wtorek, 29 czerwca 2010
Złoty wilk, Bartłomiej Rychter

Złoty wilk, Bartłomiej Rychter, WAB, Warszawa 2009

Złoty wilk

"Złoty wilk" to kryminał retro z wątkiem paranormalnym. Rzecz ma miejsce w Sanoku pod koniec XIX wieku, kiedy to jeszcze miasto wchodziło w skład Austro-Węgier. Wydaje mi się, iż autor świetnie uchwycił ten klimat galicyjskiej prowincji, nudne życie mieszkańców, którzy są ludźmi zabobonnymi, naiwnymi ale i okrutnymi. Dławiąca atmosfera małomiasteczkowej moralności, która otacza naszych bohaterów spowita jest XIX-wiecznymi niuansami i smaczkami. Policja podporządkowana jest urzędnikom, cały aparat władzy jest skorumpowany i przekupny, każdy wykorzystuje swój stołek władzy do własnych celów. I jak się okazuje, mieszkańcy Sanoka wcale nie są tacy nudni, seryjni mordercy, wilkołak, rodzinne vendetty i piękne kobiety ubarwiają fabułę.

Sami bohaterowie powieści są dość typowi, pisarz korzystał z dość wyświechtanych schematów. Lekarz o dobrym sercu, który próbuje ratować swą śmiertelnie chorą córkę (wdowiec oczywiście). Niesamowicie inteligentna i spostrzegawcza Laura, dziecię uczciwego doktora. Jej ubogi (schemat aktualny do dziś)aczkolwiek cierpliwy nauczyciel; piękna i namiętna Żydówka Bimełe, piękna i cnotliwa niby-wdowa Alina, piękna i tajemnicza lokatorka źle prowadzące się Żydówki. I na deser nieuczciwy i mało inteligentny komisarz swawolący bez przerwy swojej chuci. Nagle Sanok, spokojna mieścina, staje się miejscem niebezpiecznym, po którym grasuje morderca. Kolejne ofiary, miejscy rajcy, zostają odnalezione zagryzione na śmierć, a to wzbudza panikę wśród mieszkańców miasteczka. Zaczynają krążyć legendy o grasującym wilkołaku, które podsycane przez strach i zabobonność ludzi, przybierają rozmiary zbiorowej paniki. Wśród tego wszystkiego, Borys Pasternak wraz z gościem swego pracodawcy próbują rozwikłać zagadkę morderstw. Borys to niezwykły młodzieniec, medium, które wypiera się swych zdolności, jednak w ostatecznym rozrachunku, na niewiele mu się one zdają, cała sprawa natomiast rozwiązuje się można powiedzieć samoistnie, gdyż morderca kończy już prawie swoją robotę. Borysowi pozostaje jedynie rola walecznego rycerza, który ratuje jedną z pięknych kobiet z opresji. O wiele ciekawszą postacią jest jego kompan, gość doktora Zaleskiego, Joachim August Hildenberg, profesor medycyny, podróżnik i detektyw amator. Tajemniczy mężczyzna zwiedził trochę świata i widział niejedno, w wolnych chwilach relaksuje się w oparach opium.

Pisarz tak kluczy, by wywieść czytelnika na manowce podejrzeń i zaskoczyć przy zakończeniu. Rychter całkiem zręcznie wykorzystuje znane motywy, wychodzi z tego powieść całkiem wciągająca. Udało mu się uchwycić wielokulturowość Sanoka, jego różnorodność środowiskową, ludzi, pochodzących z różnych warstw społecznych.

recenzja Eruany

poniedziałek, 28 czerwca 2010
Pod osłoną nocy, Sarah Waters

The Night Watch (Pod osłoną nocy), Sarah Waters

The Night Watch

 

Gdybym z "The Night Watch" nie zapoznała się w formie audiobooka powiedziałabym, że to jedna z najbardziej nietrafionych dla mnie książek jakie przeczytałam, w tym wypadku przesłuchałam.

Wydarzenia rozpoczynają się w 1947 roku w Londynie, Kay, Helen, Viv i Duncan to młodzi ludzie, którzy muszą odnaleźć się w powojennym mieście i ułożyć sobie życie. Ich losy przedstawione są w retrospektywie, akcja książki kończy się w roku 1941. Wszystkich bohaterów łączy sieć skomplikowanych zależności nie oczywistych na pierwszy rzut oka. Czytelnik poznaje ich najskrytsze uczucia i tajemnice, każde z nich uwikłane jest w dość niestandardowe związki uczuciowe, a mówiąc dokładniej związki krytykowane przez społeczeństwo i uważane za niemoralne. Miłość homoseksualna, zdrada małżeńska, aborcja - to tematy drażliwe, a podjęte w tej powieści.

Wojna odcisnęła na bohaterach książki swoje piętno, pozostawiła z tajemnicami i problemami, grozy jaką wywoływały naloty też nie zapomina się od razu. Jednak same historie bohaterów są dość banalne,  wydali mi się oni wyjątkowo nieciekawi i po prostu nudni. Miotają się bezsilnie w klatkach swego życia, tkwią w niesatysfakcjonujących związkach. Do tego wszystkiego pisarka uwydatnia motyw zawiedzionych nadziei młodości, każde z nich miało jakieś oczekiwania co do swego losu, nadzieje na przyszłość a tymczasem życie stało się dla nich niesatysfakcjonujące, pędzą jakąś mimowolną egzystencję tkwiąc w swych miejscach. Kay spędzające swe dni na obserwacji pacjentów sąsiada, tkwiąc wiecznie w wynajmowanym pokoju. Helen, okaleczająca się lesbijka, wiecznie zazdrosna o swoje partnerki. Viv, kochanka żonatego mężczyzny, której nie stać przez długi czas na zerwanie niesatysfakcjonującego związku. Duncan, brat Viv, mieszka z "wujkiem Horacym" i pracuje w fabryce, winą jego nudnej i jałowej egzystencji jest tragedia z przed lat. Z każdym kolejnym rozdziałem poznajemy ich przeszłość, która ich ukształtowała i wpłynęła na teraźniejsze wybory.

nominacja do Man Booker Award 2006

nominacja do Orange Prize 2006

piątek, 25 czerwca 2010
Ktoś we mnie,Sarah Waters

The Little Stranger (Ktoś we mnie), Sarah Waters, Virago

The Little Stranger 

W skrócie rzecz ujmując, to historia powoli rozpadającej się rodowej rezydencji, której właściciele ledwo przędą. Ich historię przedstawia nam lekarz rodzinny, który jest z nią mniej lub bardziej związany (z rodziną i z historią), a przynajmniej próbuje (przez cały czas miałam wrażenie, że owy lekarz wyraźnie się narzuca tej familii).

Lata czterdzieste dwudziestego wieku były ciężkim okresem dla starych rodów angielskich, czasy się zmieniały a pieniądze stopniały. To era dorobkiewiczów, którzy wyprą starą szlachtę, to studium upadku takiej rodziny. Familia Ayresów żyje w osiemnastowiecznym domostwie, które zieje pustką i czymś więcej. Caroline Ayres zaprzyjaźnia się z lekarzem Faradayem, który jest źródłem informacji dla czytelnika, patrzymy na wszystko jego oczyma. Syn biednych rodziców, którzy poświęcili absolutnie wszystko by porządnie wykształcić syna. Teraz jako lekarz przyjaźni się z tak zwanymi wyższymi sferami i ma ambicje poślubić pannę na wydaniu z "towarzystwa". Tymczasem jej brat, Roderick, zaczyna się dziwnie zachowywać. Jego pijaństwo, gburowatość i humory wszyscy przypisują opóźnionemu szokowi powojennemu. Jednak sprawy szybko wymykają się spod kontroli i nie da się ukryć, że nasz kombatant traci rozum, przynajmniej z perspektywy doktora Faradaya. Nieumyślne podpalenie własnego pokoju i gnębiące go paranoje powodują, że Roderick otrzymuje bilet w jedną stronę do szpitala dla umysłowo chorych. Została jeszcze siostra i ich matka, choć nie na długo. Nie powiem, Waters potrafi kreować nastrój wokół fabuły ziejącej pustką, a to dopiero sztuka.

Ta powieść, to też historia domu zamieszkałego od pokoleń przez tą samą rodzinę. Zdawać by się mogło, że to ludzie i tylko oni tworzą historię, potomkowie, którzy wpisują się w ściany rezydencji. Lecz z biegiem lat gdy majątek podupada rodzina także traci witalność, pozostanie tylko dom rozpadający się w samotności. Jakby po okresie świetności domostwo zaczęło pochłaniać kolejnych członków, przejmować władzę, złowieszczo przy tym skrzypiąc.

Zastanawiam się jaki był cel pisania tej książki, na mnie zrobiła wrażenie swojego rodzaju wprawki. (uwaga! spojler) Mamy historię rodziny, której członkowie po kolei tracą rozum albo giną w tajemniczych okolicznościach, podupadający dom i tyle. To wszystko. Brak mi tu jakiegoś wielkiego finału, rozumiem, że autorka wykończyła całą rodzinę, ale czegoś mi tu brakuje. Może jest to spowodowane tajemniczymi niedopowiedzeniami albo tym, że nie potrafiłam do końca poczuć klimatu tej książki. Nie dałam się porwać fabule, która momentami mnie nużyła. Odniosłam też wrażenie, że pisarka "bada grunt", sprawdza na co ją stać, co może stworzyć miksując Henryego Jamesa, Shirley Jackson i Poego.

nominacja do Man Booker Prize 2009

nominacja do Orange Prize 2009

Nagrody literackie

czwartek, 24 czerwca 2010
Rozmowy o Biblii. Nowy Testament,Anna Świderkówna

Rozmowy o Biblii. Nowy Testament, Anna Świderkówna, PWN, Warszawa 2009

Rozmowy o Biblii. Nowy Testament

Bardzo sobie cenię książki profesor Anny Świderkówny, zagłębiam się w nie z prawdziwą przyjemnością. Filolog umie przedstawić ważkie tematy w sposób przyjemny, nieśpiesznie prowadząc swą opowieść do początków chrześcijaństwa. "Rozmowy o Biblii. Nowy Testament" zwieńcza cykl biblijny, jest też tomem, w którym można zaobserwować pewne zmiany. Czytałam dwie poprzednie części i była to lektura przyjemna i pożyteczna (teraz brzmię jak dobrotliwy zgred) , historyk podchodzi do rzeczy z obiektywizmem i gruntowną, godną podziwu wiedzą. Profesor z pewnością zna się na rzeczy.

Książka pisana jest przystępnym językiem, bez zbytniego zadęcia. Pisarka tłumacząc wiele z trudnych bądź wątpliwych kwestii odwołuje się do niezwykle obrazowych przykładów z życia. Autorce naprawdę zależy na tym by czytelnik wszystko zrozumiał.

"Pismem świętym pierwszych chrześcijan było to, co my dzisiaj nazywamy tradycyjnie Starym (...) Testamentem. (...) Nowego zaś Testamentu po prostu jeszcze nie było.

Starą Biblię uczniowie Jezusa czytali jednak teraz w nowy sposób. Może tutaj pomóc nam proste i raczej prymitywne porównanie. Wyobraźmy sobie, że nagle przyjeżdża do nas z Ameryki wujek, który do nas wprawdzie pisywał, a w trudnych czasach przysyłał nawet paczki, ale którego dotychczas nigdy nie widzieliśmy. Spotkanie jest wzruszające, a po nim wyciągamy w domu stary, cudem ocalały album, by obejrzeć dawne, nieraz wyblakłe już zdjęcia. Odnajdujemy na nich wujka, młodszego, czasem nawet trudnego do poznania. Ale ileż to radości! Niekiedy może się i tak zdarzyć, że chcąc bardzo znaleźć wujka na jakimś grupowym, starym zdjęciu, znajdziemy go i tam, gdzie go wcale nie ma..."

Wiele ze stwierdzeń pisarki jest oczywistych i dobrze znanych, ale przywołuje je ona by zwrócić uwagę czytelnika na ich nowe aspekty, pozwala dostrzec mu szerszy kontekst i lepiej zrozumieć Biblię. Pokazuje jak odczytywać historię w ogóle, jaką perspektywę obrać, jakich przeświadczeń i poglądów się wystrzegać. Opisuje nam kolejne nakładające się na siebie warstwy historii, którą tworzy ludzkość. Historyk przywołuje dla nas pierwotne znaczenia słów, przeprowadza przez kręte ścieżki drogi Chrystusa. To czyni tę książkę fascynującą, niezależnie od wierzeń czytelnika.

„Najlepszym sposobem czytania Biblii – jest zabranie się do czytania. Długie studia niewiele nam pomogą, jeśli nie będziemy jej systematycznie czytać.”  

Jednak jestem całkowicie rozczarowana wydawcą, który dopuścił nowe wydanie do sprzedaży w takiej formie. "Dzieła wybrane" Anny Świderkówny mają ładną szatę graficzną, jednak moje wydanie posiada kilka niezadrukowanych stron ( ponad 8), które w znacznej mierze utrudniają zrozumienie rozdziałów, podrozdział dotyczący "Apokalipsy Jezusa Chrystusa" jest całkowicie nieczytelny wobec brakujących stron. Jak wiadomo książki PWN-u nie są tanie, tym większa jest też moja złość, to woła o pomstę do nieba.

poniedziałek, 21 czerwca 2010
Cienie na trawie, Karen Blixen

 Cienie na trawie (SKYGGER PÅ GRÆSET), Karen Blixen, tłumaczyła Klimek Małgorzata, Rebis

Cienie na trawie

 Ta niedługa książka, pisana przez Blixen jeszcze pod koniec jej życia (w 1960 r. powstała ostania część), jest kwintesencją jej stylu. Lektura ta jest uzupełnieniem "Pożegnania z Afryką", składają się na nią kolejne historie afrykańskiej odysei, portrety psychologiczne służących, anegdotki i przemyślenia pisarki.

Pierwsza część książki opowiada o Farahu, wiernym "służącym z łaski Boga", który był z nią przez siedemnaście lat. Jest to postać niezwykła, a może to pióro pisarki nadaje jej tą aurę, związek pana i sługi, bez którego żadne z nich nie mogłoby istnieć. Z właściwym sobie humorem stwierdza, że sługa jest często o wiele bardziej interesującą i barwniejszą postacią niż jego pan, ale bez niego by nie istniał. W tej części wyraźnie pobrzmiewają feudalne zapędy autorki, ale oddane w niezwykle nostalgiczny sposób.

W książce pojawia się też pierwsza wzmianka o chorobie trawiącej pisarkę, a właściwie sposobach leczenia (mąż zaraził Blixen syfilisem). Karen przyjmowała codziennie kilka kropli arszeniku jako remedium, pewnego dnia zaczytana kazała je przygotować służącemu, który szczodrze nalał "leczącego" specyfiku do szklanki, czyli pół szklanki zamiast kilku kropli. Nie podejrzewająca nic pisarka łyknęła wszystko. Na szczęście nic się nie stało choć podejrzewam, że taka dawka mogła być śmiercionośna. Cóż, przy dawkowaniu lekarstw, lepiej nie czytać wciągających książek.

Autorka opisuje też pasję, jaką było dla niej polowanie, a jaką z czasem zarzuciła. Stwierdziła, że zwierzęta są integralną częścią afrykańskiego widoku i poprzestała jedynie na polowaniach na lwy, namiętności jakiej nie potrafiła się wyzbyć. Opisuje podziw i uwielbienie jakie może czuć myśliwy obserwujący zwierzęta.  Dla Blixen, Dunki z pochodzenia, słonie były wymownym symbolem bo to one znajdują się na królewskim herbie. Dlatego też z przykrością stwierdziła iż dla ludzi "słonie, przedmiot chwały bożej, zamienił się w przedmiot eksploatacji".

Podstawową wadą tej książki jest jej objętość, stanowczo za mała. Ta urodzona bajarka pisała z ogromnym wdziękiem i mądrością. Po jej ostatnich dwóch książkach wiem, że muszę przeczytać wszystko co napisała.

Kraje nordyckie

sobota, 19 czerwca 2010
Pożegnanie z Afryką, Karen Blixen

Pożegnanie z Afryką (Out of Africa), Karen Blixen, przekład Józef Giebutowicz, kolekcja Gazety Wyborczej

Pożegnanie z Afryką

"Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong."

Tak zaczyna się znakomita książka Karen Blixen, niezwykle nostalgiczna i urokliwa. Napisana pięknym językiem jest jak żywa opowieść, historia, której słuchać można przy ognisku.  Na tą autobiograficzną relację składają się luźne wspomnienia autorki, jej wrażenia, zasłyszane historie i anegdotki, własne przemyślenia. Ta powieść to przede wszystkim wyraz największej miłości jaką można żywić do lądu gdzie pozostawiło się swe serce i duszę.

Karen von Blixen-Finecke, duńska baronowa, w 1914 r. przeniosła się wraz z mężem do Kenii gdzie oboje zajęli się uprawą plantacji kawy. Po licznych zdradach i ekscesach ze strony męża, rozwiodła się w 1925 r. i od tąd sama zajmowała się uprawą kawy aż do 1931 kiedy to farma splajtowała (załamanie się rynku, brak kapitału obrotowego i  dwie susze). Karen spędziła w Kenii ponad siedemnaście lat, farma stała się jej domem, miejscem spotkań jej przyjaciół, przystanią dla wielu osób. Feudalna plantatorka opowiada nam o swoich służących, Kikujusach, zatrudnianych wśród miejscowej ludności, tu wyróżniają się niezwykli Kamante i Farrah. Pisarka odkrywa przed nami prawdziwą naturę Afrykańczyka, porównując jego charakter z Europejczykiem. Stara się uświadomić czytelnikowi, że różni nas od siebie nie tylko kultura, ale i postrzeganie świata. Mieszkaniec Afryki przyjmuje wszystkie zdarzenia losu ze stoickim spokojem, szczęśliwy jest gdy los przynosi mu nieprzewidziane wydarzenia, boi się rutyny i stabilizacji. Ze swoistym poczuciem humoru pisarka podkreśla te cechy jako te, które zagwarantowały jej "karierze lekarskiej" takie powodzenie. Rankiem Karen przyjmowała u siebie chorych Kikujusów, których próbowała leczyć. Ponieważ jej umiejętności i wiedza w zakresie medycyny nie były fachowe a opierały się raczej na chęci niesienia pomocy ludziom, którzy tylko w ostateczności albo w ogóle nie udawali się do szpitala, rezultaty zabiegów były dość różnorodne. Baronowa stwierdziła, iż gdyby jej leczenie zawsze uwieńczone było sukcesem nie miałaby tylu chętnych, a ci przychodzili często bardziej z ciekawości co się wydarzy.

"Gdybym mogła zagwarantować każdemu pacjentowi pomyślny wynik leczenia, to kto wie, czy ich szeregi nie zrzedłyby znacznie. Osiągnęłabym wprawdzie wtedy pełnię zawodowego prestiżu - oto niezwykle uczony doktor z Volaia - lecz czy moi pacjenci mieliby nadal pewność, że Pan Bóg stoi po mojej stronie? Pana Boga znali bowiem po śladach suszy, po nocach, kiedy lwy buszowały na równinie, pośladach lampartów krążących wokół chat wtedy, gdy dzieci były same, po chmurach szarańczy opadającej nie wiadomo skąd na pola i niezostawiającej po sobie ani jednego źdźbła trawy."

Wiele miejsca poświęca też autorka swoim zwierzętom, udomowionej gazeli Lulu, psom czy wreszcie polowaniom, którym się oddawała. Poznajemy tradycje mieszkańców Czarnego Lądu i wreszcie funkcjonowanie plantacji kawy. W ówczesnych latach Europejczycy, którzy zapuszczali się na ten kontynent charakteryzowali się swoistym podejściem do życia, to byli ryzykanci, poszukiwacze przygód, ciekawi świata podróżnicy czy wreszcie namiętni łowcy i miłośnicy safari. Blixen zaczęła spisywać swe wspomnienia jeszcze na farmie a używana przez nią maszyna do pisania wzbudzała sporą sensację wśród służby, która miała dla pisarki własne rady.

"-Msabu - zapytał - czy sama wierzysz, że możesz napisać książkę?

Odpowiedziałam, że nie wiem. (...)

-Ja w to nie wierzę.

Nie miałam nikogo, z kim mogłabym dyskutować na temat swej książki; odłożyłam więc trzymany w ręku arkusz papieru i spytałam go, dlaczego nie wierzy. Zaraz stwierdziłam, że Kamante już wcześniej przemyślał sobie tę rozmowę i przygotował się do nie; za plecami trzymał Odyseję, którą teraz położył na stole.

-Widzisz, Msabu - oświadczył - to jest dobra książka. Trzyma się kupy od początku do końca. Nie rozlatuje się nawet wtedy, gdy się ją tarmosi. Człowiek, który ją napisał, jest bardzo mądry. A to, co ty piszesz - ciągnął dalej, równocześnie tonem nagany i przyjacielskiego współczucia - jest trochę tu, a trochę tam. Gdy ktoś zapomni zamknąć drzwi, wiatr roznosi to wszystko i rozrzuca po podłodze i ty jesteś zła. To nie będzie dobra książka."

Kraje nordyckie

środa, 16 czerwca 2010
A Crime in the Neighbourhood, Suzanne Berne

A Crime in the Neighbourhood, Suzanne Berne, Penguin Books

A Crime in the Neighborhood

W gorące lato 1972 roku, amerykańskim miasteczkiem wstrząsa nowina o zamordowaniu dwunastoletniego chłopca. Dziesięcioletnia Marsha mieszka ze swoją rodziną w sąsiedztwie, a to i inne wydarzenia sprawią, że jej życie zupełnie się zmieni tego lata. Małżeństwo jej rodziców przeżywa kryzys, jej ojciec zdradza matkę z jej własną siostrą, Adą.

"Of course, for many people who grew up in the `70s, childhood was spent between parents, rather than with them. If parents didn't actually divorce, they certainly thought about it, often out loud, and sometimes requested their children's advice. I've heard horror stories about Christmases spent in airports, scenes at high school graduations, photo albums with one parent or the other scissored out. I've heard so many of these stories that they're no longer remarkable - in fact, they have stopped being stories at all and have turned into cliches, and the more predictable the worse they are: the father remarries a witch who dislikes his children and turns him against them; the mother remarries a brute who likes her daughters too much. But any cliche has a fact for a heart, and the fact is that marriages, like political alliances, broke up all over this country in the 1970s, which in the latter case at least had never happened before.

The cause of my own parents' divorce was predictable enough. My father began seeing another woman. What spins their story in a slightly different direction is that the other woman happened to be my mother's younger sister, her favourite sister, Ada."

Gdy prawda wychodzi na jaw mężczyzna wyprowadza się z domu a potem wyjeżdża wraz z kochanką. Starsze rodzeństwo Marshy nie przeżywa rozstania rodziców tak bardzo, dziewczynka natomiast zawsze już będzie się zastanawiać dlaczego ojciec ją opuścił. Tymczasem całe sąsiedztwo aż wrzy od plotek na temat morderstwa Boyda Elissona. Dwunastoletni chłopiec został zgwałcony i zamordowany w pobliżu centrum handlowego, zbulwersowani sąsiedzi snują domysły. Można powiedzieć, iż ta tragedia staje się dla ludzi bodźcem do  spotkań i wymiany poglądów. Wszystko to Marsha obserwuje z perspektywy dziecka naiwnego, ale momentami okrutnego. Ma swoje własne podejrzenia co do morderstwa i zaczyna prowadzić skrupulatne notatki na temat aktywności swych sąsiadów, szczególną kontrolą obejmuje nowego mieszkańca okolicy, pana Greena, cichego kawalera.

Jak widać lata siedemdziesiąte nie były wcale takie różowe, afera Watergate, prezydent Nixon, moda na rozwody, pedofile. Nagle przedmieścia nie są już oazą bezpieczeństwa gdzie szczęśliwe rodziny pędzą swój żywot grillując hamburgery. Coś się psuje w idealnym świecie. Jednak ta książka nie jest tylko o zmianach, utracie poczucia bezpieczeństwa, ale i o winie. Morderca i pedofil nigdy nie zostaje odnaleziony, tak jak ojciec Marshy nigdy nie powraca na łono rodziny i  nie wyjaśnia jej dlaczego ją opuścił.

Pierwszy rozdział bardzo mi się podobał, dawkowanie emocji, granie na uczuciach czytelnika, świetne wyczucie stylu. Lecz im dalej w treść tym momentami nudniej, emocje opadły, klimaksu nie było.

Orange Prize 1999

wtorek, 15 czerwca 2010
Krucha jak lód, Jodie Picoult

Handle with Care (Krucha jak lód), Jodie Picoult, Simon & Schuster

 Handle with Care

To była o jedna książka za dużo, autorstwa Jodie Picoult, nie próbujcie dawkować sobie tej autorki kilkoma z rzędu. Normalnie ta taktyka nurkowania w powieściach jednego pisarza pozwala mi na wyłapanie wielu rysów charakterystycznych jego pisarstwa, stylu, zagłębić się w jego języku, ale w tym przypadku na prawdę można się przesłodzić.

Standardowa rodzina z problemami, schemat uderzająco podobny do "Bez mojej zgody". Dwie córki, jedna nieuleczalnie chora, druga zaniedbywana do granic możliwości. Brzydkie kaczątko "łapie" więc wszystkie z możliwych problemów współczesnej młodzieży, najpierw kompleksy, potem bulimię, na okaleczaniu się kończąc. Wiecznie pracujący mąż, nadwyrężony budżet domowy, matka z podwójną moralnością i prawnicy z własnymi problemami. Tytułowa "krucha" to Willow, pięcioletnia dziewczynka mająca genetyczną chorobę osteogenesis imperfecta charakteryzującą się wręcz niezwykłą łamliwością kości. Stąd mała ma już ich na swym koncie ponad pięćdziesiąt. Do tego jest słodka, błyskotliwa, inteligentna i przyjmuje swój los ze stoicyzmem matki Teresy.

Nieudana wycieczka rodzinna do Disneylandu kończy się u prawnika, który podsuwa im pomysł pozwu. Charlotte postanawia pozwać swą jedyną prawdziwą przyjaciółkę, winiąc ją za błąd w sztuce lekarskiej. Piper prowadziła jej ciąże i po wykonaniu badania w osiemnastym tygodniu ciąży nie zaalarmowała jej o możliwych chorobach dziecka, uczyniła to dopiero po dwudziestym czwartym. Wraz z mężem postanowili wtedy nie usuwać już płodu. Teraz po latach borykania się ze złamaniami córki i problemami finansowymi zdesperowana matka znalazła szybkie wyjście z finansowego dołka. Pozwać przyjaciółkę, przyznać przed sądem iż gdyby miała wybór pozbyłaby się chorej córki i zainkasować pieniądze na jej rehabilitację. Trochę zaplątane, ale co tam. Jak zwykle żadna z postaci nie jest zadowolona ze swego życia, a w tej powieści nie ma nawet psa na osłodę (patrz wpis "Bez mojej zgody") czy kogoś z ikrą. Wszyscy bohaterowie wydali mi się mniej lub bardziej bezbarwni, tak jak pobudki, którymi się kierują są mniej lub bardziej naciągane. Wszystkie dylematy moralne przecięte zostają melodramatycznym zakończeniem. I tyle.

niedziela, 13 czerwca 2010
Bez mojej zgody, Jodie Picoult

My Sister's Keeper (Bez mojej zgody), Jodie Picoult, Hodder

My Siter's Keeper

 Chyba najbardziej znana z powieści Jodi Picoult, "Bez mojej zgody", trochę przeleżała na mojej półce. Ta książka miała zadatki na dobrą, kontrowersyjną powieść, lecz mimo podjętych tematów wyszło momentami wciągające czytadło.

Niektórzy ludzie całe swoje życie zadają sobie pytanie nad sensem istnienia, Anna nigdy nie miała takiego problemu. Z jej perspektywy rodzice pomogli genom tak aby "efekt końcowy" odpowiadał ich wymogom. Tym wymogiem była jej zgodność tkankowa ze starszą siostrą, dla której od urodzenia służyła jako dawca, transfuzje krwi, przeszczepy szpiku i inne takie.  Teraz Kate, chora na białaczkę ma problem z nerkami, i zgadnijcie skąd zrozpaczeni rodzice wytrzasną następną nerkę? Anna robi coś, czego absolutnie nie można się spodziewać po trzynastolatce i pozywa własną matkę. Cóż, dziewczyna czuje się jak skrzynka z częściami zamiennymi. Jak się można domyślać stosunki w tej rodzinie są "dość" napięte. Rodzice,Sarah i Brian, bez przerwy żyją w strachu przed kolejnym atakiem choroby Kate, poświęcając jej większość swego czasu, pieniędzy i uwagi. Ich jedyny syn, zaniedbany i stracony w ich oczach (bynajmniej nie próbują nic robić) hula jak może. Postać Jessiego jest dla mnie najsłabiej skonstruowana, młodzian leci na łeb na szyję w bagno świata, nie ponosi żadnych konsekwencji a później z tego po prostu wyrasta. Autorka zupełnie jakby spisała sobie listę rzeczy, które robią niegrzeczni chłopcy i w trakcie pisania odhaczała kolejne punkty.

Anna, dziewczynka niezwykle wrażliwa i czuła pozostaje zawsze w cieniu swej siostry i żyje ze świadomością, iż jest tylko dodatkiem do tej rodziny. Autorka zagłębia się w jej moralne, etyczne i prawne dylematy. Czy istniałaby teraz gdyby jej siostra była zdrowa? Czy pragnienie prowadzenia normalnego życia czyni ją potworem, który nie chce oddać umierającej siostrze nerki? 

Dzięki wieloosobowej narracji poznajemy myśli i odczucia każdego z bohaterów, a w bonusie dostajemy historię miłosną prawnika i kuratorki. O wiele realniej wypada opis choroby Kate i jej zachowania. Właściwie w tej powieści nie ma ani jednego bohatera, który nie miałby co najmniej kilku poważnych problemów psychicznych lub zdrowotnych. Sprytnie wykorzystany motyw ognia łączy wszystkich członków rodziny, ale i śmieszy czytelnika. Ojciec-strażak filozofuje nad jego naturą, syn nad jego podkładaniem.

Prawnik Anny , Campbell, to postać, która bezsprzecznie ożywia atmosferę tej książki. Posiada psa przewodnika, który budzi ciekawość bohaterów książki i na ich pytania odpowiada z uroczą niekonsekwencją oraz sarkazmem.

"I have an iron lung . . . and the dog keeps me from getting too close to magnets;" "He translates for my Spanish-speaking clients;" "He chases ambulances for me."

Zastanawiam się co robi ta pisarka, że zagłębianie się w jej książki, które przecież podejmują tak trudne tematy, nie jest bolesne. To jest jak siadanie w starym wysłużonym fotelu, wiesz, że powinieneś kupić już nowy, ale przecież ten jest taki wygodny. Nie da się ukryć, że Picoult ma skłonności do przesady, nagminnego naginania faktów na potrzeby fabuły, dostosowywania wszystkiego (zachowania bohaterów, ich decyzji itd.) do jednego obranego przez siebie celu, który ukryty jest w finale. Za dużo patosu i wyciśniętego tragizmu, żaden z ośmiu bohaterów nie jest szczęśliwy czy też choćby zadowolony ze swego życia, no może tylko pies prawnika, który doskonale wywiązuje się ze swego zadania więc może tylko on ma satysfakcję. Może powieść ma nie do końca szczęśliwe zakończenie, ale trochę lukru jest.

sobota, 12 czerwca 2010
House Rules / W naszym domu, Jodie Picoult

House Rules (polski tytuł - W naszym domu), Jodie Picoult, Recorded Books

 House Rules

"House Rules" to już siedemnasta powieść w dorobku Jodie Picoult! Nie wiem czy czuć podziw dla jej pracowitości czy święte oburzenie. Moje odczucia plasują się gdzieś tak po środku, kobieta zarabia na życie pisaniem i przy okazji od czasu do czasu porusza sumienia. Wcześniej czytałam tylko "Czarownice z Salem Falls", nienajlepsza powieść gdzie pisarka próbuje chwycić zbyt wiele srok za ogon. To był też powód, dla którego zamiast czytać wysłuchałam audiobooka, ale ku mojemu zaskoczeniu słuchało się całkiem przyjemnie.

Rodzina Huntów to matka, Emma i jej dwaj synowie piętnastoletni Theo i osiemnastoletni Jacob z zespołem Aspergera ("całościowe zaburzenie rozwoju mieszczące się w spektrum autyzmu"). Oznacza to, że młodzian ma ogromne problemy z funkcjonowaniem w społeczeństwie jednak jest pełen dobrej woli. W odnalezieniu się pomaga mu absolutne przestrzeganie rutyny i zasad jakie wymyśliła jego matka ("opiekuj się swoim bratem, masz tylko jednego"). Mamy więc niebieskie piątki, kiedy ubiera się na niebiesko a na obiad ma potrawy w tym samym kolorze, do tego ulubiony serial oglądany zawsze o tej samej godzinie i Jacob zachowuje pozory normalności. Uczęszcza do lokalnego liceum, bierze udział w lekcjach, jednak nie ma żadnych przyjaciół czy nawet znajomych. Jego interakcje społeczne są nieskoordynowane, potrafi zanudzić rozmówcę naukowymi informacjami, ma specyficzne tiki, które plasują go w gronie szkolnych głupków. Do tego nigdy nie umie odczytywać właściwie sygnałów jakie wysyła mocno znudzony rozmówca czy ukrytego sensu ironii, przenośni, idiomów i wszystko bierze dosłownie. Jego choroba ma nie tylko minusy, Jacob ma fotograficzną pamięć i talmudyczną wiedzę na temat medycyny sądowej i odcisków palców, która przebija agentów FBI czy CSI. Jest dla matki jej "słodkim chłopcem", która zdaje sobie sprawę jak mogłoby wyglądać jej życie gdyby nie starszy syn, ale równocześnie wie, że nie chciałaby innego Jacoba. Emma poświęciła dla niego wszystko, małżeństwo, karierę, status społeczny, jednak ani przez chwilę nie żałuje. Można się domyślać, że kobiecie nie lekko z własnym detektywem Monkiem w domu i buntującym się nastolatkiem, w okresie burzy hormonów.

Theo jako ten zdrowy zwykle czuwa nad starszym bratem psiocząc przy tym niemiłosiernie, matka skupiając całą swą uwagę na jednym synu nie ma czasu dla drugiego. Zaniedbany przez matkę zaczyna się oddawać niekonwencjonalnemu hobby. Nastolatek nie ma znajomych, bo jaki w tym sens jeśli nie mógłby zaprosić ich do domu, jeśli z kimś nawiązywał kontakt zwykle psuł to Jacob. Theo zrezygnował więc ze wszelkich prób by oszczędzić sobie bolesnego wstydu, zamiast tego wędruje po tzw. lepszej dzielnicy i wyobraża sobie jak by to było gdyby mieszkał z "normalną" rodziną w jednym z drogich domów. Z czasem posuwa się do zaglądania do owych domów i zabierania sobie drobiazgów, których właściciele i tak nie zauważyliby ich braku. Takie oryginalne spędzanie wolnego czasu nie może oczywiście nie pociągnąć za sobą dość nieprzyjemnych konsekwencji. Do tego jego brat zostaje oskarżony o morderstwo swej własnej opiekunki, z którą ćwiczył interakcje społeczne. Od tego momentu wszystkie zdrowe na umyśle postacie zachowują się w dość bezsensowny jak dla mnie sposób. Nikt nie zadaje Jacobowi pytania co się na prawdę wydarzyło w mieszkaniu Jess, ale to oczywiście zrujnowało by fabularne zamierzenia autorki. Dlatego powieść jest jakby "wyciągnięta" do granic prawdopodobieństwa, daje to czas pisarce by poprowadzić wszystkie wątki i splątać je w jeden oczywisty finał (choć dwuznaczny).

Pisarka całkiem zmyślnie składa wszystko do kupy, czyta się szybko, postacie dają się lubić. Myślę, że najlepsze rozdziały to te, gdzie narratorem jest Jacob, Picoult udaje się uchwycić jego specyficzne pojmowanie świata, obsesje i pochłonięcie swą własną osobą. Mimo iż koniec rozczarowywuje to całkiem ciekawa lektura.

 
1 , 2
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka