poniedziałek, 27 października 2008
Niewinne mścicielki, Karen BLixen

Niewinne mścicielki

Tytuł: The Angelic Avengers/Niewinne mścicielki

Autor: Karen Blixen

Wydawnictwo: Rebis

  Karen Blixen wydała "Niewinne mścicielki" pod nazwiskiem - Pierre Andrézel, który był zresztą jej kolejnym pseudonimem (Dinesen Isak, Osceola, Peter Lawless, Nozdref's Cook, Tania Blixen - chyba się nie mogła zdecydować).   Swoją powieść w jednym z wywiadów nazwała "nieślubnym dzieckiem" - może przez ten infantylny tytuł i treść zakrawającą na dziewiętnastowieczny romans. No. ale pisarkę trzeba zrozumieć po powrocie do Danii (już po afrykańskiej przygodzie) zwróciła się z prośbą do wydawnictwa o zadatek pieniężny i stenotypistkę - wydawnictwo obie prośby spełniło. Tymczasem autorka nawet nie wiedziała o czym chce pisać, i jak to się mówi "poszła na żywioł". Duńczycy i tak byli książką zachwyceni. Po pierwsze dlatego, iż trwała Druga Wojna Światowa i Dania była okupowana przez hitlerowskie Niemcy - więc nowe dzieło Blixen potraktowano jako alegorię uciskanego narodu. Po drugie: mimo całej improwizacji i paru niedociągnięć książka jest całkiem niezła.

 Ta melodramatyczna historia rozgrywa się  w dziewiętnastym wieku, w Londynie (tam się zaczyna). Dwie niewinne i piękne dziewczęta zostają bez opieki rodziny i przyjaciół, i jak łatwo się domyślić na takie pisklęta na pewno znajdą się amatorzy. Nie chcę tu zdradzać fabuły, ale chciałam wspomnieć o tym gdzie Duńczycy znaleźli tą alegorię uciśnionego kraju. Więc jak już pisałam dwie pannice oddają się opiece życzliwego i dobroczynnego pastora , który naprawdę ma diabelskie zamiary - tu właśnie naród duński dopatrywał się podobieństwa.

Akcja powieści trochę się wlecze i czasami zbacza na rzecz krótkich historii pojedynczych postaci (momentami trochę wprowadzonych "na siłę"), ale to ciągle jest ten bajkowy styl Blixen.  Wydaje mi się, że nie należy traktować tej powieści zbyt serio (w końcu autorka się do niej nie przyznawała ;), dręczona chorobą baronowa chciała się dobrze bawić pisząc ją. Cenię sobie tę pisarkę jeszcze za pełne humoru wypowiedzi, które świadczą o dużym harcie ducha - życie nie dało jej wielu powodów do śmiechu. Mąż nie dość, że ją zdradzał to jeszcze zaraził syfilisem. Nim wynaleziono penicylinę, przypadłość tę leczono między innymi małymi dawkami arszeniku - Blixen od tej terapii nabawiła się wrzodów żołądka.

Wywiad Eugene Walter z Blixen,The Paris Review, 1956  - http://www.theparisreview.org/media/4911_DINESEN4.pdf

Kategorie: literatura piękna / powieść

piątek, 24 października 2008
Urok łańcuszków

 Jestem kolejnym ogniwem w tym łańcuchu wydarzeń.

http://literatour2.wordpress.com/ ,  http://ajaczytam.blox.pl/htmllox.pl/html jeśli macie ochotę przyłączcie się do łańcucha.

1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?

O tej wolnej od pracy.

2. Gdzie czytasz?

Tam gdzie nikt mi nie przeszkadza.

3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?

A to ma znaczenie?

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?

Historyczne, antropologiczne, socjologiczne, fantastyczne, podróżnicze, belterystykę, biografie, autobiografie, kryminały

5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś/-eś?

Raymond Chandler "Un mordu"

6. Co czytałaś/-eś ostatnio?

Karen Blixen, Niewinne mścicielki

7. Co czytasz aktualnie?

H. Ch. Andersen "Baśń mojego życia", którą porównuje z "Życiem baśniopisarza" Jackie Wullschlager; "Un mordu" Chandlera (cienka książka w sam raz do torebki) i "Przechytrzyć psa" Ryan i Mortensena (mam wyjątkowo niesfornego psa).

8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?

Zakładki gubię więc uzywam tego co mam pod ręką, paragonów, biletów, ulotek, i tak zaginam ośle rogi jak nie mam sobie czym zaznaczyć (skandal) a nawet piszę po książkach i podkreślam.

9. Co sądzisz o książkach do słuchania?

Sprawdzają się w trakcie nauki języków obcych.

10. Co sądzisz o ebookach?

Kompletnie nic.

17:53, bsmietanka
Link Komentarze (1) »
wtorek, 21 października 2008
Łotrzyca i łotrzyk, Janet Evanovich

One for the money

Tytuł: One for the Money/ Po pierwsze dla pieniędzy

Autor: Janet Evanovich

Wydawnictwo: Penguin Books

   Biorąc sobie do serca insynuację Założyciela Pierwszego Oficjalnego Fanklubu Śmietanki Literackiej przedstawiam najprawdziwszą super-łotrzycowatą bohaterkę: Stephanie Plum.

   Tej  niemotą nazwać nie można, a radzi sobie dziewczyna jak może w każdej sytuacji. Mały szantażyk rodzinny (niechlubny epizod z kaczką i kochanką kuzyna - śliska sprawa) i nowa praca załatwiona,  i to nie za byle jakie pieniądze, którymi można zastąpić tylko pleśń w lodówce, ale mówimy tu o sumie, która pokryje długi, pozwoli odkupić zastawione meble i jeszcze starczy na takie drobiazgi jak broń i kajdanki - akcesoria niezbędne na nowym stanowisku pracy. I tak nowy pistolet ląduje w słoiku z ciastkami a Stephanie wyrusza na łowy aby z godnym podziwu zaparciem zainkasować wymienioną wcześniej sumkę. No to teraz nikt już nie ma wątpliwości z jaką robotą będzie musiała poradzić sobie śliczna bohaterka i w jakiej sytuacji użyje kajdanek. Prawda?

Nowo upieczona łowczyni nagród, która nie ma zielonego pojęcia o swoim nowym fachu, rusza w pościg za zbiegłym mordercą. Niedoszłym więźniem jest miłośnik dziewiczych kwiatków, były policjant - Joe Morelli. Oczywiście Plum także kiedyś padła ofiarą jego zabiegów ogrodniczych. A skoro już raz z zemsty przejechała samochodem po Morellim, to czy strzelanie do niego może być trudniejsze? Napięcie pomiędzy nimi aż furczy, ale przecież nasza łotrzyca musi jakoś wykarmić siebie i swojego chomika. Cóż, każdy orze jak może.

Pełna tupetu bohaterka i charakterystyczny dowcip Evanovich przypadły mi do gustu. Niestety po jakimś czasie cała fabuła zaczyna bezwstydnie układać się pod główną bohaterkę. Za dużo w tej jednej książce przypadkowych zbiegów okoliczności, kiedy to dawni znajomi przypałętają się  w najmniej oczekiwanym, a jakże przydatnym momencie, a na pomoc zawsze pośpieszy doskonale wyszkolony komandos. Stephanie także zupełnie przypadkowo natyka się na zaginionego świadka (ci świadkowie to zawsze mają taki zwyczaj znikania i pojawiania się w najmniej oczekiwanych miejscach, i zawsze coś ukrywają) - fabuła jest momentami wyjątkowo schematyczna. To jest po prostu lekka i zabawna książka na jesienną chandrę.

A teraz cytat z pierwszej randki Stephanie Plum i Joe'go Morelli. Niestety nie dysponuję w tej chwili polską wersją językową książki (chociaż nie wiem czy po polsku autorka brzmi równie dowcipnie), stąd ten angielski.

" Two weeks later, at the age of six, with quaking knees and a squishy stomach, I followed Morelli into his father's garage on the promise of learning a new game. (...)

"What's the name of this game?" I'd asked Joseph Morelli.

"Choo-choo," he'd said, down on his hands and knees, crawling between my legs, his head trapped under my short skirt. "You're the tunnel, and I'm the train."

Kategorie: kryminał / czytadło / na poprawę humoru

sobota, 18 października 2008
Od zera do bohatera

 magician's gulid-uk    (UK) Gildia (polskie wydanie)

Tytuł: The Magician's Guild / Gildia Magów

Autor: Trudi Canavan

   Powieść australijskiej pisarki Trudi Canavan to dla mnie rozczarowanie, może dlatego, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Trylogia Czarnego Maga zapewniła autorce siedmiocyfrowy kontrakt na kolejne książki z tej serii. "Nowicjuszka" nominowana była do nagrody Aurealis dla najlepszej powieści fantasy, kolejna, "Wielki Mistrz", nominowana została do australijskiej nagrody Ditmar. I ja się teraz zastanawiam - jakim cudem?

  Na pierwszy rzut oka książce nic nie brakuje, dopiero jak zaczynasz czytać to się orientujesz, że już chyba to czytałeś. Dialogi są nudne i bez polotu, co tylko jeszcze bardziej dystansuje czytelnika. W samym centrum tych wydarzeń, a właściwie w centrum chaosu, jest ONA - jedyna, wybrana, obdarzona darami magii, inteligencji, niewymiernych talentów, przyciągania kłopotów. W tej powieści akcja się nie toczy, ona pełźnie i to ledwo co. Sonea (czyli ONA) ma poważny dylemat: dołączyć do Gildii Magów i pozwolić się wykształcić czy dalej nielegalnie robić rozpierduchę na mieście. Przed podjęciem decyzji wolny czas spędza w miejskich slumsach skutecznie przeprowadzając demolkę kilku domów, rozkochuje w sobie młodzieńca (a jakże!) i  wzbudza zainteresowanie miejscowych gangów. Jednym słowem gania po całym mieście a za nią ganiają magowie i straż miejska - można powiedzieć powieść drogi.

Zwykle nie lubię tak zostawiać historii bez poznania zakończenia, ale ta nie zaciekawiła mnie na tyle by zerknąć do kolejnych tomów. Książkę oddałam siostrze, co by się w angielskim wprawiała, bo jak bym odłożyła na półkę to żal by mi było wydanych pieniędzy na ten bestseller.

Kategorie: literatura młodzieżowa / powieść / fantastyka

środa, 15 października 2008
Czarne sezony, Michał Głowiński

Czarne sezony

Tytuł: Czarne sezony 

Autor: Michał Głowiński

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

   Michał Głowiński postanowił spisać swoje wspomnienia z dzieciństwa - niby nic oryginalnego, ale biorąc pod uwagę okres w jakim dorastał (ur. 1934) i swoje pochodzenie (jak sam stwierdził, ma "żydowską biografię" http://serwisy.gazeta.pl/df/1,34467,2721121.html?as=1&ias=15 ) - sprawa się komplikuje. Nie tylko on jeden "dziwi się"*, że przeżył i daje świadectwo. Przeżycia dziecka skazanego utrwalił w formie opowiadań, często zupełnie ze sobą niepowiązanych. Pisarz całkowicie oparł się na swojej pamięci, nie korzystając z innych źródeł, zabieg ten dodał książce intymności.

Autor w sugestywny sposób opisuje swoje przeżycia, nie musi sięgać po makabryczne opisy (Kosiński "Malowany ptak"). Jego wyrażenia są już wystarczająco wymowne by działać na wyobraźnię.

"Kolor getta jest w moim wspomnieniu kolorem papieru, jakim przykrywano leżące na ulicy trupy, zanim je uprzątnięto. A należały one do stałego krajobrazu, ulica była miejscem nie tylko śmierci nagłych i niespodziewanych, była miejscem powolnego konania - z głodu, z chorób, z wszelkich innych możliwych powodów. Sezon wielkiego umierania trwał w getcie nieprzerwanie."

Każdy z ocalałych z Zagłady pisarzy, odnalazł swój własny sposób pisania o tych wydarzeniach ukazując czytelnikom swoją indywidualność. Szczere opowiadania Michała Głowińskiego pomagają pogłębić wiedzę o wydarzeniach, o których nie wolno zapomnieć "ale też trudno o nich mówić".

* M. Głowiński, Czarne sezony

Kategorie: literatura faktu / wspomnienia / Holocaust

wtorek, 14 października 2008
Japonia bez gejsz i samurajów?!

Hokkaido

Tytuł: Hokkaido. Japonia bez gejsz i samurajów

Autor: a zebrało się ich dziesięciu

Wydawnictwo: Mantis

   Okładka od razu zyskała moją pełną aprobatę, z treścią już gorzej, ale po kolei. Od strony wizualnej książka prezentuje się naprawdę dobrze, przed każdym rozdziałem wykaligrafowany jest wstęp po japońsku, co świetnie wprowadza w klimat lektury. Nie wiem tylko po co te pretensjonalne rysunki na końcu każdego tekstu (wcale nie są kawaii), skoro dostaliśmy jeszcze komputerowo przetworzone zdjęcia. Polska Polonia w Japonii podjęła się ambitnego dzieła napisania - jak to tam naprawdę jest na tym Hokkaido. Tylko ja się pytam po co tak ostro w stosunku do antropologów? Hę? Aby odciąć się od literatury, która tylko "eksponuje egzoty" wystarczy podtytuł. Naprawdę. Zdanie "Japonia bez gejsz i samurajów" doskonale oddaje charakter tej książki - i to zbywa resztę. A tak wyszło "przyganiał kocioł garnkowi", autorzy którzy chcieli się trzymać z daleka od stereotypów i uogólnień, wpadli we własne sidła

"Nikt nie chce być sprawcą sytuacji wymagającej od obcych ludzi szczególnych zachowań lub starań" (stereotyp),

"(...) zupełnie inaczej niż w polskiej kulturze, gdzie kobiety przyjęło się chronić przed przykrościami (stereotyp)

w Japonii kobiety (uogólnienie) wysyła się na niebezpieczne "misje wywiadowcze", ufając, że dadzą sobie lepiej radę z dogadaniem się."

 Jeszcze jedno: ja się pytam gdzie są te książki autorów, którzy "upodobali sobie" wypisywanie bajdurzeń o Japonii? Bo książki z takimi relacjami to można policzyć w Polsce na palcach jednej ręki (Bruczkowski, Bator, "Okruchy Japonii")! Gdzie one wsiąkły nim zdążyłam się z nimi zapoznać? 

 Reportaże czyta się szybko i przyjemnie, wiedza przedstawiona jest w sposób urozmaicony choć trochę po łebkach. Jak na tylu autorów dzieło wyjściowe jest niesatysfakcjonująco krótkie.

I na zachętę:

"Bo pije się w Japonii właściwie nie dla samego smaku alkoholu (choć smak ceni się ogromnie), ale żeby napić się wspólnie, z naciskiem na warunek - czym więcej pijących tym lepiej. Picie do przysłowiowego lusterka jest takim nietaktem, że szkoda gadać."

P. Milewski, P. Węgrzynowicz, Czyngis-Chan, czyli jak to z tym grillem było

Kategorie: litaratura podróżnicza / Japonia / ciekawostki i obyczaje

sobota, 11 października 2008
Korporacja, Max Barry

Korporacja

Tytuł: Korporacja

Autor: Max Barry

Wydawnictwo: Niebieska Studnia

Książka jest próbą syntezy korporacyjnego społeczeństwa z absolutnie wszystkimi jego wadami, a tych wyszło ponad 360 stron. Powieść wypełniona jest po brzegi żrącą ironią i tylko czasem z pod niej wyłania się fabuła. Czarny humor, obecny tylko w pierwszej połowie, bawi i czyni tą książkę zjadliwą. Oryginalne pomysły autora śmieszą i stanowią dobrą przeciwwagę dla ukrytego moralizatorstwa, bo krytyka autora w stosunku do korporacyjnych zwyczai jest wręcz namacalna. Tu nie ma niedopowiedzeń i żadnych wątpliwośćci - korporacja to piekło, które przetwarza ludzi na bezduszne zombie. Absurdalne i groteskowe zachowania pracowników są wynikiem systemu zarządzania. Ale to wszystko już było - inwigilacja, bezduszność systemów, jednostka moralna tonąca w oceanie zakłamania i żądzy władzy (Orwell nie zostawił tu wielkiego pola do popisu). Barry wprowadza tu co najwyżej ożywczy powiew aktualizacji problemów w sposób lekki, bo w końcu czytając człowiek zaczyna się zastanawiać czy w jego firmie też zaszły równie absurdalne wydarzenia. Brak mi w drugiej części książki dowcipnego języka, tak jakby po pierwszych rozdziałach pełnych humoru i euforii autor nagle zwolnił i spoważniał. A szkoda, bo pierwsze prześmiewcze rozdzialiki mimochodem miażdżyły "korporacyjne wartości" i stanowiły świetną zasłonę dla moralizatorstwa i "idealnego" Jones'a.

Mała próbka:

"Stajnia Działu Sprzedaży jest przedzielona ścianą wysokości ośmiu stóp, z przedstawicielami handlowymi po jednej stronie i asystentami po drugiej. Dla niewprawnego oka te dwie połówki są identyczne, ale dla wtajemniczonych strona przedstawicieli promieniuje subtelnym fluorescencyjnym blaskiem. Ten blask to status. Rezydenci strony przedstawicieli mają znacznie lepsze liczby: sześciocyfrowe płace, siedmiocyfrowe udziały i jednocyfrowe wyrównania w golfie."

Kategorie: powieść / czytadło / humor korporacyjny / satyra

poniedziałek, 06 października 2008
Różnorodne fragmenty

 Fragmenty z życia lustra

Znana aktorka wydaje książki - brzmi niezachęcająco dla miłośnika literatury ;) Musiałam "sprawdzić" sama.

"Fragmenty z życia lustra"  Joanna Szczepkowska

Owszem, odłamki lustra, czyli poszczególne opowiadania, są poukładane w całkiem zgrabną całość (ta, jest to lustro czy tam szyba, które jest klamrą spinającą), ale cóż kiedy niektóre fragmenty można by było jeszcze trochę dopracować. O takiej konieczności może świadczyć ten fragment:

"Wielka mucha łazi po zmoczonej szybie. Ogromna. Mucha nie jest bez znaczenia. Usiadła kiedyś na brzegu szklanki z piwem. Inna mucha oczywiście. Łaziła po krawędzi szklanki, którą postawił przed chwilą jej narzeczony. Zapatrzyli się na tę muchę, a On machnął ręką nad jego szklanką. Zrobiło się potem tak cicho..."

Sielska chwilka przy browarze.

Tekst momentami "łamie się", jest niespójny i spokojnie można by mu było zafundować jeszcze jedną korektę. Najgorsze jest pierwsze opowiadanie, którego bohaterem jest nerwowy psychiatra i kilku wariatów. Cały ten cyrk ledwo trzyma się kupy, a ilością niepoczytalnych bohaterów można by zapełnić więcej niż jeden szpital(swoją drogą takie zagęszczenie pomyleńców - cóż za zbieg okoliczności).

Do mnie "przemówiła" "Podróż Katarzyny W.", mimo iż powiela znane mi z innych książek motywy, to treść jest wciągająca. Tu fabuła i postacie są przemyślane, ale moim zdaniem trochę za dużo wskazówek dotyczących Katarzyny, po co tak wszystko zdradzać? Gęstnieniu atmosfery nie pomaga podawanie wszystkiego na talerzu.

Forma wszystkich opowiadań opiera się na klasycznych schematach, ale autorka stara się bardzo zaskoczyć czytelnika. Puenta i zmyłka są obowiązkowe. Szczepkowska wywróciła konwencjonalne układy na rzecz swojej książki: zdradzona żona, trzepnięta artystka, miłosny trójkąt itd.

Książkę można polecić na długi jesienny wieczór, może zaskoczyć dużo bardziej niż kolejne odcinki serialowych tasiemców. Czyta się to szybko, poruszone są problemy, które często i nas dotyczą (tylko ich skala jest inna, momentami przesadzona). Te problemy czają się tak trochę w głębi treści, dowiadujemy się o nich mimochodem od bohaterów, albo zauważamy sami jak majaczą gdzieś w tle. I właśnie ten niewymuszony, drugoplanowy sposób opowiadania o rzeczach ważnych, najbardziej mi się u Szczepkowskiej spodobał.

Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka