poniedziałek, 13 czerwca 2011
Królowa Margot, Aleksander Dumas

Królowa Margot (La Reine Margot), Aleksander Dumas, Zielona Sowa 2009

 Królowa MArgot, Aleksander Dumas

Kiedyś w liceum zaczytywałam się Dumasem i jakoś mnie tak naszło na powtórkę z "Królowej Margot", nie ma czasem jak odprężenie przy klasycznej powieści płaszcza i szpady.

Mamy rok 1572, właśnie odbył się ślub Małgorzaty de Valois i Henryka Burbona, protestanckiego króla Nawarry. Małżeństwo ma załagodzić spory pomiędzy katolikami i  hugenotami. Do Paryża licznie przybyli goście obu wyznań. Jednak zaaranżowany ożenek Margot był podstępem, by ściągnąć do miasta niewygodnego króla i jego poddanych, i tak w noc św. Bartłomieja odbywa się straszliwa rzeź protestantów. Młoda królowa jest oburzona postępowaniem swej przewrotnej, mściwej rodziny i razem ze swym mężem zawiera układ o wzajemnej przyjaźni i zaufaniu - może nie Ribbentrop - Mołotow, ale zawsze oś. Razem grają wobec dworu zakochaną parę nie żałując sobie przy tym prywatnych "przyjemności", gdy ona ratuje młodego, pięknego szlachcica, a on odwiedza sypialnię pewnej zamężnej damy.

Wszystko to dzieje się w zimnych korytarzach Wersalu, za pięknymi kotarami ukrytych gabinecików i tajemniczymi, zakurzonymi przejściami. Żaden z bohaterów nie przebiera w środkach by dopiąć swego celu. Król Nawarry musi być niezwykle ostrożny, w końcu jego teściowa zabiła mu matkę zatrutymi rękawiczkami. I jak tu kochać teściową ja się pytam? Intryga pogania intrygę, niewinne wydarzenie może stać się przyczynkiem do wydania śmiertelnego wyroku, a kilka słów może spowodować nieodwracalne konsekwencje dla gaduły. "Wszakże przysłowie, że ściany mają uszy powstało dla murów Wersalu." 

Katarzyna de Medici wypada na niezwykle "uroczą" osobę, szafującą trującymi środkami niczym cukierkami na kaszel, jej stanowisko królowej matki zapewnia jej właściwie całkowitą bezkarność i nietykalność - taka szara eminencja. Nawet gdy jej zbrodnie zostają wykryte, dla zachowania sławy domu królewskiego trzeba będzie poświęcić najniewinniejsze duszyczki. Nie ma co kochająca mamusia, że aż strach. Sama Margot wypada tu dość niewinnie, jest kobietą uczciwą i sprawiedliwą, choć nie pozbawioną hipokryzji. Nie można jej się też dziwić, że będzie miała słabość do młodego, ślicznego młodzieńca, który wpada ranny do jej sypialni i błaga o litość. Przy wzorcach wychowawczych jakie zaserwowano jej na zamku dziewczę wypada i tak całkiem cnotliwie, wręcz bardzo ludzko.

Dumasowskie wątki nie robią już na mnie takiego wrażenia, dodatkowo dość mało oryginalne charaktery czarniejsze niż noc, choć takie wypośrodkowane postacie jak Margot zachowują tu  równowagę. No i charakterystyczna dla pisarza maniera delikatnego przesadyzmu w postępowaniu jego postaci. Człowiek czyta o takiej Katarzynie Medici i patrzy później na własną teściową podejrzliwym okiem.

piątek, 10 czerwca 2011
Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość, Lew Tołstoj

Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość, Lew Tołstoj, czyta Piotr Gasparski

 Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość, Lew Tołstoj

Po tylu utworach Tołstoja przyszedł czas na jego powieściowy debiut. "Dzieciństwo, lata chłopięce, młodość" to pierwszy tom, który oczywiście nie wyczerpuje tematu i bogactwa życia pisarza, który posiłkował się charakterami i wydarzeniami z życia wziętymi. Jednak ja po drugi tom raczej nie sięgnę. Powiem szczerze, że nie przebrnęłabym przez to gdyby to nie był audiobook. Albo mam już przesyt Tołstoja albo wyjątkowo nudziła mnie ta książka.

Te autobiograficzne mini powieści są uniwersalną historią dorastania, a jednocześnie pierwszymi próbami Tołstoja zabawy z fikcją, napisane w pierwszym okresie twórczości a właściwie na samym jej początku , w latach 1852 - 1856, czyli młodzian miał wtedy ledwo po dwudziestce na karku. Może akcja nie jest tu najwłaściwszym słowem, a moment rozpoczęcia snucia opowieści wypada gdy nasz chłopiec ma dziewięć lat. Urocze są tu niektóre wspomnienia z okresu pacholęctwa, drobnostki i krótkie chwile, które zachowujemy w pamięci by wracać do nich już jako dorośli. Ulotne momenty skrupulatnie gromadzone i pielęgnowane. Edukacja młodzieńca, jego dorastanie, wspólne zabawy z rodzeństwem, rodzinne tragedie.

Nasz młodzian wyrasta pod okiem kolejnych prywatnych nauczycieli, w gronie sióstr i braci. Na starszego brata spogląda zawsze z mieszaniną podziwu i zazdrości, widząc braki  w swoim charakterze i wykształceniu. Gdy dorasta grupuje ludzi na prostaków i tych co są "comme il faut", czyli tych z dobrym akcentem francuskim, odpowiednim kształtem paznokci, noszących koszule z płótna holenderskiego i spodnie ze strzemiączkami. Dosyć prosta wizja świata powoli dojrzewającego młodzieńca.

Generalnie mówiąc w tej powieści to miłość jest tym co ludzi napędza, daje siłę i sprawia, że ich życie nabiera znaczenia. Stąd też niezwykle ważne miejsce matki w świecie dziecka, gloryfikujący obraz matczynej troski otaczającej dziatki. Tym cenniejszy, iż nietrwały ponieważ i matka Tołstoja zmarła gdy był dzieckiem.

Wspomnienia mają charakter bardzo rosyjski, jeśli mogę się tak wyrazić, ze wszystkimi rosyjskimi obyczajami rodzinnymi, sposobem wychowania, zachowaniem bohaterów. Jednocześnie zaś tekst jest przesycony zagranicznymi wpływami, zwłaszcza francuskim (Rousseau) i niemieckim (Goethe). Mamy tu przecież Bildungsroman w całej jej rozwlekłości. To powieść , która eksploruje drogi dorastania, odnajdywania przez młodych własnej ścieżki w społeczeństwie. Do tego niezwykła waga nadana wspomnieniom bohatera, jego rozmyślania, rozpamiętywanie przeszłości przywodziło mi momentami na myśl Prousta. No i to umiłowanie do detalu, że koszule miał szyte z holenderskiego płótna, a spodnie założył wreszcie ze sprzączkami.

Utworom brak dramatyzmu i emocji, które mogłyby porwać czytelnika, a przynajmniej ja pozostałam niewzruszona. Choć nie powiem mocny, aczkolwiek miły i uspokajający głos Piotra Gasparskiego bardzo mi pasował do historii przedstawionej przez autora. Do tego czytający aktor  łagodził moje negatywne emocje, które zawsze się gromadzą, gdy stoję w korkach. Powieść jest taką lżejszą wersją Tołstoja bez moralizowania.

czwartek, 09 czerwca 2011
Wieczna księżniczka, Philippa Gregory

The Constant Princess (Wieczna księżniczka), Philippa Gregory, Touchstone

 The COnstant Princess, Philippa Gregory

Moją przygodę z Philippą Gregory i Tudorami postanowiłam zacząć w kolejności chronologicznej, której nie trzyma się autorka, co jakiś czas wydając książkę o kolejnej królowej w dość nieskoordynowany sposób.

Katarzyna Aragońska przychodzi na świat w królewskim obozie wojennymi, tam się wychowuje przez pierwsze lata swego dzieciństwa, jej zaradni i władczy rodzice toczą zacięte boje z Maurami by zjednoczyć Hiszpanię. Jako dziecko jest więc świadkiem scen dość brutalnych, wojna to dla niej bynajmniej nie puste słowo pozbawione znaczenia. Do tego, mimo że była ulubienicą rodziców chowana była w surowy sposób, który miał z niej w przyszłości zrobić godną królową Brytanii - rola z jakiej zdawała sobie sprawę od swych lat najwcześniejszych. Więc najpierw hartowanie w ogniu walk krzyżowych, a później przepych i bogactwa dworu w Alhambrze, sułtańskie zwyczaje i twardy katolicyzm jako drogi wychowawcze. Jak można się domyślić z tych dość niezwykłych warunków wyrosła dziewczyna niezłomna, odważna, pewna swych życiowych celów, zawsze próbująca sprostać wymaganiom matki, która była dla niej bezkrytycznym wzorcem.

W wieku 15 lat Catalina wyrusza do Anglii by poślubić od dawna przeznaczonego jej 14-letniego księcia Artura, syna Henryka VII. Młodzi początkowo się czubią, by wreszcie pokochać się gorącym uczuciem, młode małżeństwo zacieśnia też więzi przyjaźni i zrozumienia. Niestety Artur, następca tronu, umiera i Katarzyna zostaje na lodzie w obcym kraju, z bardzo niepewną pozycją i przyszłością. Nasza bohaterka jednak nie rozpacza gdyż przed nią jawi się już nowa ścieżka przyszłości, dziewczę umyśliło sobie pośłubić kolejnego księcia, Harryego, przyszłego Henryka VIII.

Henryk, sławny mąż sześciu żon, jest tu przedstawiony w dość niestandardowy sposób, jako swawolące jeszcze, bezrozumnie i rozpieszczone pachole, dla którego wojna jest okazją do założenia ślicznej, nowej zbroi. Catalina to przy nim świadoma królowa, zdająca sobie sprawę z ciążących nad nią obowiązków, licząca sie z konsekwencjami swego postępowania i decyzji, które mogą zaważyć na przyszłości państwa. Gdy ona myśli jak poprawić sytuację w swej nowej ojczyźnie, Henryś oddaje się polowaniom i dworskim rozrywkom. Wyłania się z  tego obraz brzdąca rozpieszczonego ponad miarę, dającego sobą manipulować i wodzić się za nos.

Gregory nagina historię jak chce do potrzeb swej fabuły i trzeba o tym cały czas pamiętać czytając jej powieści. To co jej się udaje, to pokazanie na jak wysokim świeczniku żyli królowie, których nawet myśli mogły być znane poddanym. Dwór to instytucja bezduszna, gdzie każdy wie wszystko, a pozostający w nieświadomości mogą przegrać nie tylko swoje stanowisko, to ciągła, aczkolwiek niebezpieczna gra.

Wydaje mi się, że pisarka mogłaby jeszcze popracować trochę nad tą powieścią, uczynić ją bardziej spójną, zlikwidować powtórzenia - niektórzy z bohaterów dochodzą kilkakrotnie do tych samych wniosków w tym samym okresie czasu, że im zimno, ze mają bose stopy, albo że są smutni. Fabuła powinna być bardziej zwarta, ja wiem, że to czytadło, ale nic na pewno nie stoi na przeszkodzie by autorka pisała lepiej, zwłaszcza, że to nie pierwsza jej książka, ma za sobą całą serię o Tudorach, choć wydawaną na wyrywki.

polskie wydanie:

Wieczna księżniczka, Philippa GregoryWydawnictwo Książnica , Kwiecień 2010

wtorek, 07 czerwca 2011
Sonata kreutzerowska, Lew Tołstoj

Sonata kreutzerowska, Lew Tołstoj, tłumaczenie Maria Leśniewska, Znak 2010

 Sonata Kreutzerowska, Lew Tołstoj

Z przeczytanych ostatnio przeze mnie książek autorstwa Lwa Tołstoja to rozbudowane opowiadanie najmniej mi się podobało, stanowczo, pisarz lepiej się dla mnie sprawdza w formach dłuższych. Akcja toczy się w czasie jednej nocy, w pociągu, pasażerowie nawiązują przypadkową rozmowę, której tematem są kobiety i co za tym idzie małżeństwo, miłość itd. Każdy ochoczo wygłasza własne opinie, gdy do rozmowy wtrąca się przybysz i z rozbrajającą szczerością wyznaje, iż zabił swą żonę. Po tej dość szczególnej konfesji doszło do znacznej konsternacji w towarzystwie i tylko jeden śmiałek pozostał by wysłuchać historii Pozdnyszewa. Wcale im się nie dziwię, gdyby ktoś dosiadł się do mnie w przedziale i zaczął opowiadać jak ukatrupił swą połowicę od razu bym uciekła. I tak bohaterowie "Sonaty Kreutzerowskiej" jadą sobie pociągiem, mrok zapada, świece płoną, a szaleniec odkrywa przed nieznajomym swą duszę.

Typek zaczyna od wspominania swej młodości, co by usprawiedliwić się przed swym rozmówcą. Więc czytamy jakie to współczesne społeczeństwo rosyjskie zaślepione w swych skostniałych poglądach i fałszywe. Młodzi mężczyźni i chłopcy deprawują siebie na wzajem pod aprobującym okiem lekarzy i własnych rodziców. No bo przecież młodzież musi się wyszumieć, zabawić, użyć życia, a zwłaszcza "zapoznać się" z kobiecymi urokami. Już gimnazjaliści udają się tłumnie do domów rozpusty, gdzie zdobywają pierwsze "zdrowe" doświadczenia i w ten sposób ich stosunek do płci pięknej od początku jest spaczony, nacechowany hipokryzją. Połowę wieczorów spędzają w burdelach, a drugą na salonach rozglądając się za niewinną oraz obowiązkowo śliczną panną, lub chociaż majętną - kandydatką na przyszłą żonę. I tak syfilitycy za zgodą rodziców panny na wydaniu, zrywają w noc poślubną białe kwiatuszki.

Pozdnyszew ma pretensję do społeczeństwa, że takie ślepe, że nikt nie widzi tych bezeceństw, nazywanych przez wszystkich - normalnym stanem rzeczy. Krytykuje instytucje rządowe, które wspierają sprawne prowadzenie domów publicznych, wojsko za psucie chłopaków. Jak stwierdza on sam "statecznie oddawał się rozpuście" nie czyniąc z niej swego celu w życiu, gdyż dopiero wtedy był by prawdziwym rozpustnikiem. Ba, wydawało mu się, że jest człowiekiem uczciwym i prawym, bo żony nie poślubił dla jej majątku, a dla jej niewinności i urody. Jednak miesiąc miodowy nie przyniósł mu radości, tak jak późniejsze współżycie z małżonką, tylko dzieci były usprawiedliwieniem "świńskiego życia". Bohater naprawdę ma problem, nie tylko ze swoją osobowością ale i życiem seksualnym, najpierw się beztrosko zabawia, a później narzeka, że własny miesiąc miodowy to czysta rozpusta. Facet nie może się zdecydować, innych oskarżając o hipokryzję, sam nie widzi, że jest dość obłudny. W momencie gdy rodzinny lekarz stwierdza, że dobrze by było gdyby żona nie miała więcej dzieci, też ma same pretensje - no nie potrafi się chłop zdecydować. Żona tymczasem ma czas na zajęcia wychodzące poza sferę pokoju dziecinnego i zaczyna muzykować z pewnym skrzypkiem. Gdy tych dwoje gra sobie na przyjęciu, zazdrosny mąż zaczyna sobie wmawiać, że żona go zdradza, popada w obsesję i kroczy na granicy szaleństwa.

"Wściekła bestia zazdrości zaryczała w swej budzie."

Facet głupieje i w szale zabija żonę po powrocie z wyjazdu, gdyż w domu zastaje owego skrzypka. Teraz jeździ sobie pociągiem, wspomina, nie czując specjalnych wyrzutów sumienia.

Ja natomiast zdziwiłam się, że taki typek rozbija się po pociągach zamiast gnić w więzieniu. Ale o meandrach prawa karnego i obyczajowego Tołstoj szerzej rozpisuje się w "Zmartwychwstaniu", które mi się zresztą bardziej podobało, wolę historie bardziej zabudowane fabułą w wydaniu tego pisarza.

niedziela, 05 czerwca 2011
Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu, Paul Martin

Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu (Counting Sheep.The Sceince and Pleasures of Sleep and Dreams), Paul Martin, MUZA, Warszawa 2011

Liczenie baranów. O naturze i przyjemnościach snu, Paul MArtin

Paul Martin to przyrodnik i biolog, którego polscy czytelnicy zdążyli już polubić za wcześniej wydaną książkę - "Seks, narkotyki i czekolada". "Liczenie baranów" to najnowsza pozycja w ofercie Muzy, a ja sama z początku zbaraniałam na widok 500 stronicowego tomiszcza traktującego o naturze oraz przyjemnościach snu, ale czytanie poszło szybciej niż myślałam i bynajmniej nie zasypiałam nad tekstem.

 Kolejna pozycja Paula Martina nie jest sensacyjnie odkrywczą lekturą, wątpię czy dla kogokolwiek będzie, ale nie można odmówić mu swoistego uroku i sporej dawki wiedzy jaką możemy tu wyciągnąć. Styl autora jest niezobowiązujący, eseistyczny, z odrobiną humoru i ironii. Kolejne rozdziały czyta się jak artykuły w Focusie. Autor po prostu zebrał wszelkie dostępne dane, opisał przeprowadzane eksperymenty, uporządkował informacje, dodał parę własnych przemyśleń, do tego dorzucił mnóstwo ciekawostek, faktów historycznych, nie pomijając literackich inspiracji. Dowiemy się więc jakiej klasy łoże zostawił Szekspir żonie w spadku, kto z uwielbieniem tworzył w łóżku, kto czerpał natchnienie z sennych marzeń i jaki premier przyjmował interesantów rano na leżąco. Takie informacje bezwzględnie dodają uroku lekturze. Ba, znajdziemy tu nawet krótką historię łóżek, a nie tylko dane o ewolucji snu czy jego podziale na kolejne fazy.

"Marcel Proust ubóstwiał swoje łóżko. Przekształcił je w biuro i napisał w nim "W poszukiwaniu straconego czasu". Spędził w łóżku trzy ostatnie lata życia. Marzył nawet o mieszkaniu na jachcie, aby móc podróżować bez potrzeby wstawania z łóżka. Pisarz i nauczyciel akademicki John Bayley utrzymywał, że sekret pisania książek polega na ty, by siedzieć w piżamie, póki nie napisze się dziennej porcji słów. W ten sposób, przekonywał, znika pokusa podejmowania różnych rozpraszających czynności, takich jak robienie zakupów albo jedzenie lunchu z przyjaciółmi.

Thomas Mann, który przez całe życie uwielbiał spać, darzył swoje łóżko prawdziwą pasją. Twierdził, że zachował wyraziste wspomnienie każdego łóżka, w którym kiedykolwiek spał (...)."

Autor "Liczenia baranów" zwraca jeszcze naszą uwagę w jaki sposób współczesna rzeczywistość ingeruje w naszą prywatną kwestię snu. Oczywiście wiele zależy od osobistych preferencji, ale nie zmienia to faktu, że ostatnimi czasy ludzie śpią coraz mniej i ową czynność coraz mniej doceniają, widząc ją jako przeszkodę na drodze do aktywnego życia, awansu, modnego klubu itd. Nie mówiąc o całym tym zamieszaniu jakie spowodował wynalazek Edisona, świeczki nie sprzedają się już przecież tak dobrze. Żarówki były strzałem w dziesiątkę - teraz każdy może szaleć do rana.

Reasumując - książkę chętnie przeczytają na pewno wszyscy zainteresowani sferą snów, cierpiący na bezsenność czy prawdziwe śpiochy. Ja bym poleciła ją jeszcze tym, którzy uważają, że nie mają czasu na sen - pracoholikom głównie, pozycja może skłonić do zastanowienia się nad swym trybem życia, bo czy warto poświęcać godzinę dobroczynnego, sprzyjającego urodzie snu na szybsze dotarcie do biura? A więc - budzikom śmierć.

tego samego autora zrecenzowane na blogu:

"Seks, narkotyki i czekolada"

seria: Spectrum

czwartek, 02 czerwca 2011
Dom nad oceanem, Ann Rivers Siddons

Dom nad oceanem, Ann Rivers Siddons, Edytor Akapit

 Dom nad oceanem, Ann Rivers Siddons

Jakoś tak wakacyjne chciałam coś poczytać i padło na Ann Rivers Siddons, wcześniej czytałam jej "Kuzynkę Norę" i nie było tak źle (recenzja tu).

 Naszą przewodniczką po meandrach swej pamięci jest Kate, kobieta w kwiecie wieku, która przeszła już całkiem sporo w swym życiu. Bohaterka żyje obecnie w pięknym domu, oczywiście nad oceanem, w spokojnej, urokliwej miejscowości, u boku kochającego męża. Przeszłość jednak nie daje jej spokoju, dawne urazy odżywają gdy dostaje zaproszenie od byłej przyjaciółki z collegu. Owa była znajoma jest obecnie żoną byłego narzeczonego, dlatego ich przyjaźń jest już niebyła. Dla oczyszczenia atmosfery mąż Kate namawia ją do uczestnictwa w owym zlocie czarownic, kobieta boczy się, złości i wspomina, a my poznajemy przewidywalne do bólu jej koleje życia.

Części poświęcone wspominkom młodości i czasu spędzonego w collegu były tu dla mnie najatrakcyjnejsze - pełne nostalgii, humoru, młodzieńczej żywotności i ulotnego uroku. To jest to, co ratuje tą książkę. Pełno tu girl-power, bliskości jaka związała parę dziewczyn, czaru pierwszych samodzielnych decyzji, przygotowywania się na wejście w dorosłe życie. Kate i Ceci to prawdziwe przyjaciółki, które rozumieją się bez słów, do tego dziecinna, kochana i niezwykle bogata Ginger oraz dosłownie paskudna, głupawa Figg. Razem stanowią nierozerwalną grupkę, towarzyskie kółeczko młodych dziewczątek z ich pierwszymi romansami, wykładami, randkami itp. Do tego przemiłego obrazka pisarka dorzuciła jakieś problemy osobowościowe głównej bohaterki, jej "zawieszenie nad przepaścią", niepewność jaką niesie ze sobą bytowanie. No i tytułowy motyw miłości do oceanu, urzekającego piękna i wiecznego trwania, nic tylko pobudować sobie jakąś chatynkę nad morzem.

Właściwie to pisarka odziera dorosłe życie z jakiegokolwiek uroku, prawie większość wydarzeń, to rozczarowania dla głównych postaci, zgryzoty, problemy, nieszczęścia, choroby, niedokończone sprawy trawiące wszystkie bohaterki od wewnątrz. Szara egzystencja sprzedała każdej parę kopniaków zamiast zaoferować coś więcej, coś czego mogłyby oczekiwać tamte młode dziewczęta z collegu.

Generalnie pisząc to mi się powieść średnio podobała, fabuła była przewidywalna i nie poprowadzona na tyle dobrze, by w trakcie czytania cały czas świetnie się bawić. Ot, takie sobie, nienadzwyczajne czytadło.

poniedziałek, 30 maja 2011
Wiktoria, żona Alberta, George Bidwell

Wiktoria, żona Alberta, George Bidwell, Prószyński i S-ka 2000

 Wiktoria, żona ALberta, George Bidwell

Niedawno oglądałam film "Młoda Wiktoria" więc gdy nawinęła mi się książka Georga Bidwella, "Wiktoria, żona Alberta", od razu postanowiłam ją przeczytać. Zaciekawiła mnie postać tej długowiecznej królowej a pisarz zaspokoił całkowicie moją ciekawość, obraz jaki wyłania się z jego książki nie jest bynajmniej wolny od ostrej krytyki i szczerego osądu jej dokonań.

Wiktoria od początku mimo surowego, chrześcijańskiego wychowania nie miała najlepszych wzorców do naśladowania. Odnosi się to głównie do jaj matki, która jak myślę była głównym przyczynkiem do jej późniejszej hipokryzji. Gdy mała przyłapuje mamę in flagranti z Johnem Conroyem, jej ochmistrzem, delikatna nić porozumienia jaka je łączy zostaje rozerwana i ich stosunki zawsze już będą napięte. Intrygi w posiadłości tylko pogarszają sytuację. Niezbyt inteligentna, omotana księżna Kentu na pewno szczerze kochała córkę, jednak jej pragnienie władzy przewyższało inne uczucia. I tak od najmłodszych lat dziecka, wszyscy bliscy bez przerwy walczą o wpływy nad  Wiktorią i tak już będzie zawsze, bo mimo iż dziewczę się buntuje, to zawsze ktoś roztoczy nad nią swą "delikatną" opiekę. Kolejno jej guwernantka, pierwszy premier, którego darzyć będzie nieszkodliwym uwielbieniem, przyszły mąż.  Co oczywiście nie znaczy, że owi ludzie chcieli źle dla swojej podopiecznej, oni jedynie "wiedzieli lepiej" i Wiktoria dawała się wodzić za nos. Jak pisze Bidwell była kobietą nieopanowaną, pozwalającą by histeria i szał panowały nad nią. Braki w wykształceniu, ogromna naiwność połączona z łatwowiernością, stanowiły dobry materiał do "urabiania".

Gdy osiemnastolatka zasiada na tronie, Anglia ma już powyżej dziurek w nosie Hanowerczyków, którzy sprowadzili owy "tron na dno niesławy" i z ulgą wita świeżą krew. Sama Wiktoria jest zachwycona swoją nowo zdobytą niezależnością i nie ma bladego pojęcia o rządzeniu krajem, w dodatku jest niezwykle stronnicza. Prawdziwy monarcha powinien łagodzić konflikty i być bezstronnym, tymczasem ona kibicowała Wigom albo Torysom, w zależności od okresu życia. Jeśli chodzi o męża to ten gdy już się znudził osuszaniem bibułą podpisów swej królowej zaczął swoją powolną kampanię dyskretnego przejmowania władzy. Sama królowa związek małżeński bardzo sobie chwaliła, poza rodzeniem dzieci, które były dla niej "ujemną stroną małżeństwa". Cechą tej pary była owa "przeklęta moralność" pokrywana przez całe tony hipokryzji. Według biografa Albert był tą silniejszą indywidualnością, kształtującą opinie królowej, niezwykle sumienny, obowiązkowy, a przy tym sztywny i bezwzględny. Po jego śmierci królowa bez przerwy będzie nosić żałobę i czarny czepeczek, skromnym tym ubiorem zyska sobie sympatię niższych klas, co ceniły umiar i bezpretensjonalność.

W książce przedstawiona jest jeszcze jedna postać - Florence Nightingale, ta nieprzeciętna kobieta stanowi tu swego rodzaju przeciwwagę dla Wiktorii. Gdy niezwykle czynna pielęgniarka dokonuje cudów na polu służby zdrowia, królowa Anglii świętuje jubileusz z okazji swej długowieczności i zasiadania na tronie. Pisarz nie ukrywa po czyjej stronie leżą jego sympatie i podziw.

George Bidwell pisze przystępnie, ciekawie, starając się zachować jakąś dozę obiektywizmu, choć nie szczędzi surowych sądów. Do tego analiza fenomenu wiktoriańskiej mentalności i obyczajowości z wytłumaczeniem dlaczego w owym okresie, taką popularność zdobyły sobie ciężkie, wyściełane meble i stoliczki z bibelotami.

niedziela, 29 maja 2011
Zmartwychwstanie, Lew Tołstoj

Zmartwychwstanie, Lew Tołstoj, tłumaczenie Wacław Rogowicz, ZIELONA SOWA 2010

Zmartchwywstanie, Lew Tołstoj

Jakoś uczepiłam się tego Tołstoja, ale to dlatego, że naprawdę mnie wciągnął, jest coś takiego w jego literaturze, co pozwala zagłębić się spokojnie w jego powieść, jak w stary, wysłużony, ale niezmiernie wygodny fotel. "Zmartwychwstanie" mimo dość nagminnego tonu moralizatorskiego w podtekstach, też mnie właściwie nie zawiodło. Książka wydana po raz pierwszy w 1899 r., czyli jeszcze w XIX wieku była pierwszą powieścią po 25 latach "milczenia" (w ym okresie wydawał jedynie krótsze formy prozatorskie) i oczywiście z niecierpliwością oczekiwaną. Ba, sam pisarz stwierdził, że lepszą niż "Wojna i pokój" czy "Anna Karenina", no mogłabym się tu z nim pokłócić.

 Dymitr Iwanowicz Niechludow, bogacz i właściciel ziemski o sporych dochodach używa życia jak społeczeństwo przykazało. Wydaje duże sumy pieniędzy na bezsensowne zakupy, grywa, z obowiązku posiada kochankę, ale i zaleca się do pewnej pięknej panny - jednym słowem nie odstaje od światowego towarzystwa. Jednak pewnego dnia obowiązek obywatelski każe mu zasiąść w sądzie by czynić powinność przysięgłego, a tam w oskarżonej o otrucie prostytutce, rozpoznaje byłą kochankę. Cóż za niezwykły przypadek! To zrządzenie losu, jak się okazuje ma zbawienne skutki na duszę naszego grzesznika, bo ten jak rażony piorunem zdaje sobie nagle sprawę z popełnionych przewinień. Ba, mało tego, jego dusza odradza się w tym momencie, albo lepiej powiedzieć oczyszcza z grzesznego osadu jaki naniósł się w jej progi przez ostatnie lata przebywania wśród elit. Bo to wszystko warunki winne, nie człowiek. Dymitr we wczesnej młodości był nieskalanym chłopcem, idealistą, który ziemię odziedziczoną po ojcu z litości i dobrych chęci chłopom oddał. Jako owe studiujące i nieskażone pachole poznał czarnooką, śliczną Katiuszę, wychowanicę jego ciotek i zapałał do niej miłością równie nieskazitelną i niewinną. Nawet jej nie zwiódł na drogę niecnoty, tak prawy był w owym czasie. Oczywiście taka duszyczka nie mogła zostać nie zbrukana i nasz chłopak nauczył się życia używać w wojsku, powrócił później na wieś do ciotek jako zdeprawowany chłopak po pierwszych wtajemniczeniach, tam uwiódł niewinną dziewczynę i wyjechał w dniu następnym, rzec można - po angielsku. Ta przeszłość cała, dotarła do niego  na rozprawie sądowej i "zobaczył, że źle czyni".

"Bóg, który w nim żył, zbudził się w jego świadomości." - beatyfikacja bohatera już za progiem. Można powiedzieć, że nastąpiła zmiana w jego postępowaniu i myśleniu o 180 stopni. Nie tylko zdał sobie sprawę, że zrujnował komuś innemu życie, ale zaczął rozmyślać nad przyczynami takiej niesprawiedliwości w świecie. A gdy już rozpoczął myślenie, wnioski same zaczęły dobijać się do jego umysłu. Nagle okazało się, że ludzie biedni cierpią taką biedę, że ledwo rodzinę wyżywić mogą, jedno rosyjskie prawo nie obowiązuje tak naprawdę wszystkich, bo gdy w nędzarzach inni znajdują kozły ofiarne, prawdziwi sprawcy przestępstw nie zostają pociągnięci do odpowiedzialności. Nagle świat jawi się jako niesprawiedliwe miejsce, gdzie jedni balują i myślą tylko o sobie, a inni cierpią niezasłużenie. Gdy to wszystko dociera do Niechludowa postanawia on wyjść za mąż za urokliwie zezowatą Katję, czynić dobro i pomagać innym.

Tołstoj sprawnie ukazuje nam ludzi omotanych skomplikowanymi społecznymi zależnościami, które sprawiają, że nie żyją oni tak, jak by tego chcieli, ba, tak tkwią w konwenansach, narzuconych opiniach, schematach, że nie zauważają tego i sami nie wiedzą czego chcą. Życie jest  sprawą dość skomplikowaną i ukazywanie tego najlepiej wychodzi autorowi "Zmartwychwstania". Te wszystkie absurdy społeczeństwa, które samo sobie wikła sieć, w którą wpadają kolejne ofiary. Niesprawiedliwość prawa karnego, samolubstwo ludzi zajętych tylko własnymi potrzebami, człowiek to egoistyczne stworzenie. Stanowczo maj upłynie mi pod nazwiskiem Tołstoja.

środa, 25 maja 2011
Cesarzowa Elżbieta, Brigitte Hamann

Cesarzowa Elżbieta (Elisabeth, Kaiserin wider Willen), Brigitte Hamann, tłumaczenie Jan Koźbiał, PIW 2008

 Cesarzowa Elżbieta, Brigitte Hamann

O książce Brigitty Hamann po raz pierwszy przeczytałam na blogu Lirael i od razu mnie zainteresowała. Tytułowa postać, bohaterka wielu filmów, jest ciągle bezkrytycznie uwielbiana przez naród austriacki i drukowana w masowych ilościach na pocztówkach z pozdrowieniami z Wiednia. Ładna buzia, swoista historia Kopciuszka i wreszcie tragiczna śmierć, dodają poloru legendzie. Nie łatwe to zadanie dla biografa zmierzyć się ze sławną i lubianą postacią historyczną, wokół której narosło trochę mitów. Myślę jednak, że historyk podołała wyzwaniu i udało jej się oddać w ręce czytelników książkę obiektywną, bazującą na wielu źródłach historycznych, a przy tym ciekawą.

Obraz jaki wyłania się nam z publikacji Brigitte Hamann jest szczery i bez pozłoty. Poznajemy zaledwie piętnastoletnią księżniczkę bawarską, która całkowicie zauroczyła cesarza Franciszka Józefa. W dodatku dziewczę nie miało podobnego zamiaru, jedynie towarzyszyło w oficjalnej wizycie swej starszej siostrze Helenie. Jednak cóż począć, "cesarzowi Austrii nie daje się kosza". I w ten dość sprzeczny z etykietą sposób zaczęto kompletować na chybcika wyprawę ślubną dziewczynce, całkowicie zaskoczona matka nie była przygotowana na taką ewentualność i trousseau Elżbiety von Wittelsbach wypada biednie na wiedeńskim dworze. Tragedię jaką musiała przeżywać mała cesarzowa trudno nam zrozumieć w XXI w., nie był to dla niej najlepszy początek a "na parkiecie wiedeńskiego dworu łatwo było się poślizgnąć". Do tego Elżbiecie brakowało nieskazitelnego drzewa genealogicznego co gubiło ją w oczach dworu, nie mówiąc już o dość ekscentrycznym postępowaniu papy von Wittelsbacha. Jednym słowem pewne rzeczy się nie zmieniają - majątek i pozycja, to ceniono i ceni się nadal w wielkim świecie. Potem było już tylko gorzej, nieporozumienia z upartą i niedyskretną teściową narastały, Zofia nie przywykła do tego by jej się sprzeciwiano i miała własne poglądy na wychowanie wnuków. Franciszek Józef szczerze kochał swoją żonę, ale wychodził z założenia, że jakoś się dziewczę odnajdzie w pałacu. I rzeczywiście wraz z upływem lat młoda kobieta zaczęła mieć własne zdanie, ale bynajmniej nie takie jakiego spodziewał się jej mąż. Sisi nauczyła się wykorzystywać swój największy atut - urodę, do spełniania swoich pragnień, jednak ze względu na swą chorobliwą nieśmiałość nigdy porządnie nie zajęła się polityką.

Była cesarzową, która uważała że urząd cesarza jest niepotrzebny, wręcz zbędny, oczywiście mężowi tego nie mówiła, nigdy też go nie krytykowała. Zwolenniczka demokracji o antymonarchistycznych poglądach, postępowa kobieta, po cichu hodująca swoją indywidualność. Do tego egzaltowana romantyczka i poetka, to przez nią najważniejszą osobą na dworze była fryzjerka. No, ale jak ktoś ma włosy do kostek to toaleta trwa "chwilę" (ta chwila liczyła sobie dziennie trzy godziny) i musiał być ktoś wprawny do pomocy. Wszystkie zabiegi upiększające urodę zwróciły się Elżbiecie, która jeszcze po pięćdziesiątce (przypominam, że wtedy nie było jeszcze liftingów i innych nieczystych sztuczek) uchodziła za piękną kobietę i bynajmniej nie "jechała" na ugruntowanej opinii ani pozycji jaką zajmowała w świecie.

Autorka biografii cesarzowej nie pomija milczeniem ekscesów swojej bohaterki, jej narastających dziwactw, nerwowych napadów. Ktoś kto oglądał te wszystkie filmy o Sisi może się srodze rozczarować nią samą i jej późniejszym związkiem z mężem. Dość powiedzieć, że kochana żonka ułatwiała cesarzowi spotkania z jego nową przyjaciółką, po resztę informacji ciekawskich odsyłam do książki Brigitte Hamann.

seria: Biografie Sławnych Ludzi

poniedziałek, 23 maja 2011
Prządki księżycowe, Mary Stewart

Prządki księżycowe (The Moon-Spinners), Mary Stewart

 Prządki księżycowe, Mary Stewart

Ten mitologiczny tytuł obiecał mi więcej niż była w stanie dać powieść i przez to jestem rozczarowana lekturą. Po Mary Stewart sięgnęłam pierwszy raz, teraz wiem, że może powieść spodobałaby mi się bardziej gdybym była dużo młodsza. Naczytałam się wcześniej trochę o tej pisarce na angielskich blogach, ale to nie to, czego szukałam. Jest to pisarka stale wznawiana i uznana na wyspie, zapewne nie bez powodu. Po czterech tomach "Wojny i pokoju" potrzebowałam czegoś króciutkiego i przyjemnego, "Prządki księżycowe" te dwa warunki spełniły, ale nic ponad to.

Upalne lato, skaliste wybrzeża Krety i pespektywa tygodniowego urlopu wprawiła Nicolę w szampański humor i wcale jej się nie dziwię. Młoda dziewczyna przybywa dzień wcześniej na peryferia małego, greckiego miasteczka i zamiast udać się prosto do hotelu zbacza by napawać się widokiem i wolnością. Natyka się na nerwowego faceta, który atakuje ją i grozi jej nożem. Dalej jest już tylko ciekawiej dla naszej małej podróżniczki. Poznaje tajemniczego, rannego, już nie tak nerwowego Marka, ukrywającego się w pasterskiej chacie. Oczywiście przedsiębiorcza dziewoja wyciąga z mężczyzn ich tajemnice, i miesza się do nich z niesłabnącym zapałem. W końcu jest młoda, ciekawa życia i impulsywna. Nie będę pisała nic więcej na temat treści, gdyż nie jest skomplikowana i mogłabym komuś zepsuć przyjemność odsłaniając zbyt wiele szczegółów fabuły.

Książkę poleciłabym raczej młodszym czytelniczkom, elementy sensacyjne, wątek miłosny, rannego przystojniaka - jest wszystko co może zapewnić jakąś dozę rozrywki. Styl pisarka ma wypracowany, wie jak zgrabnie posługiwać się językiem, w końcu ma niejedną książkę na koncie. To takie czytadło w sam raz na wakacje, w końcu główna bohaterka też się na nie wybrała, no i miejsce akcji - słoneczna Grecja, może być dodatkowym atutem.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka