wtorek, 12 lipca 2011
Amulet, Roberto Bolano

Amulet (Amuleto), Roberto Bolano, przełożył Tomasz Pindel, MUZA, Warszawa 2011

 Amulet, Roberto Bolano

Nie przygotowałam się w ogóle na spotkanie z Roberto Bolano dlatego byłam dość zaskoczona jego stylem. Jakoś z początku rozśmieszył mnie ten sposób narracji, prosty, żywy, plastyczny, ale z drugiej strony przypominający opowiadanie babci klozetowej.

Auxilio Lacouture, Urugwajka, przybywa do Meksyku w latach sześćdziesiątych. Jest kobietą niezamężną, bez stałego zatrudnienia, papierów czy domu. Można powiedzieć bohaterka oderwana od stałej, pewnej i określonej przez standardy rzeczywistości.

"Ale ważne jest to, że pewnego dnia przyjechałam do Meksyku, nie bardzo wiedząc po co ani na co, ani jak, ani kiedy."

Pomieszkuje u licznych przyjaciół, romansuje z poetami i wykonuje dorywcze prace na uniwersytecie, gdzie bez przerwy udaje się jej jakoś zaczepić dzięki protekcji znajomych. Nazywa siebie "matką poezji meksykańskiej" trudno mi powiedzieć czy dlatego, że otacza iście matczyną troską wszelkiej maści poetów, czy dlatego, że sama też coś tam pisze. Gdy w 1968 r. na uczelnie wtargnęły siły policyjne, kobieta akurat była w toalecie gdzie pozostała do końca akcji i jeszcze kilka tygodni dłużej. Żeby mieć co robić zaczyna wspominać najważniejsze wydarzenia ze swego życia, przeplatać je anegdotami, skacząc z tematu na temat.

"Pomyślałam: jestem w damskiej łazience na Wydziale Filologicznym i jestem ostatnią, która została. Zmierzałam na salę operacyjną. Zmierzałam ku porodowi Historii. I pomyślałam też (bo głupia nie jestem): wszystko się skończyło, grenadierzy poszli sobie z uniwersytetu, studenci zniknęli na Tlateloco, uniwersytet znów się otworzył, ale ja nadal siedzę zamknięta w ubikacji na czwartym piętrze, jakby od tego ciągłego prześlizgiwania się księżyca po płytkach otworzyła się jakaś brama, niebędąca portalem smutku, tylko kotinuum czasowym."

Wśród wspominek naszej party-girl znalazło się wielu ludzi kultury prawdziwych i wymyślonych, deportowanych pisarzy, młodych poetów, między innymi też swoisty sobowtór autora książki - nastoletni Arturo Bolano. Trudno mi się ustosunkować do tej mini powieści przypominającej po trosze brytyjskich postmodernistów piszących pod wpływem Latynoamerykańskiego magicznego realizmu. Do tego wypełnionej iście lingwistycznymi fajerwerkami. Skomplikowana sprawa.

poniedziałek, 04 lipca 2011
Podmorska wyspa, Isabel Allende

Podmorska wyspa (La Isla Bajo el Mar), Isabel Allende, przełożyli Joanna Ostrowska, Grzegorz Ostrowski, MUZA, Warszawa 2011

 Podmorska wyspa, Isabel Allende

Na najnowszą książkę Isabel Allende czekałam z niecierpliwością, ciekawa czy pisarka i tym razem podoła czytelniczym wymogom. Czytając poprzednie powieści tej autorki mogłam zapomnieć o bożym świecie i zanurzyć się spokojnie w światach przez nią wykreowanych, rozpieściła czytelnika ciekawą fabułą z odrobiną historii i faktów umiejętnie w nią wmiksowanych, soczystym stylem.

Akcja "Podmorskiej wyspy" toczy się na Karaibach i w Nowym Orleanie, pod koniec XVIII wieku obfitującego w wydarzenia historyczne - rewolty niewolników, rewolucje francuska, amerykańska wojna o niepodległość, nic tylko przebierać. Tło wydarzeń jest więc niezwykle barwne i krwawe. Kilka rodzajów narracji pozwala nam zerknąć do dusz wielu postaci i poznać zdarzenia z szerszej perspektywy. Główna bohaterka, Zarite zwana pieszczotliwie Tete, jest niewolnicą, która trafia na plantację trzciny cukrowej, by opiekować się żoną Toulousa Valmoraina, która jest osobą o słabym zdrowiu i jeszcze słabszym umyśle. Wkrótce pani całkiem rozum odejmuje, a Tete staje się niezbędną służącą w posiadłości, potrzebną zarówno mężowi jak i jego małżonce. Dziewczyna ma pełne ręce roboty z panią, która jest niespełna rozumu i panem, który musi znaleźć gdzieś ujście dla swych seksualnych frustracji, a że czarna służąca jest pod ręką, to dalszego ciągu można się domyślić. Wkrótce jednak bunty niewolników zagrażają białym plantatorom, którzy są zabijani w brutalny i bezlitosny sposób, a ich posiadłości niszczone. Pełna dobroci Zarite ratuje z takiego nocnego rajdu swego pana i jego syna. Ich losy będą teraz już splątane na zawsze misterną siatką wzajemnych powiązań.

Niektóre z postaci to dość skomplikowane charaktery, zwłaszcza Valmorain, właściciel plantacji, który w młodości miał dość wywrotowe poglądy wolnościowe, później przechodzi kilka przemian. Od naiwnego młodzieńca do bussinesmana zbijającego fortunę i decydującego o ludzkim życiu, aż po przepełnionego wyrzutami sumienia starca. Ma typowe dla swej klasy poglądy, usprawiedliwia się w ten sam sposób ze swego okrucieństwa, co tysiące mu podobnych. W ogóle odniosłam wrażenie, że pisarka próbowała uczynić swą powieść jak najbardziej uniwersalną, z typowymi przedstawicielami ówczesnych czasów i ich problemami. Znajdziemy tu więc niezwykle okrutnego nadzorcę niewolników o nieskończonej władzy, potulnych helotów i tych, którzy po trupach będą chcieli zdobyć wolność, typy wiecznie optymistyczne, piękne oraz namiętne kobiety. Pieniądze, władza, uroda - czyli to co zawsze, z dodatkiem bezwzględności, okrucieństwa, dusznej atmosfery i miłości.

Fabuła jakoś tak nie do końca się klei jak dla mnie, wydaje mi się, że Allende za wiele tu chciała przemycić. Porozsypywani bohaterowie, których połowa jest pretekstem do przedstawienia zdobytych przez autorkę informacji.  Sama opowieść jest snuta całkiem zgrabnie i ze znawstwem doświadczonego powieściopisarza, ale mam wrażenie, że pewne rzeczy umknęły, a innych jest za dużo. Pisarka na pewno mnóstwo czasu spędziła nad materiałami źródłowymi i momentami trochę na wcisk dodaje kolejne informacje oraz fakty, które mogłaby po prostu umieścić w przypisach. Myślę, że tą książkę trzeba czytać w upalne dni, gdy żar leje się z nieba, a my obładowani niekoniecznie zmierzamy na plantacje trzciny cukrowej ale np. na plażę, ewentualnie przekopujemy w pocie czoła grządki z truskawkami. Takie czytadło z ambicjami.

czwartek, 30 czerwca 2011
Wspomnienia niebieskiego mundurka, Wiktor Gomulicki

Wspomnienia niebieskiego mundurka, Wiktor Gomulicki, Ibis

 Wspomnienia niebieskiego mundurka, Wiktor Gomulicki

Trójka dzieciaków znajduje niebieski kołnierz i zasypuje swego tatę ciekawskimi pytaniami o jego pochodzenie. Pociechy ze zdziwieniem dowiadują się, że w końcu XIX wieku, w Pułtusku, uczniowie nosili niebieskie mundurki. Naprowadzony na ścieżki wspomnień tato zaczyna wydobywać z pamięci zapomniane anegdoty z okresu swej początkowej edukacji.

Chłopięca natura bardzo się chyba nie zmieniła od czasu gdy Wiktor Gomulicki spisywał "Wspomnienia niebieskiego mundurka". Jest tu owa nieokiełznana siła młodzieńcza, z jej butnością, hardością, ciekawością świata. Zawierane są przyjaźnie na śmierć i życie nad garncem miodu, dokonywane są czyny bohaterskie i odstawiana fanfaronada do spółki z bezmyślnością. Pierwszoklasiści to knoty, dzieci nie mające bladego pojęcia o życiu w szkole i jej poważnych wymogach. Jest tarmoszący za czupryny nauczyciel francuskiego, lubiący powtarzać podstawy łacinnik, Rosjanin o przychylnej duszy, surowy inspektor. Gmach szkolny i przewidziane pięć klas podstawowych to szkoła życia i kręta ścieżka edukacji, nie wszystkim też będzie dane poznać jej koniec. Niektórzy z chłopców nie poradzą sobie z wymaganiami ciała pedagogicznego, inni wrócą na wieś pomagać rodzicom, a jeszcze inni zostaną ożenieni przez zaradnych ojców ku całkowitej zgrozie swoich kolegów.

Przygody męskiej progenitury są barwne, czasem niebezpieczne - czyta się to z raczej z uśmiechem rozbawienia na ustach. Miło jest się zagłębić w te niewinne psoty. Poznajemy prymusów, lizusów, leniuchów, krętaczy i przyszłych businessmanów, którzy za bułki z masłem sprzedają naostrzone stalówki albo z dobroci serca starannie kaligrafują nazwiska na zeszytach. Dowiemy się jak przycinano stalówki do piór i ręcznie sporządzano piłki do gry. Uczniowie pochodzą z różnych warstw społecznych, mamy synów urzędników z miasta, chłopskie dzieci i małych brzdąców rzemieślników, którzy zwykle przez swą zaradność i talenta cieszą się poważaniem wśród kolegów. Te światy się ścierają, rzeczywistość dla każdego z chłopców jest inna dlatego z ciekawością, a często i zdziwieniem popatrują na towarzyszy w ławkach.

Książka jest po prostu urocza, niesamowicie nostalgiczna, pisana piękną, barwną polszczyzną.

"To nie "knoty" przyszli, nie urwisy, nie zrywacze kwaśnych jabłek, nie otrząsacze robaczywych gruszek. To raczyła nawiedzić ogród zamkowy arystokracja szkoły: same piąto-klasisty, ptaki na wylocie, którym rektor doręczyć ma jutro patenty, a wraz z patentami prawo noszenia stroju cywilnego, zapuszczania bród i wąsów, chodzenia z laskami, grywania w bilard, zaciągania się papierosem."

"- Miałem skoczyć z huśtawki - mówi wesoło.

 

- Tak. Z huśtawki rozbujanej. Skoczyłeś?

 

- Skoczyłem.

 

- I cóż?

 

- Ano, niech powiedzą świadkowie. Występuje Sitkiewicz i dwaj inni jeszcze.

 

- Chcieliśmy do tego nie dopuścić - mówi Sitkiewicz - ale smarkacz uparł się i skoczył.

 

- Ty, Sitko - woła zaperzony malec - tylko bez "smarkaczów"! "Balonikiem" pozwalam się nazywać, ale za "smarkacza" możesz oberwać.

 

- Skoczył - ciągnie tamten, nic sobie z pogróżek nie czyniąc - no, i naturalnie, rękę złamał.

 

- Kłamiesz. Nie złamałem, lecz zwichnąłem.

 

- Jedno licho.

 

- Nie jedno. W tydzień później mogłem już był skakać po raz drugi.

 

- Spodziewam się - zauważył Kuszkowski dobrotliwie - żeś tego nie zrobił!

 

- Wariatem przecie nie jestem!

 

Śmieją się słuchacze - śmieje się i arbiter.

 

- Jakże zatem - pyta ostatni - zapatrujesz się dziś sam na swoje bohaterstwo?

 

- Że jest odpowiedniejsze dla małpy niż dla człowieka."

poniedziałek, 27 czerwca 2011
Nieszczęsny narzeczony Aurelii, Mark Twain

Nieszczęsny narzeczony Aurelii (Aurelia's Unfortunate Young Man), Mark Twain, PIW 1960

Nieszczęsny narzeczony Aurelii, MArk TWain 

Po tym jak przeczytałam po raz pierwszy "Przygody Tomka Sawyera" i "Przygody Hucka Finna" od razu pokochałam dowcip i styl Marka Twaina, żałowałam, że nie sięgnęłam po jego książki dużo wcześniej. "Nieszczęsny narzeczony Aurelii" to zbiór przeróżnych felietonów, które owe poczucie humoru pisarza posiadają w stanie skondensowanym do tych krótkich form literackich.

Tytułowe opowiadanie to historia Caruthersa, którego pokochała Aurelia, młodzi zaręczyli się w błogiej szczęśliwości oczekiwali na ślub, jednak narzeczony zapadł na ospę, która go trwale oszpeciła. Na szczęście jego wybranka miała dobre serduszko i nie odwołała ślubu z tak nie twarzowego powodu, tylko przeniosła go na późniejszy termin, cóż z tego, gdy nasz fajtłapa znowu się uszkodził i znowu stracił trochę więcej ze swego męskiego czaru. Dzielne dziewczę powalczyło z sumieniem i postanowiło, że raz danego słowa się nie cofa. Jednak w tym tempie rozkładu jakiemu poddaje się przez nieszczęśliwe przypadki Caruthers, kto wie co z niego pozostaje i czy młoda dziewczyna wytrwa w swym honorowym postanowieniu.

W takim właśnie tonie, niepoważnym, drwiącym, pełnym humoru pisze Mark Twain swoje opowiadania. Bierze na warsztat typowe dla ludzi zachowania, postawy czy cechy charakteru, np. hipokryzję, chciwość, obłudę, naiwność, prostactwo, wyolbrzymiając je, tworząc groteskowe postacie, niepoważne oraz nieprawdopodobne wydarzenia. Wyśmiewa słabości Amerykanów i szydzi z nich w komiczny sposób. W dość pomysłowy sposób krytykuje naturę kobiecą i jej ułomności, ale nie można się gniewać gdyż robi to w taki dobroduszny i pełen dowcipu sposób. Dość, że nie oszczędza i samego siebie, jest obecny w niektórych z felietonów jak choćby w przezabawnej "Groteskowej autobiografii".

"Artur Twain był człowiekiem niewątpliwie wybitnym: pełnił on zaszczytne funkcje poborcy rogatkowego w epoce Wilhelma Rufusa. Mając lat mniej więcej trzydzieści udał się do jednego z owych wspaniałych, staro angielskich miejsc wypoczynkowych, zwanego Newgate, skąd nie było mu już dane powrócić. Zmarł tam nagłą śmiercią.

 August Twain narobił sporo zamieszania około 1160 r. Był to jegomość pełen humoru. Miał zwyczaj ostrzyć swą starą szablę, zaczajać się nocą w różnych zaułkach i rzucać się na przechodniów. Istnieją podejrzenia, że przeszywał on ludzi szablą, wyłącznie zresztą po to, aby obserwować ich zabawne konwulsje. Miał on wrodzone poczucie humoru. Ponieważ jednak posunął się w tej dziedzinie nieco za daleko, władze przychwyciwszy go na tego rodzaju igraszce, oddzieliły jedną część jego ziemskiej powłoki od drugiej. Część ta została umieszczona w pięknym i wyniosłym miejscu na Temple Bar, skąd przodek mój mógł się swobodnie przypatrywać ludziom i spędzać czas na godziwej rozrywce. Żadne miejsce nie przypadło mu nigdy tak bardzo do gustu i do żadnego miejsca nie przywiązał się nigdy na tak długo.

 Nasze drzewo genealogiczne wykazuje przez następne dwa wieki szereg szlachetnych rycerzy, którzy szli zawsze do bitwy z pieśnią na ustach tuż za armią i cofali się z dzikim wrzaskiem na jej czele. (...)"

Polecam jako odtrutkę na chandrę, trzy razy dziennie po jednym utworze, gdyby efekty nie były od razu widoczne proponuję zwiększyć dawkę. W zbiorku znajdziemy:

- Groteskowa autobiografia
- Jak redagowałem dziennik w Tennessee
- Nieszczęsny narzeczony Aurelii
- Jak kandydowałem na gubernatora
- Podróż międzyplanetarna
- Sytuacja bez wyjścia
- Dzieje grzecznego chłopczyka
- Dzieje niegrzecznego chłopczyka
- Literatura o wspaniałomyślnych uczynkach
- O fryzjerach
- Chłopczyk, policjant i Chińczycy
- Okazowy staruszek
- Rewolucja w Pictairn
- Ludożerstwo w wagonach
- Dzieje Wenus z Kapitolu
- Człowiek, który zdemoralizował Hadleyburg
- Pani McWilliams i dyfteryt
- Pani McWilliams i pioruny
- Rozczarowanie
- Obraz
- Sprawa wielkiego kontraktu mięsnego
- Rogers
- Romans eskimoski

niedziela, 26 czerwca 2011
Perswazje, Jane Austen

 Perswazje (Persuaasion), Jane Austen, tłumaczyła Ewa Partyga, Prószyński Media 2008

 Perswazje, Jane Austen

 Ze wszystkich powieści Jane Austen "Perswazje" są tą najmniej komiczną, a najbardziej skupiającą się na uczuciach bohaterów, niezwykle romantyczną i  nostalgiczną jednocześnie.

 Anna Elliot z Kellynch Hall to stara panna z pewnym bagażem doświadczeń, doskonałym urodzeniem i odpowiednimi koneksjami. Żyje w rodowej siedzibie wraz ze swą starszą siostrą oraz rozrzutnym i bardzo nieodpowiedzialnym ojcem. Długi papy doprowadzają do tego, że rodzinka musi się wynieść z posiadłości, do mniejszego mieszkania w Bath. Przypadkiem Kellynch Hall wydzierżawia admirał Croft, który zupełnym trafem skoligacony jest z byłym narzeczonym Anny, kapitanem Wentworthem. Małżeństwo nie doszło do skutku gdyż niedoszły małżonek nie miał odpowiedniego urodzenia oraz majątku, a młode wówczas dziewczę uległo namowom rodziny i przyjaciół, którzy chcąc jej dobra wyperswadowali jej ten mariaż. Jak możemy się domyślić po ośmiu latach biedny kapitan dorobił się pozycji i majątku w świecie i nie był już taki biedny.

 Główna bohaterka jest kobietą na wskroś zwyczajną, nie wyróżniającą się niczym, o łagodnej, hojnej naturze, z niezwykłą cierpliwością znosi zachowania i kaprysy najbliższych gdzie mi już by żyłka pękła. Czyli postać dość nudna jak na powieść, ale w jej zwyczajności tkwi siła. Autorka bardzo subtelnie rozprawia się tu z wadami swoich bohaterów, nie kpi z nich tak bardzo jak w innych powieściach. Satyryczna nuta jest obecna, ale ledwie słyszalna, tu bardziej liczy się napięcie emocjonalne międy parą zakochanych, uczucia. I przede wszystkim ogromne pokłady romantyzmu jakie tkwią w tej historii oraz wypowiedziach bohaterów. Tu też mamy do czynienia z ośmieszeniem konwenansu, ale na mniejszą skalę. Co mi się podoba to, to że tym razem pałeczkę działania przejęła kobieta, to ona ma ostateczne prawo decyzji i szansę na kierowanie własnym losem. Znajduje się w lepszej sytuacji materialnej oraz na wyższym szczeblu koligacji społecznych, choć z drugiej strony grozi jej staropanieństwo i samotność. Grunt, że może decydować o własnym szczęściu, a inni moga ją tylko przekonywać. 

Ile by mogła dziś powiedzieć Anna Elliot – a przynajmniej jak wymowne byłyby dziś jej uczucia opowiadające się za wczesną gorącą miłością i pogodną wiarą w przyszłość, a przeciwko zbyt przezornej ostrożności, która obraża wszelki wysiłek ludzki i świadczy o braku wiary w opatrzność. Zmuszono ją za młodu do rozwagi, nabrała romantyczności z wiekiem – naturalne to konsekwencje nienaturalnego początku.

czwartek, 23 czerwca 2011
Arka Noego, Marianne Fredriksson

Arka Noego (Syndafloden), Marianne Fredriksson, Świat Książki 2000

 Arka Noego, Marianne Fredriksson

Książka szwedzkiej pisarki jakoś sama wpadła mi w ręce i zanim się obejrzałam już czytałam o pracowitych przygotowaniach Noego do budowy ogromnej łodzi. Marianne Fredriksson ożywia zamierzchłą opowieść biblijną by jeszcze raz powołać do życia mityczne, obrosłe w legendy postaci. Mamy możliwość zajrzeć do stoczni biblijnego patriarchy i poznać jego rodzinę. Obraz jaki stworzyła pisarka okazuje się być niezwykle ludzki i żywy, bynajmniej nie uduchowiony czy mistyczny.

Czytając o codziennym życiu mieszkańców Sumeru widzimy jak wielką rolę odgrywała wtedy religia. Bogowie byli integralną częścią życia, nie dyskutowano czy istnieją,tylko zastanawiano się ilu ich jest. Nie kwestionowano ich boskiej mocy i wpływu na codzienne życie. Noe i jego rodzina wierzą w Boga, w którego wiara została zakazana. Państwo podzielone jest przez waśnie, bogactwo kulturowe za to ogromne, ilość, niezwykłych ludów i ich wierzeń oraz podań nieograniczona. Widzimy jak w spokojne i ustabilizowane życie Noego wdziera się niepostrzeżenie boży posłaniec, który zleca budowniczemu łodzi wybudowanie arki. Patriarcha rodziny przepełniony jest naturalnymi w takiej chwili wątpliwościami. Czy to możliwe żeby wybrano właśnie jego, czy Bóg naprawdę chce zgładzić ludzkość, czy to nie oszustwo? Tylko Naema, żona Noego, nie ma żadnych wątpliwości, nie wacha się ani chwili, przekonuje męża do działania. Jednakże nasz bohater mimo tego, że zaczął już wstępnie załatwiać sprawy związane z tak ogromnym przedsięwzięciem, nie dowierza, dopóki sam Stwórca nie przemówi do niego i nie poprze swych zamiarów czytelnymi dla ludzi obrazami.

Czytelnik ma okazję spojrzeć na legendarnych bohaterów przypowieści od nowej strony, nawet mogę powiedzieć "od kuchni" - bo niebagatelną rolę w tej historii odgrywają kobiety. Co jak co, ale ktoś musi całe to towarzystwo nakarmić, ubrać, zadbać o dzieci, wspierać chwiejących się mężczyzn, pomagać wreszcie w sprawach organizacyjnych. Żony synów Noego kierują nie tylko gospodarstwem, one sprawują taką cichą władzę, niekiedy dyskretnie, innym razem całkiem otwarcie wtrącają się do wszystkiego. Każda z nich jest inna i każda dzięki przedsięwzięciu Noego poznaje swoją prawdziwą wartość, nabiera pewności siebie, odkrywa ukryty talent. Fakt , że dopiero w chwili niezwykłej, wymagającej od rodziny jedności i zorganizowania stwarza dla nich dopiero okazję do poznania własnego ja. W końcu wszyscy oni są tylko ludźmi wobec boskich, niezbadanych wyroków, czują gniew, złość, strach i odpowiedzialność za członków swej rodziny. Lektura w sam raz na deszczowe dni.

"Może jest tak, że nigdy nie zdołamy zrozumieć co to jest Bóg, dlatego kształtujemy go na nasze własne podobieństwo."

wtorek, 21 czerwca 2011
Penmarrick, Susan Howatch

Penmarrick, Susan Howatch

 Penmarrick, Susan Howatch

"Penmarrick" to potężna saga rodzinna z rodową posiadłością i wzgórzami Kornwalii w tle. Książka do której trochę trudno mi się ustosunkować, z jednej strony nieźle napisana, z niebanalnymi postaciami i ciekawym pomysłem na fabułę, z drugiej nużąca i momentami stanowczo przydługa.

Tytułowy Penmarrick to dwór nad brzegiem morza, który pradziad rodziny wygrał w kości. Wspaniały budynek będzie wzbudzać wśród kolejnych pokoleń kornwalijskiej rodziny zazdrość, namiętność oraz pożądanie, zapewni każdemu z męskich potomków odpowiedni status społeczny i ugruntuje nienawiść między nimi - czyli jak w dobrej sadze rodzinnej. Losy samej familii zaczynamy śledzić od Marka, który dziedziczy rodowe gniazdo i osiedla się w nim z wybranką serca Janną, ma to miejsce w połowie XIX wieku. Będzie nam dane poznać dzieje ich synów, które obejmą w czasie jeszcze koniec drugiej wojny światowej. Czyli ramy czasowe powieści sięgają ery wiktoriańskiej i kończą się w 1945 r. - całkiem niezły rozstrzał.

Bardzo mi się podobały postacie, które autorka potrafiła ożywić i przede wszystkim sprawić, by nie było tu czytelnego podziału na czerń i biel. Każdy bohater jest odrębnym człowiekiem pełnym wad i zalet, w każdym z nich możemy dopatrzyć się czegoś dobrego, a jednocześnie nie brakuje im grzeszków na sumieniu, mrocznych tajemnic, niezbadanych zakamarków duszy - to plus tej książki. Do tego narrację oddaje pisarka po kolei pięciu głównym osobom, ich relacje przenikają się, pozwalają czytelnikowi na szerszy ogląd ich natur, dają sznasę na ponowne ustosunkowanie się do ich czynów. Do tego oryginalny pomysł Howatch by ich losy były odbiciem życiorysów pierwszych Plantagenetów, Mark to Henryk II, Janna - Eleonora Akwitańska, ich syn Filip to oczywiście Ryszard Lwie Serce, a najmłodszy to Jan bez Ziemi. Koncept, który dodał lekturze smaczku. Jeśli chodzi o samą historię to nie koniec bo przecież ingeruje ona  w życie bohaterów sagi, zwłaszcza pierwsza i druga wojna światowa. Trochę mało tu tego XIX wieku, znaczy nie ma tu opisu powłóczystych sukien i świec płonących w kandelabrach, brak tu takich szczegółów kreujących nastrój i wprowadzających czytelnika w okres, którym ma miejsce akcja. Jednych to na pewno ucieszy, innych zawiedzie. Ta zewnętrzna rzeczywistość najbardziej daje znać o sobie gdy rozpoczyna się narracja Filipa i jednocześnie poznajemy jago największą namiętność - kopalnie cyny, w końcu to Kornwalia.

Minusem dla mnie były częste momenty, w których akcja zwalniała do zera. Ja rozumiem, że autorka starała się skupić na portrecie psychologicznym swoich postaci, ale oni zbyt często się powtarzają, za wolno dochodzą do pewnych wniosków i bez przerwy kłócą się o to samo - zwłaszcza liczne potomstwo płodnego Marka. Wzajemne sprzeczki i pretensje są niezmiennie te same. Za to myślę, że obraz małżeństw i ich problemów nie jest taki prosty i oczywisty - jak w życiu i tu kolejny plus dla pisarki.

Generalnie słuchałam audiobooka, więc nie było tak źle, długie momenty nie nużyły tak bardzo. Sama powieść przypomina mi bardzo "Przeklętą krew" Daphne du Maurier, tam też znajdziemy podobne klimaty i motywy.

niedziela, 19 czerwca 2011
Uciekłam na wyspę, Ann Rivers Siddons

Uciekłam na wyspę (Up Island), Ann Rivers Siddons, przeł. Zofia Uhrynowska-Hanasz, Świat Książki

 Uciekłam na wyspę, Ann Rivers Siddons

Literatura obyczajowa to chyba nie moja para kaloszy, albo mam za duże wymagania, albo te wszystkie książki z tzw. półki kobiecej są do siebie zbyt podobne. Czasami mam ochotę na coś lekkiego i łatwego, ale niech to będzie na poziomie. Czy ktoś może mi polecić jakąś wciągającą obyczajówkę dla kobiet?

Oczywiście główna bohaterka "Uciekłam na wyspę", Molly Rediwne, ma już lata młodości za sobą, dorosłe, odchowane dzieci i zdradzającego ją męża. On nie chce jej krzywdzić, ale tamta druga bardzo go potrzebuje więc ona powinna zrozumieć, że on się musi z nią rozwieść i wziąć pod swoje skrzydła tamtą. Naturalnie "tamta" jest dużo młodsza, szczuplejsza i ma charakter jędzy, w dodatku chce zamieszkać w domu rodzinnym swego kochanka. Co ma zrobić kobieta pozostawiona w ten sposób na lodzie? Wyjechać w jakieś ładne miejsce i tam leczyć swe rany. Jak już wyjedzie to znajdą się ludzie, którzy pomogą, uroczy domek i wolny facet.

Jak zwykle u Siddons mamy kiepski kontakt głównej bohaterki z matką i tatę z depresją. Jak już wystarczająco pognębiła swoją bohaterkę, a zajęło jej to prawie pół książki - wybitnie nudne pół swoją drogą, to ją wysyła gdzieś, żeby ta odsapnęła. W drugiej połowie jak się można domyślić Molly układa sobie życie na nowo, dokarmiając łabędzi, doglądając starszych pań i opiekując się chorym mężczyzną. Kobieta miała więc pełne ręce roboty i nie miała czasu rozpaczać nad własnym nieszczęściem. Książka całkowicie nie przypadła mi do gustu, wracam więc do półki z klasyką.

piątek, 17 czerwca 2011
Kronika ptaka nakręcacza, Haruki Murakami

Kronika ptaka nakręcacza (Nejimakidori kuronikuru), Haruki Murakami, przełożyła Anna Zielińska-Elliot, MUZA, Warszawa 2011

 Kronika ptaka nakręcacza, Haruki Murakami

Tak pokręconej książki to ja dawno nie czytałam, ale zacznę od początku. Główny bohater "Kroniki ptaka nakręcacza" to człowiek z tak zwanej szarej rzeczywistości, niczym się nie wyróżniający, mało ambitny mężczyzna w średnim wieku, nawet nie salaryman. Nie dołączył do wyścigu szczurów w społeczeństwie japońskim, odwrotnie, obrał zupełnie przeciwny kierunek w swym życiu. Przerwał studia, zrezygnował z pracy, nie śpieszy się mu ze znalezieniem kolejnej, dni spędza na gotowaniu dla siebie i żony oraz innych drobnych pracach domowych. Pierwszym sygnałem dla zbliżającego się końca tej sielanki jest zniknięcie ich kota, potem wszystko się już sypie w życiu naszego szaraka. Znika żona, która okazuje się też, że go zdradzała i nigdy nie odniosła seksualnej satysfakcji z ich pożycia, pojawiają się dziwne kobiety-media, o jeszcze dziwniejszych imionach, jedna w czerwonym plastikowym kapeluszu, druga z dość nieokreślonym gustem. Telefon się urywa, dzwonią tajemnicze osoby, w tym nieznana kobieta proponująca seks. W tym całym zamieszaniu facet też zaczyna dziwaczeć i złazi na dno  suchej studni, na podwórku wisielców by pomedytować sobie w ciszy, ciemności i samotności. Jednym słowem oswojona harmonia prozaicznego, bezpiecznego świata nagle została całkowicie zniszczona. Przestajemy dziwić się czemukolwiek, kolejne wydarzenia nabierają mistycznego charakteru. Toru Okada dobrowolnie odcina się od świata rzeczywistego, tego w którym właśnie my żyjemy. Jest to najbardziej pasywny bohater z jakimi miałam do czynienia przez ostatnie miesiące, a może nawet lata.

Trudno rozpatrywać "Kroniki pata nakręcacza" w standardowych kategoriach, pisarz kreuje świat od nowa, każde wydarzenie nasyca odrębnym znaczeniem. Przecież mój pobieżny opis treści tej powieści brzmi surrealistycznie, komicznie i patetycznie za razem. Czytając książkę nie można sobie ot tak płynąć po jej treści, historie w niej zawarte są mocno pokręcone i na nic nam się tu zda logika. Szczególną prozę Murakamiego każdy z czytelników odbierze też na pewno inaczej, dopatrzy się innych przekazów.  No i pisarz igra sobie trochę z czytelnikiem, dlatego czytając nie myślcie sobie, że pierwsze nasuwające się wam wnioski są takie oczywiste, prawda jest tu niebanalna i ukryta.

Powieść wypełniona jest typowymi dla tego autora motywami. Kryjąca się gdzieś za zwykłym życiem druga rzeczywistość, przechodzenie pomiędzy nimi, przetwarzanie otaczającego nas świata, utrata bliskich i ich poszukiwanie, graniczny moment wielkich życiowych zmian przerywających utartą monotonię. Wpływy tajemniczego księżyca, skomplikowanie ludzkich dusz, pozorne prawdy i głęboko skrywane, niezwykłe, nadprzyrodzone tajemnice, celebracja codzienności, odrzucenie przez bohaterów pracoholizmu na rzecz prywatnego szczęścia.

 Jest seks, gra muzyka, a czy powieść odbierzemy jako syntezę szaleństwa, nierealny horror czy odjechaną literaturę  zależy tylko od nas. Podsumowywując: „To nie jest coś, co ma górę, dół, prawo, lewo, przód i tył”.

środa, 15 czerwca 2011
Starcie królów, George R. R. Martin

A Clash of Kings (Starcie królów), George R. R. Martin, Spectra 2002

 A Clash of Kings, george R. R. Martin

Trochę obawiałam się zacząć drugi tom "Pieśni Lodu i ognia" bo nie chciałam się rozczarować. Z radością donoszę, że obawy były płonne, jak stwierdziła też milvanna, Martin trzyma poziom.

Na żelazny tron wstępuje sadystyczny syn poprzedniego króla, Jeoffrey, gówniarz ma 13 i naprawdę niebezpieczne skłonności. Jego matka, królowa Cersei bez przerwy knuje przeciw swemu nieznużonemu bratu, teraz prawej ręce młodego władcy. Swoją drogą jak młody król może zachowywać się "poprawnie" jeśli jego własna rodzicielka charakteryzuje się takim brakiem morale i chorymi skłonnościami? Karzeł Tyrion jest naprawdę niezmordowany w swej pomysłowości zaprowadzenia w królestwie sprawiedliwości, ten bohater (swoją drogą chyba jedyny z poczuciem humoru) z tomu na tom zdobywa coraz więcej mojej sympatii. Jego zjadliwe, ironiczne teksty świetnie oddają ludzkie zakłamanie i stanowią świetny komentarz do fabuły.

Robb Stark, zadeklarowany Król Północy walczy nieprzerwanie z rodziną Lannisterów, dorastając przy tym i ucząc się swej nowej roli. Korona okazuje się nie być wcale taka lekka. W każdym bądź razie, to królestwo zaczyna być stanowczo za małe dla tylu władców, a jak pamiętam z podstawówki "gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść". Tymczasem dzielni Bracia z Nocnej Straży wyruszają w tajemniczy las by zbadać czające się w pobliżu niebezpieczeństwo. Pojawia się też tajemnicza kapłanka w czerwieni głosząca monoteizm.

Ilość zwrotów akcji, wątków i poruszonych motywów jest ogromna i nie pozwala się nudzić. Bardzo podobało mi się to w jaki sposób pisarz rozprawił się w swej powieści z etosem rycerza, już w wielu książkach udowadniano, że do świętych nie należał, ale Martin naprawdę zbrutalizował i poszargał wizerunek obrońcy uciśnionych. Dla dzielnych wojaków Lannisterów słowo honor nie istnieje nawet w słowniku, co dopiero mówić o stosowaniu się do jakiegokolwiek kodeksu. Złupić, zgromić, zabić i zdobyć - to jedyne obowiązujące zasady. Liczy się efekt w postaci kolejnej zdobytej twierdzy i wypełnionego rozkazu. Do tego rozkosznego obrazka dodajmy jeszcze błędnego rycerza i obrońcę Sansy, który przez alkoholowe opary ujrzał iż źle czyni i postanowił być tajemniczym obrońcą księżniczki. W końcu każda koronowana białogłowa ma swojego dzielnego wojownika, a że ten jest już nie najmłodszy i wiecznie pijany, co to komu szkodzi, ważne, że chłop ma dobre chęci i pragnie się moralnie zrehabilitować. Jak dla mnie bomba.

 W książce pojawia się więcej magii niż w tomie pierwszym, co ma swoje plusy i minusy, pewnie w zależności od czytelniczych upodobań.

Autor pogłębia portrety psychologiczne swoich bohaterów, mamy szansę zobaczyć honorowe oblicze karła, który jak każdy człowiek potrzebuje miłości. Do tego moralnie spaczona siostra, która czerpie przyjemność ze związków kazirodczych, cóż nie można jej zarzucić żeby jej nie zależało na rodzinie. Sansa bardzo powoli, ale mądrzeje i nie działa już tak na nerwy czytelnikowi. Widzimy, że jest po prostu niewinną, głupiutką dzieweczką zaplątaną w losy wszechświata, z czasem zrozumie, że nie wszystkich da się zadowolić. Jej świetną przeciwwagę stanowią Arya i Catelyn Stark, także nie jest to powieść zdominowana przez męskich bohaterów, przeciwnie, mimo średniowiecznych społecznych ograniczeń nałożonych płci pięknej, nieźle sobie tu one poczynają.

 Świat stworzony przez Martina to mroczna wersja średniowiecza popędzanego przez jego niespożytą fantazję. Tu nie ma miejsca na sentymenty, prawość czy uczciwość, intrygi plączą się i poganiają jedna drugą. Autor ma dobry warsztat i we wprawny sposób manipuluje czytelnikiem, nie jest to bynajmniej złe, przeciwnie, pisarz próbuje nas zaskoczyć, pognębić, wzbudzić współczucie dla zamęczanych psychicznie i fizycznie bohaterów. To kawał solidnej fantasy przy której nie można się nudzić.

seria: Pieśń Lodu i Ognia tom 2

tego samego autora zrecenzowane na blogu: "Ostatni rejs Fevre Dream" 

"Gra o tron"

 

polskie wydanie:

 Starcie królów, Geoge R. R. MartinWydawnictwo Zysk i S-ka

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 54
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka