wydaje mi się, że jak na powieść wiktoriańską pisarz naprawdę zdobył się na sporo szczerości i wydobył na światło dzienne seksualność kobiety. W końcu to ona opuszcza męża dla ugaszenia rozpalonego żaru, rezygnując z roli matki i żony na rzecz kochanki. Wobec tego żarliwego uczucia jakie łączy kochanków nie wiadomo czy Anny żałować, pogardzać nią czy może jej pogratulować? Cudzołóstwo cudzołóstwem, a dziewczyna przynajmniej raz w życiu się zabawi na całego, bo nie uwierzę, że w tym skostniałym społeczeństwie miałaby na to szansę. Cóż, jest szczera choć głupia i zaczyna mieć wizje innej kochanki, która tylko czatuje na jej księcia z bajki. Dziewczyna drży o związek psując go sama.

Autor "Wojny i pokoju" wziął tu jeszcze na warsztat rolę matki. Każda z bohaterek kocha swe dzieci nadzwyczajnie i w ostatecznym rozrachunku tylko jedna się ich wyrzeka. Miłość do potomstwa jest uczuciem pełnym poświęceń, kobieta dla dziatek musi nawet poświęcić swą godność i miłość własną, tak jest w przypadku Darii Aleksandrownej. Znowu świeżo upieczona żona, Kitty, z uśmiechem, błogą radością i wdzięcznością znosi trudy długiego porodu (tu chyba Tołstoj przesadził - totalna gloryfikacja) i od pierwszych chwil jest kochającą mamusią. Dlatego tu o wiele ciekawiej wypada jej mąż, dla którego posiadanie syna nie było nagłym olśnieniem radości a uczuciem powoli kiełkującym w sercu, z którego musiał w końcu zdać sobie sprawę. Facet był zawiedziony, że tacierzyństwo nie poraziło go niczym grom, spodziewał się fajerwerków szczęścia.

Tołstoj naprawdę przemyślał "kobiecą sprawę" nim zabrał się do pisania swej powieści. Pomijając ograniczenia jakie nakładała ówczesna epoka na autora myślę, że choć powieść nie jest odkrywcza to porusza wiele ciekawych tematów we wciągający sposób.  W końcu jej temat jest jak najbardziej aktualny, ileż to zdrad niszczy pozornie szczęśliwe małżeństwa i naraża latorośl na cierpienia. Jakoś przyjemnie mi było zagłębić się w fabułę, opisana historia naprawdę mnie pochłonęła. Oczywiście momentami (drugi tom) główna bohaterka niezmiernie mnie drażniła, ale do dlatego, że nie lubię typów histerycznych, no ale musiała w końcu stracić głowę żeby popełnić to samobójstwo, jakby uciekła z kochankiem i żyła gdzieś szczęśliwie na wsi to nie byłoby tej "Anny Kareniny". A tak, to złośliwa bestia pokazała, że to ona ma ostatnie słowo w tym związku i koniec.

wtorek, 10 maja 2011
Popiół i diament, Jerzy Andrzejewski

Popiół i diament, Jerzy Andrzejewski, GREG

 Popiół i diament, Jerzy Andrzejewski

Właściwie to nie spodobała mi się ta powieść. Zrobiła na mnie wrażenie wyrwanego z kontekstu kawałka rzeczywistości powojennej Polski, ale niezwykle sztucznej. Ledwo młodzi przestali walczyć z nazistami a już walczą między sobą. Akowcy kontra komuniści - przedstawiciele nowego porządku. Radykalni demokraci i zwolennicy starych porządków. Wszystko to w kraju, który powoli podźwiga się do życia razem ze swoim narodem, który i tak nie umie usiedzieć na tyłku - to były moje pierwsze wnioski. Poszczególne stronnictwa aż świerzbią ręce do działań mniej i bardziej moralnych, byle do działania.

Mamy tu wojennego kata, nomen-omen prawnika, który czuje się usprawiedliwiony za swe czyny, no bo to przecież wojna była, a to czas odbiegający od normy. Antoni Kossecki nie czuje wyrzutów sumienia, w żaden sposób nie poczuwa się do winy. W jego umyśle istnieją dwa równoległe światy, ten przedwojenny i ten naznaczony rzez okupację niemiecką. Gdy w radiu zostaje ogłoszony pokój Kosecki po raz pierwszy wychodzi z domu, mówi żonie żeby się nie martwiła i twierdzi, że z czasem odrestaurują ich willę. Jednym słowem zupełnie jakby obudził się do życia po swoistej hibernacji, przeskoczył o jeden wymiar. To dobre pytanie postawione przez autora, czy człowiek ma prawo poddawać się bezwolnie historii, płynnie posługiwać się zasadami moralnymi i etycznymi w zależności od warunków? Pisarz nie ocenia pozostając neutralnym obserwatorem. To miał być w początkowym zamyśle pisarza temat na opowiadanie, który rozrósł się do rozmiarów powieści, nie wiem czy potrzebnie, może wtedy tak.

Kolejną postacią godną uwagi jest Maciej Chełmicki, rocznik 1921, typowy przedstawiciel młodego pokolenia ze zwichrzoną przeszłością i poczuciem moralności. Posłusznie wykonujący rozkazy zwierzchników członek AK, który nie myśli sam nad konsekwencjami swych czynów, ot dali zadanie to je machnie, a że chodzi o morderstwo... Tymczasem Maciek zakochuje się i poznaje uroki życia, do tego popełnia omyłkę i zabija niewinnych ludzi. Dla niego to przełom, zrozumie, że człowiek nie może mieć dwóch żyć oddzielnych, rozpocząć na nowo, ponieważ wszystko co zrobił będzie mu zawsze ciążyło na sumieniu i nie da się tak po prostu zapomnieć o popełnionych morderstwach. Ci młodzi w powieści bawią się w tą donkiszoterię nie widząc często nic poza walką, nie wychodząc w przyszłość, a naszemu Maćkowi przyszłość ukazała się pod imieniem Krystyny.

Andrzejewskiemu zarzucano stronniczość i to z obu obozów, nie mogę się z tym zgodzić mimo, iż rzeczywiście powieść poddana jest nadrzędnym ideom autora. Jednak sympatię czytelników wzbudza przecież większość postaci. Szczuka, wysoko postawiony urzędnik komunistyczny, jest człowiekiem, który wierzy w nowy ustrój i jest moralnie nieposzlakowany. Maciek też chciałby rozpocząć nowe życie z ukochaną, pragnie zasłużonego spokoju, w końcu ta wojna się skończyła. Niektórzy z owych młodych gniewnych wypadają trochę śmiesznie (Szretter) jako burzyciele dopiero co odzyskanego pokoju i zakrawa to bardziej na bunt młodzieńczy, a nie przemyślany program polityczny. Nie lubię opowieści z polityką w tle, zastanawiam się czy nie ma lepszych książek w polskiej literaturze, które lepiej przedstawiają powojenne społeczeństwo z jego realiami.

niedziela, 08 maja 2011
Królowa Blanka, Regine Pernoud

Królowa Blanka, Regine Pernoud, przekład E. Bąkowska, PIW, Warszawa 1989

 Królowa Blanka, Regine Pernoud

Blanka Kastylijska to wnuczka wspaniałej królowej Alienor, której biografię, tej samej autorki już czytałam ( recenzja tu). Trzeba powiedzieć, że wnuczka była godną następczynią w historii, w końcu w średniowieczu królową zostawało się nie od parady. Z tym stanowiskiem wiązały się bardzo konkretne obowiązki nie polegające wtedy jedynie na płodzeniu kolejnych potomków rodu królewskiego. Władczyni musiała wspierać sprawiedliwego króla i dbać o pokój w państwie.

Alienor z Akwitanii udaje się do swej córki by w królestwie Kastylii wybrać przyszłemu królowi Francji godną żonę, obowiązek ten spełnia z całym swym trafnym zmysłem. Mimo oczekiwań kastylijskiego dworu stara królowa zabiera ze sobą najmłodszą córkę Alfonsa VIII, Blankę. Dlaczego wybrała dwunastoletnią dziewczynkę zamiast jej starszej siostry? Tego się pewnie nigdy nie dowiemy. Dość, że dokonała trafnego wyboru. Zaślubiny bardzo młodej pary (oboje mają po 12 lat) odbywają się na ziemi angielskiej bo jak wyznają Francuzi ze wstydem, ziemia Francji objęta jest interdyktem ze względu na niechrześcijańskie postępowanie przyszłego teścia (Filip II August), który trochę namieszał w swoim małżeństwie wymieniając sobie żonki według własnego widzimisię. Tymczasem młode małżeństwo pokochało się szczerze i pod okiem króla Filipa miało szansę dorosnąć i zdobyć doświadczenie na przyszłość, mąż Blanki po objęciu tronu zdobędzie sobie zaszczytny przydomek Lwa. Gdy mąż Ludwik umiera jego najstarszy syn ma 12 lat, wolą zmarłego było pozostawienie realnej władzy w rękach żony, której ufał i wiedział, że sobie poradzi. Tak też się staje, Blanka nie jest więc tylko regentką, ale i królową. Wychowuje syna, doradza mu i razem z nim podpisuje dekrety. Rządy ze strony kobiety nie wzbudzały sprzeciwu, gdyż nie były wbrew prawu lennemu. Mimo dość trudnego okresu dla Francji, ze względu na nieustającą rywalizację z Plantagenetami i wiecznymi walkami z wasalami, dominującą pozycją kościoła, matka i syn radzili sobie całkiem nieźle. W tej epoce nie uznawano półśrodków a mimo wszystko Ludwik IX zdobył opinię władcy sprawiedliwego, a później świętego. Oczywiście wśród tych pochwał znajdują się i słowa krytyki dla obojga, którzy byli ludźmi gwałtownymi i zapalczywymi w swym gniewie. Pani historyk ukazuje nam obie strony medalu, czyni to na tyle, na ile pozwala jej zebrany materiał.

Jak zwykle u Regine Pernoud z książki dowiemy się czegoś o kulturze, społecznych przemianach, rozwoju w najważniejszych dziedzinach nauki. Autorka jakby mimochodem podrzuca czytelnikowi mnóstwo informacji na temat samego średniowiecza - obyczajów, stosunków społecznych, pozycji kobiety. Do tego trzeba dodać, że praca mediewistki była pierwszą z gruntu naukowo-historyczną dotyczącą życia królowej Blanki. Pisarka miała więc do dyspozycji jedynie skąpe teksty źródłowe z przeważającą ilością zapisów literackich, które nie należą do materiałów wiarygodnych, tym bardziej chylę więc czoło przed pracowitością i dociekliwością. Przy tym wszystkim książkę czyta się szybko i przyjemnie, bez tzw. dłużyzn. Wiem na pewno, że będę czytać wszystkie publikacje jej autorstwa jakie wpadną mi w ręce.

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

 

"Alienor z Akwitanii" Regine Pernoud

 

 

"Kobieta w czasach katedr" Regine Pernoud

 

seria: Biografie Sławnych Ludzi

czwartek, 05 maja 2011
Kamienica w Długim Rynku, Józef Ignacy Kraszewski

Kamienica w Długim Rynku, Józef Ignacy Kraszewski, Wydawnictwo Literackie

Kamienica w Długim Rynku, Józef Ignacy Kraszewski

Tym razem Józef Ignacy Kraszewski przeniósł mnie do XIX-wiecznego Gdańska i trosk mieszkańców kamienicy w Długim Rynku. Rodzina, która odziedziczyła budynek ma kłopoty finansowe i legendarny skarb, mogący się gdzieś kryć w budynku, bardzo by im się przydał. Jakub wraz z córką Klarą wiodą żywot spokojny, skromny, ludzi mało wymagających. Ich życie ubarwia pułkownik Wiktor, brat ojca Klary, który ciągle ma nadzieję odnaleźć owe złoto w piwnicach. Oczywiście żeby popędzić akcję młoda panienka zakochuje się, ale jej wybrankiem jest syn bankiera, który co prawda odwzajemnia uczucie, ale przez niechęć ojca do tego mariażu nie może się jej oświadczyć. Młodzi naturalnie przysięgają sobie dozgonną miłość, syn kupca uczy się i pracuje w Niemczech by w przyszłości móc utrzymać rodzinę, a panienka posłusznie na niego czeka. Lecz ambitny tato nie może pozwolić by jedynak poślubił pannę bez porządnego posagu i mierzy o wiele wyżej, knując przy tym i obmawiając rodzinę wybranki syna. Wymyśla diabelski plan, co by tylko młódkę wybić chłopakowi z głowy.

W książce Kraszewskiego podobały mi się postaci kobiece, posiadające dość niezależną naturę jak na XIX wiek, chęci i siły do zmierzenia się ze światem zewnętrznym. Klara jest dziewczęciem wychowanym z troską o jej edukację, ale nie zaniedbującym obowiązków w domowym gospodarstwie - ideał niemieckiego wychowania propagowany przez pisarza, gdzie niewiasta po przeczytaniu paru wierszy Goethego rusza szorować garnki do kuchni. Jednym słowem bohaterki nie brzydzą się pracy, a są przy tym wykształcone i dzielne. Choć doprawdy te wszystkie niezliczone przymioty charakteru, urody i wychowania czynią z postaci Klary nieznośny ideał anioła, który może mdlić. Na uwagę zasługuje jeszcze jej przyjaciółka, która własnymi siłami prowadzi pensję, przy czym dama tama męża, który w owej szkole naucza. Jednym słowem zorganizowana businesswoman i nieporadny mąż - naprawdę nieźle jak na ówczesne poglądy i raczkujący feminizm. Oprócz tych damskich wątków psychologiczno-obyczajowych moją uwagę zwrócił jeszcze portret XIX-wiecznego Gdańska i jego mieszkańców, przy czym średniowieczne budynki wypadają tu na korzyść. Autor poświęca sporo miejsca "fizjognomi" nadmorskiej metropolii, pouczając czytelnika, że trzeba umieć patrzeć, gdyż zabytkowe ściany mogą kryć w sobie nie jedną tajemnicę. Natomiast obywatele Gdańska wypadają jako kupka plociuchów, którymi łatwo manipulować. Pisarz przedstawia nam zwodniczość natury ludzkiej, jej kruche opinie i niesolidne moralne podstawy, głowy i dusze, które zawsze zwracają się ku tym, co mają pełne kiesy. Powieść nie pozbawiona jest dyskretnej ironii i złośliwości wobec tych chciwych duszyczek zamieszkujących padół ziemski.

środa, 04 maja 2011
Cześnikówny, Józef Ignacy Kraszewski

Cześnikówny, Józef Ignacy Kraszewski, LSW 1959

 Cześnikówny, Józef Ignacy Kraszewski

"Cześnikówny" to historia dwóch sióstr, które w młodości zakochały się w jednym mężczyźnie, a on, złodziej, obu strącił wianki niewinności i jeszcze jednej do tego dziecię zmajstrował. Kraszewski rozpoczyna akcję powieści gdy obie pohańbione panny posunęły się już nieco w latach i wiodą żywot dalszy, aczkolwiek nieszczęśliwy. Pierwsza z sióstr, Róża, miłosne wzloty opłaciła chorobą umysłową i błąka się teraz po lasach, strasząc swym wyglądem od czasu do czasu byłego kochanka. Kobieta ma wyraźną słabość do pomieszkiwania w dziupli i popijania w wolnych chwilach wódki. Czasem stanowi uciechę dla zebranej gawiedzi przed karczmą, gdy pląsać próbuje niczym młode dziewczę i częstuje wodą ognistą. Druga z sióstr, Natalia, wpierw próbowała zrobić karierę jako aktorka, później wyszła za mąż za niezwykle zazdrosnego i brutalnego generała. W związku z tym nieszczęśliwa i niespełniona wiedzie życie cichej żony i rozpamiętuje grzeszną przeszłość. Jednym słowem obie panie mimo całkowitej odmienności dalszych losów są godne politowania. I jak  przytomnie stwierdza Róża - "tobie płacz i koronki, mi  łachmany  oraz śmiech".

Mamy więc dwie kobiety w dość opłakanym stanie, jednak po początkowym załamywaniu rąk i kilku obowiązkowych omdleniach, dziewczyny zakasują rękawy i biorą się do zemsty. Róża próbuje nieskutecznie uśmiercić   Tomasza Skurskiego, później jej niedokończone "dzieło" przejmuje siostra i próbuje zemsty w bardziej wyrafinowany sposób, wyręczając się przy tym chorobliwie zazdrosnym mężem. Powieść pełna jest niesamowicie nieprawdopodobnych zbiegów okoliczności i łez wylanych przez dwie siostry, w moim odczuciu fabułę ratuje właśnie to, że dziewoje wzięły się wreszcie do dzieła, to jest do zniszczenia hultajowi życia, można powiedzieć taka oznaka feminizmu i swoistej niezależności ze strony płci pięknej w XIX wieku. Nie takie one znowu bezbronne, i między jednym a drugim omdleniem są w stanie coś wymyślić. Sam diaboliczny kochanek nie okazuje się aż takim gagatkiem, ot miał za dużo możliwości do wykorzystania w młodości i korzystał z nich dość pochopnie.

Ta mało   znana  powieść Kraszewskiego po raz pierwszy drukowana była w 1876 r.  w "Biesiadzie Literackiej". Dziś jest dalej mało znana i kurzy się na półce w bibliotece.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka