poniedziałek, 29 września 2008
Z innej, angielskiej beczki...

    "Przejrzeć Anglików" to "monumentalnie grube" dziełko Kate Fox, wydane w serii Spectrum, wydawnictwa Muza. W tym różnorodnym cyklu mieszają się książki o naprawdę różnym poziomie, więc trudno ocenić tę serię jednoznacznie, i chociaż czasami naprawdę można się zawieść to często zerkam na nowe wydania.

   Wstęp jest sensowny, podział książki trzyma się kupy i układa w logiczną całość, ale jeśli chodzi o profesjonalizm to na tym już koniec. Książka liczy sobie 600 stron (!!!) i na te "naukowe" wywody przypada zaledwie 2 strony bibliografii. Jednym słowem albo autorka pokłada dużą wiarę we własne możliwości antropologa społecznego albo podeszła do sprawy niefachowo. Skąd ta niekonsekwencja? Jeśli nie chciała odstraszać potencjalnych czytelników zbyt dużą ilością naukowych terminów, definicji to i tak, już ich odstraszyła grubością lektury. Bo to nie będzie krótka wycieczka nad Tamizę, tylko 20 000 mil podwodnej żeglugi po największych meandrach angielskiej kultury. I to żeglowania po płyciźnie, bo niestety brak tu jakiś głębszych przemyśleń, szerokie wody naukowych tez pozostają poza zasięgiem tej pracy. Barwny i dowcipny język nie ratuje znudzonego czytelnika, gdy autorka po raz trzeci tłumaczy te same teorie i spostrzeżenia. Stanowczo brak jej wiary w inteligencję odbiorcy, a szkoda. Książkę poleciłabym wszystkim tym, którzy wybierają się do Anglii po raz pierwszy pod warunkiem, że są wytrwali."Przejrzeć Anglików" to dobry podręcznik savoir vivre'u i elementarz anglosaskich dziwactw, który się czyta lekko i przyjemnie (zwłaszcza gdy się ominie te nudniejsze, powtórzeniowe kawałki).

   Nie jestem pewna czy do tego samego worka z nurtem "gorącej socjologii" mogę też wrzucić  książkę Paxman'a "Anglicy. Opis przypadku"  chociaż Fox często się do niej odwołuje, ale chyba na razie daruję sobie zgłębianie zachowania Anglików ;)

Kategorie: literatura popularno-naukowa / socjologia / antropologia / seria Spectrum

czwartek, 18 września 2008
Łupy. Zdobycie Kopenhagi 1807, Bernard Cornwell

  Pogłębiając moje zainteresowanie Kopenhagą sięgnęłam po jedną z książek Bernarda Cornwell'a "Łupy, Zdobycie Kopenhagi 1807".

Powieść należy do cyklu Kampanii Richarda Sharpe'a, jednego z najpopularniejszych bohaterów Cornwell'a (http://pl.wikipedia.org/wiki/Richard_Sharpe  twórca chyba się trochę "przywiązał" do tego chojraka). Autor ma w swoim dorobku ponad 40 powieści! W nagrodę za swoją "pracowitość" pisarz otrzymał od królowej Elżbiety Order Imperium Brytyjskiego. Z ciekawostek dodam, ż Sir Cornwell zaczął pisać książki, gdyż było to jedyne zajęcie jakie mógł wykonywać bez Zielonej Karty w Ameryce.

Sama postać Richarda Sharpe'a jest rzeczywiście dobrze wykreowana. Jest człowiekiem o wielu słabościach, który nie cofnie się przed popełnieniem morderstwa. Z opresji ratują go żołnierskie umiejętności i niebotyczne szczęście wybrańcy bogów. Nie imają się go kule, ze wszystkich przygód wychodzi bez szwanku. Czego nie można powiedzieć o pozostałych bohaterach, a ci giną licznie bądź doznają przeróżnych szkód cielesnych. Jest żołnierzem do zadań specjalnych i niczym James Bond wypełni każdą misję. Wymierza sprawiedliwość podług swojego pokrętnego sumienia i (tak zgadliście!) uwodzi kobiety. Niestety postacie kobiece są przedstawione fatalnie, puste i bezbarwne, nijak się mają do barwnych i ciekawych męskich charakterów. (Od razu do głowy przyszedł mi Sienkiewicz z jego nadętą Oleńką.)

To czego nie można odmówić autorowi to zdolność opisywania scen batalistycznych, świetna relacja z bombardowania miasta. I przede wszystkim książka jest wciągająca.                                                         Autor stara się przybliżyć czytelnikowi wszystkich bohaterów, podając różne szczegóły z ich życia. Tak więc gdy my jeszcze skupiamy się na koligacjach rodzinnych dzielnego wojaka, on sam w następnym akapicie już nie ma głowy (morderstwo, niewypał, rykoszet). Ten sprytny zabieg sprawia, że nigdy nie wiemy jak potoczą się dalsze losy delikwenta (poza Sharpem-ten zawsze ujdzie żyw :-).

Kategorie: powieść historyczna / niezłe czytadło

środa, 17 września 2008
No to lecę z tym koksem

Nie będe się tłumaczyć dlaczego założyłam bloga, ani pisać o gnębiącej mnie pustce i potrzebie wypisania się. Nikt tego wtedy nie przeczyta.

Będe pisać po prostu o przeczytanych książkach. Jakieś pytania?

Najlepiej zaczać od razu.

Per Olov Enquist

"Wizyta królewskiego konsyliarza" (Livläkarens besök)

Książkę wybrałam ze względu na miejsce toczącej się akcji - Dania, Kopenhaga. Przed wyjazdem do tego kraju chciałam się trochę "wczuć". Niestety wybór książek na polskim rynku nie był powalająco różnorodny.

Początek powieści był obiecujący:

"Dnia 5 kwietnia 1768 doktor Johann Friedrich Struensee dostał posadę konsyliarz króla duńskiego, Chrystiana siódmego, a po upływie czterech lat ścięto mu głowę."

Niestety barwny początek nijak ma się do dalszego ciągu. Po tej retrospekcji prowadzeni jesteśmy powoli przez autora za rękę. Mimo swoistej surowości zdań nie ma tu miejsca na domysły, wszystko zostaje wyjaśnione i usprawiedliwione. Enquist umiejętnie wykorzystuje historię, w realistyczny sposób kreując swoich bohaterów. Christian VII, który według historyków prawdopodobnie cierpiał na schizofrenię, jest przedstawiony jako chłopiec wrażliwy, którego opanowywuje choroba umysłowa "wspomagana" przez brutalne wychowanie i "plugawe" towarzystwo królewskiego dworu. Jego żona, Karolina Matylda zaślubiona mu w wieku lat 15, jest przedstawiona jako dorastająca dziewczynka, która wcale nieźle radzi sobie z zaistniałą sytuacją. Zaniedbywana przez męża, w obcym państwie bez przyjaciół, znajduje pocieszenie w ramionach Struensego (gdyby to nie fakt, iż historia jest autentyczna można byłoby pomyśleć, że autor jest bardzo schematyczny). Cała sztuka polega na tym, że czytając wcale nie ma się poczucia wdzierającego się banału. Przeciwnie - bohaterowie, w swych zachowaniach są wiarygodni i potrafią wzbudzić emocje. Chociaż książka mnie nie porwała to niewątpliwie porusza wiele ciekawych kwestii. Przeszkodą w szybkim jej czytaniu był język, dość specyficzny, chwilami surowy i prosty, oparty na powtórzeniach, momentami rozwlekły. Te eksperymenty językowe autora czkawką mi się zaczęły odbijać gdzieś tak w pierwszej połowie książki.

"Tu stał kiedyś pałac. Tu przyjechała. Była w ciąży. I wiedziała, że to jego dziecko.                                       

      Wszyscy wiedzieli.                

      Jestem w ciąży, powiedziała. I wiemy, że to twoje dziecko."

"Rewolucja przebiegała bez zakłóceń, pióro skrzypiało, potem to wykonywano, a on się kochał z tą dziwną dziewczyną mieniącą się królową Danii. Kochał się, pisał, podpisywał."

Przyznaję, że niektóre (NIEKTÓRE) z tych językowych galimatiasów są całkiem udane, ale nie ma ich wiele (patrz pierwszy cytat).

"Struensee musiał zostać skazany na śmierć, to było jasne. Ale na wszystko kładł się cieniem konstytucyjny dylemat.                                                                                                                                                Dylemat stanowiła angielska kurewka."      

Myślę, że autor zgrabnie podjął wiele problemów, ambitnie postanawiając umieścić wszystkie w tej jednej książce (od uwłaszczenia chłopów poprzez dorastanie i świadomość płciową do problemów wychowawczych, natury władzy, na moralnych wyborach kończąc). Ale tak jak już napisałam, nie można się w "Wizycie królewskiego konsyliarza" po prostu zaczytać, a niektóre momenty książki wręcz nużą.                                                         

Augustpriset 1999

Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka