poniedziałek, 30 maja 2011
Wiktoria, żona Alberta, George Bidwell

Wiktoria, żona Alberta, George Bidwell, Prószyński i S-ka 2000

 Wiktoria, żona ALberta, George Bidwell

Niedawno oglądałam film "Młoda Wiktoria" więc gdy nawinęła mi się książka Georga Bidwella, "Wiktoria, żona Alberta", od razu postanowiłam ją przeczytać. Zaciekawiła mnie postać tej długowiecznej królowej a pisarz zaspokoił całkowicie moją ciekawość, obraz jaki wyłania się z jego książki nie jest bynajmniej wolny od ostrej krytyki i szczerego osądu jej dokonań.

Wiktoria od początku mimo surowego, chrześcijańskiego wychowania nie miała najlepszych wzorców do naśladowania. Odnosi się to głównie do jaj matki, która jak myślę była głównym przyczynkiem do jej późniejszej hipokryzji. Gdy mała przyłapuje mamę in flagranti z Johnem Conroyem, jej ochmistrzem, delikatna nić porozumienia jaka je łączy zostaje rozerwana i ich stosunki zawsze już będą napięte. Intrygi w posiadłości tylko pogarszają sytuację. Niezbyt inteligentna, omotana księżna Kentu na pewno szczerze kochała córkę, jednak jej pragnienie władzy przewyższało inne uczucia. I tak od najmłodszych lat dziecka, wszyscy bliscy bez przerwy walczą o wpływy nad  Wiktorią i tak już będzie zawsze, bo mimo iż dziewczę się buntuje, to zawsze ktoś roztoczy nad nią swą "delikatną" opiekę. Kolejno jej guwernantka, pierwszy premier, którego darzyć będzie nieszkodliwym uwielbieniem, przyszły mąż.  Co oczywiście nie znaczy, że owi ludzie chcieli źle dla swojej podopiecznej, oni jedynie "wiedzieli lepiej" i Wiktoria dawała się wodzić za nos. Jak pisze Bidwell była kobietą nieopanowaną, pozwalającą by histeria i szał panowały nad nią. Braki w wykształceniu, ogromna naiwność połączona z łatwowiernością, stanowiły dobry materiał do "urabiania".

Gdy osiemnastolatka zasiada na tronie, Anglia ma już powyżej dziurek w nosie Hanowerczyków, którzy sprowadzili owy "tron na dno niesławy" i z ulgą wita świeżą krew. Sama Wiktoria jest zachwycona swoją nowo zdobytą niezależnością i nie ma bladego pojęcia o rządzeniu krajem, w dodatku jest niezwykle stronnicza. Prawdziwy monarcha powinien łagodzić konflikty i być bezstronnym, tymczasem ona kibicowała Wigom albo Torysom, w zależności od okresu życia. Jeśli chodzi o męża to ten gdy już się znudził osuszaniem bibułą podpisów swej królowej zaczął swoją powolną kampanię dyskretnego przejmowania władzy. Sama królowa związek małżeński bardzo sobie chwaliła, poza rodzeniem dzieci, które były dla niej "ujemną stroną małżeństwa". Cechą tej pary była owa "przeklęta moralność" pokrywana przez całe tony hipokryzji. Według biografa Albert był tą silniejszą indywidualnością, kształtującą opinie królowej, niezwykle sumienny, obowiązkowy, a przy tym sztywny i bezwzględny. Po jego śmierci królowa bez przerwy będzie nosić żałobę i czarny czepeczek, skromnym tym ubiorem zyska sobie sympatię niższych klas, co ceniły umiar i bezpretensjonalność.

W książce przedstawiona jest jeszcze jedna postać - Florence Nightingale, ta nieprzeciętna kobieta stanowi tu swego rodzaju przeciwwagę dla Wiktorii. Gdy niezwykle czynna pielęgniarka dokonuje cudów na polu służby zdrowia, królowa Anglii świętuje jubileusz z okazji swej długowieczności i zasiadania na tronie. Pisarz nie ukrywa po czyjej stronie leżą jego sympatie i podziw.

George Bidwell pisze przystępnie, ciekawie, starając się zachować jakąś dozę obiektywizmu, choć nie szczędzi surowych sądów. Do tego analiza fenomenu wiktoriańskiej mentalności i obyczajowości z wytłumaczeniem dlaczego w owym okresie, taką popularność zdobyły sobie ciężkie, wyściełane meble i stoliczki z bibelotami.

niedziela, 29 maja 2011
Zmartwychwstanie, Lew Tołstoj

Zmartwychwstanie, Lew Tołstoj, tłumaczenie Wacław Rogowicz, ZIELONA SOWA 2010

Zmartchwywstanie, Lew Tołstoj

Jakoś uczepiłam się tego Tołstoja, ale to dlatego, że naprawdę mnie wciągnął, jest coś takiego w jego literaturze, co pozwala zagłębić się spokojnie w jego powieść, jak w stary, wysłużony, ale niezmiernie wygodny fotel. "Zmartwychwstanie" mimo dość nagminnego tonu moralizatorskiego w podtekstach, też mnie właściwie nie zawiodło. Książka wydana po raz pierwszy w 1899 r., czyli jeszcze w XIX wieku była pierwszą powieścią po 25 latach "milczenia" (w ym okresie wydawał jedynie krótsze formy prozatorskie) i oczywiście z niecierpliwością oczekiwaną. Ba, sam pisarz stwierdził, że lepszą niż "Wojna i pokój" czy "Anna Karenina", no mogłabym się tu z nim pokłócić.

 Dymitr Iwanowicz Niechludow, bogacz i właściciel ziemski o sporych dochodach używa życia jak społeczeństwo przykazało. Wydaje duże sumy pieniędzy na bezsensowne zakupy, grywa, z obowiązku posiada kochankę, ale i zaleca się do pewnej pięknej panny - jednym słowem nie odstaje od światowego towarzystwa. Jednak pewnego dnia obowiązek obywatelski każe mu zasiąść w sądzie by czynić powinność przysięgłego, a tam w oskarżonej o otrucie prostytutce, rozpoznaje byłą kochankę. Cóż za niezwykły przypadek! To zrządzenie losu, jak się okazuje ma zbawienne skutki na duszę naszego grzesznika, bo ten jak rażony piorunem zdaje sobie nagle sprawę z popełnionych przewinień. Ba, mało tego, jego dusza odradza się w tym momencie, albo lepiej powiedzieć oczyszcza z grzesznego osadu jaki naniósł się w jej progi przez ostatnie lata przebywania wśród elit. Bo to wszystko warunki winne, nie człowiek. Dymitr we wczesnej młodości był nieskalanym chłopcem, idealistą, który ziemię odziedziczoną po ojcu z litości i dobrych chęci chłopom oddał. Jako owe studiujące i nieskażone pachole poznał czarnooką, śliczną Katiuszę, wychowanicę jego ciotek i zapałał do niej miłością równie nieskazitelną i niewinną. Nawet jej nie zwiódł na drogę niecnoty, tak prawy był w owym czasie. Oczywiście taka duszyczka nie mogła zostać nie zbrukana i nasz chłopak nauczył się życia używać w wojsku, powrócił później na wieś do ciotek jako zdeprawowany chłopak po pierwszych wtajemniczeniach, tam uwiódł niewinną dziewczynę i wyjechał w dniu następnym, rzec można - po angielsku. Ta przeszłość cała, dotarła do niego  na rozprawie sądowej i "zobaczył, że źle czyni".

"Bóg, który w nim żył, zbudził się w jego świadomości." - beatyfikacja bohatera już za progiem. Można powiedzieć, że nastąpiła zmiana w jego postępowaniu i myśleniu o 180 stopni. Nie tylko zdał sobie sprawę, że zrujnował komuś innemu życie, ale zaczął rozmyślać nad przyczynami takiej niesprawiedliwości w świecie. A gdy już rozpoczął myślenie, wnioski same zaczęły dobijać się do jego umysłu. Nagle okazało się, że ludzie biedni cierpią taką biedę, że ledwo rodzinę wyżywić mogą, jedno rosyjskie prawo nie obowiązuje tak naprawdę wszystkich, bo gdy w nędzarzach inni znajdują kozły ofiarne, prawdziwi sprawcy przestępstw nie zostają pociągnięci do odpowiedzialności. Nagle świat jawi się jako niesprawiedliwe miejsce, gdzie jedni balują i myślą tylko o sobie, a inni cierpią niezasłużenie. Gdy to wszystko dociera do Niechludowa postanawia on wyjść za mąż za urokliwie zezowatą Katję, czynić dobro i pomagać innym.

Tołstoj sprawnie ukazuje nam ludzi omotanych skomplikowanymi społecznymi zależnościami, które sprawiają, że nie żyją oni tak, jak by tego chcieli, ba, tak tkwią w konwenansach, narzuconych opiniach, schematach, że nie zauważają tego i sami nie wiedzą czego chcą. Życie jest  sprawą dość skomplikowaną i ukazywanie tego najlepiej wychodzi autorowi "Zmartwychwstania". Te wszystkie absurdy społeczeństwa, które samo sobie wikła sieć, w którą wpadają kolejne ofiary. Niesprawiedliwość prawa karnego, samolubstwo ludzi zajętych tylko własnymi potrzebami, człowiek to egoistyczne stworzenie. Stanowczo maj upłynie mi pod nazwiskiem Tołstoja.

środa, 25 maja 2011
Cesarzowa Elżbieta, Brigitte Hamann

Cesarzowa Elżbieta (Elisabeth, Kaiserin wider Willen), Brigitte Hamann, tłumaczenie Jan Koźbiał, PIW 2008

 Cesarzowa Elżbieta, Brigitte Hamann

O książce Brigitty Hamann po raz pierwszy przeczytałam na blogu Lirael i od razu mnie zainteresowała. Tytułowa postać, bohaterka wielu filmów, jest ciągle bezkrytycznie uwielbiana przez naród austriacki i drukowana w masowych ilościach na pocztówkach z pozdrowieniami z Wiednia. Ładna buzia, swoista historia Kopciuszka i wreszcie tragiczna śmierć, dodają poloru legendzie. Nie łatwe to zadanie dla biografa zmierzyć się ze sławną i lubianą postacią historyczną, wokół której narosło trochę mitów. Myślę jednak, że historyk podołała wyzwaniu i udało jej się oddać w ręce czytelników książkę obiektywną, bazującą na wielu źródłach historycznych, a przy tym ciekawą.

Obraz jaki wyłania się nam z publikacji Brigitte Hamann jest szczery i bez pozłoty. Poznajemy zaledwie piętnastoletnią księżniczkę bawarską, która całkowicie zauroczyła cesarza Franciszka Józefa. W dodatku dziewczę nie miało podobnego zamiaru, jedynie towarzyszyło w oficjalnej wizycie swej starszej siostrze Helenie. Jednak cóż począć, "cesarzowi Austrii nie daje się kosza". I w ten dość sprzeczny z etykietą sposób zaczęto kompletować na chybcika wyprawę ślubną dziewczynce, całkowicie zaskoczona matka nie była przygotowana na taką ewentualność i trousseau Elżbiety von Wittelsbach wypada biednie na wiedeńskim dworze. Tragedię jaką musiała przeżywać mała cesarzowa trudno nam zrozumieć w XXI w., nie był to dla niej najlepszy początek a "na parkiecie wiedeńskiego dworu łatwo było się poślizgnąć". Do tego Elżbiecie brakowało nieskazitelnego drzewa genealogicznego co gubiło ją w oczach dworu, nie mówiąc już o dość ekscentrycznym postępowaniu papy von Wittelsbacha. Jednym słowem pewne rzeczy się nie zmieniają - majątek i pozycja, to ceniono i ceni się nadal w wielkim świecie. Potem było już tylko gorzej, nieporozumienia z upartą i niedyskretną teściową narastały, Zofia nie przywykła do tego by jej się sprzeciwiano i miała własne poglądy na wychowanie wnuków. Franciszek Józef szczerze kochał swoją żonę, ale wychodził z założenia, że jakoś się dziewczę odnajdzie w pałacu. I rzeczywiście wraz z upływem lat młoda kobieta zaczęła mieć własne zdanie, ale bynajmniej nie takie jakiego spodziewał się jej mąż. Sisi nauczyła się wykorzystywać swój największy atut - urodę, do spełniania swoich pragnień, jednak ze względu na swą chorobliwą nieśmiałość nigdy porządnie nie zajęła się polityką.

Była cesarzową, która uważała że urząd cesarza jest niepotrzebny, wręcz zbędny, oczywiście mężowi tego nie mówiła, nigdy też go nie krytykowała. Zwolenniczka demokracji o antymonarchistycznych poglądach, postępowa kobieta, po cichu hodująca swoją indywidualność. Do tego egzaltowana romantyczka i poetka, to przez nią najważniejszą osobą na dworze była fryzjerka. No, ale jak ktoś ma włosy do kostek to toaleta trwa "chwilę" (ta chwila liczyła sobie dziennie trzy godziny) i musiał być ktoś wprawny do pomocy. Wszystkie zabiegi upiększające urodę zwróciły się Elżbiecie, która jeszcze po pięćdziesiątce (przypominam, że wtedy nie było jeszcze liftingów i innych nieczystych sztuczek) uchodziła za piękną kobietę i bynajmniej nie "jechała" na ugruntowanej opinii ani pozycji jaką zajmowała w świecie.

Autorka biografii cesarzowej nie pomija milczeniem ekscesów swojej bohaterki, jej narastających dziwactw, nerwowych napadów. Ktoś kto oglądał te wszystkie filmy o Sisi może się srodze rozczarować nią samą i jej późniejszym związkiem z mężem. Dość powiedzieć, że kochana żonka ułatwiała cesarzowi spotkania z jego nową przyjaciółką, po resztę informacji ciekawskich odsyłam do książki Brigitte Hamann.

seria: Biografie Sławnych Ludzi

poniedziałek, 23 maja 2011
Prządki księżycowe, Mary Stewart

Prządki księżycowe (The Moon-Spinners), Mary Stewart

 Prządki księżycowe, Mary Stewart

Ten mitologiczny tytuł obiecał mi więcej niż była w stanie dać powieść i przez to jestem rozczarowana lekturą. Po Mary Stewart sięgnęłam pierwszy raz, teraz wiem, że może powieść spodobałaby mi się bardziej gdybym była dużo młodsza. Naczytałam się wcześniej trochę o tej pisarce na angielskich blogach, ale to nie to, czego szukałam. Jest to pisarka stale wznawiana i uznana na wyspie, zapewne nie bez powodu. Po czterech tomach "Wojny i pokoju" potrzebowałam czegoś króciutkiego i przyjemnego, "Prządki księżycowe" te dwa warunki spełniły, ale nic ponad to.

Upalne lato, skaliste wybrzeża Krety i pespektywa tygodniowego urlopu wprawiła Nicolę w szampański humor i wcale jej się nie dziwię. Młoda dziewczyna przybywa dzień wcześniej na peryferia małego, greckiego miasteczka i zamiast udać się prosto do hotelu zbacza by napawać się widokiem i wolnością. Natyka się na nerwowego faceta, który atakuje ją i grozi jej nożem. Dalej jest już tylko ciekawiej dla naszej małej podróżniczki. Poznaje tajemniczego, rannego, już nie tak nerwowego Marka, ukrywającego się w pasterskiej chacie. Oczywiście przedsiębiorcza dziewoja wyciąga z mężczyzn ich tajemnice, i miesza się do nich z niesłabnącym zapałem. W końcu jest młoda, ciekawa życia i impulsywna. Nie będę pisała nic więcej na temat treści, gdyż nie jest skomplikowana i mogłabym komuś zepsuć przyjemność odsłaniając zbyt wiele szczegółów fabuły.

Książkę poleciłabym raczej młodszym czytelniczkom, elementy sensacyjne, wątek miłosny, rannego przystojniaka - jest wszystko co może zapewnić jakąś dozę rozrywki. Styl pisarka ma wypracowany, wie jak zgrabnie posługiwać się językiem, w końcu ma niejedną książkę na koncie. To takie czytadło w sam raz na wakacje, w końcu główna bohaterka też się na nie wybrała, no i miejsce akcji - słoneczna Grecja, może być dodatkowym atutem.

sobota, 21 maja 2011
Wyznawcy. Jak Ameryka dała się naciągnąć Bernardowi Madoffowi na 5 miliardów dolarów, Adam LeBor

Wyznawcy. Jak Ameryka dała się naciągnąć Bernardowi Madoffowi na 5 miliardów dolarów (The Believers. How America Fell for Bernard Madoff's $65 Bilion Investment Scam), Adam LeBor, przełożył Antoni Górny, MUZA, Warszawa 2011

 Wyznawcy, Adam LeBor

Tak, wiem, okładka jest fatalna, a tytuł sensacyjny, dlatego ze zdziwieniem skonstatowałam, że książkę LeBora czyta mi się przyjemnie. To pewnie dlatego, że publikacja ma zupełnie inny charakter niż myślałam, że będzie miała. Pierwszym miłym zaskoczeniem były liczne odwołania autora do historii, te mnie od razu ujęły. Nie jest to więc krótkie, sensacyjne dziełko traktujące o oszuście finansowym, ale znacznie bardziej wnikliwe studium poświęcone Madoffowi i chciwości.

Bernard Madoff, z pochodzenia Żyd, zamieszkały w Ameryce, jest twórcą funduszu, który przez całe lata przynosił równomierne zyski jego udziałowcom. Mimo znacznych wahań rynku, koniunktury, czy innych problemów, jego firma zawsze przysyłała swoim klientom optymistyczne wyciągi z ich kąt. Przez te kilka lat do grona inwestorów dołączyli sławni i bogaci, i mówimy tu o miliardach dolarów czyli sumach przekraczających możliwości normalnego śmiertelnika. Inwestorzy licznych przedsiębiorstw, przedstawiciele wpływowych organizacji charytatywnych, bliscy przyjaciele samego Madoffa i ich dalsi znajomi wpompowywali w piramidę finansową spryciarza ogromne pieniądze. Jak to się stało, że przez tak długi okres czasu nikt nie dostrzegł oszustwa na taką skalę, co z wszelkimi kontrolami, jak udało mu się oszukać tylu ludzi? Co z jego kolegami po fachu, ślepi byli czy co? Na te pytania stara się odpowiedzieć LeBor, dodając kolejne - o naturze ludzkiej, poczuciu bezpieczeństwa, idei chciwości.

Wierzcie mi, jeśli chodzi o reguły gry na giełdzie to jestem zielona, Wall Street to dla mnie ciemna magia, ale dziennikarzowi udało się wytłumaczyć w dość jasny sposób (choć nie mówię, że jest lekko) na czym polegały finansowe machlojki sprytnego chciwca. Śledzimy więc kolejne kroki naszego głównego bohatera, edukację, rozwój firmy na rynku, zdobywanie kolejnych klientów, wkupywanie się majątkiem w łaski innych bogaczy, stopniowe zdobywanie zaufania określonych grup społecznych. Można powiedzieć, że ten krętacz wkręcił się w towarzystwo starych rodzin żydowskich, zawiązał przyjaźnie , a potem wszystkich wykorzystał. Autor pisze o żądzy zysku ale i o poczuciu odpowiedzialności za decyzje inwestorów. Mamy też kawałek historii i rozwoju giełdy oraz zbliżenie małych zamkniętych, bogatych społeczności. W poczet takiego grona wcale nie jest łatwo się dostać i same pieniądze na opłacenie członkostwa w country clubie może nie wystarczyć. Bardzo mi się podobały rozsiane po książce ciekawostki historyczne, np. te o country clubach, zamkniętych warowniach z luskusowymi polami golfowymi  i lunchami za niebotyczne ceny.

LeBor w bradzo interesujący sposób przedstawia poczynania Madoffa, nie zanudza czytelnika i przy okazji przedstawia nam jak bardzo świat się zmienił w ciągu ostatnich lat XX wieku. Powoli odszedł w zapomnienie stary świat finansjery z jego koneksjami, dobrym urodzeniem, niezwykłą elitarnością, a pojawił się ten nowocześniejszy, dużo bardziej dynamiczny i bardziej otwarty, ale też i bezosobowy. Tworzenie sieci zależności, na których opierał się później tytułowy oskarżony wcale nie było takie proste. Najtrudniej jest mi zrozumieć jak w ten sposób mógł zrujnować najbliższych przyjaciół. Do tego dowiadujemy się, że kolektywne manie i złudzenia wcale nie odeszły w przeszłość, są niezmiennym elementem ludzkiej historii.

czwartek, 19 maja 2011
Wojna i pokój, Lew Tołstoj

Wojna i pokój, Lew Tołstoj, PIW, 1984

 Wojna i pokój, Lew Tołstoj

Zdopingowana przez kochającą powieści historyczne babcię, "Wojnę i pokój" przeczytałam już dawno, dawno temu. Teraz, po latach dopatrzyłam się w niej paru motywów i symboli, których oczywiście wcześniej nie miałam szans zauważyć, no i nie czytałam już dla poznania samej treści. To co rzuciło mi się od razu w oczy to nieskończone pokłady ironii rosyjskiego pisarza i jego dystansu. Nie raz czytając któryś z tomów uśmiechałam się do siebie pod nosem, nie chodzi tu o jakieś otwarte żarty ze strony autora, ale delikatną ironię tkwiącą w treści, subtelnym komizmie sytuacji, ledwo uchwytnym w wypowiedziach bohaterów.

Tołstoj zainspirowany historią swych dziadków stworzył historię dość skomplikowaną i niezwykle złożoną, przy czym nie będę tu przedstawiać wszystkich czterech tomów, a poprzestanę na dość chaotycznych rozważaniach własnych (uwaga liczne spojlery).

Pierre Bezuchow to chyba najgłupsza książkowa postać z jaką miałam ostatnio do czynienia. Autor traktuje go z wyraźnym pobłażaniem i ironią, przynajmniej ja to tak odebrałam. Z jednej strony dorosły mężczyzna, z drugiej kompletny naiwniak, który pojęcia nie ma co się wokół niego dzieje. Nagłą zmianę swej pozycji w świecie przyjmuje z oszołomieniem, biorąc wszystko za dobrą monetę i tak przez trzy tomy co najmniej. Jakoś nie zauważa, że majątek który otrzymał w spadku predestynuje go do roli człowieka obytego, podziwianego, kochanego et cetera, podczas gdy wcześniej postrzegano go jako salonowego nudziarza. Ten boży prostaczek pełen jest jednak zapału i z zatrważającym zapałem poszukuje jakiegoś celu w życiu. Nie znajdzie go bynajmniej w pierwszym małżeństwie, działalności masonerskiej ani reformach socjalnych, jego morderczym planom zabójstwa Napoleona też brakuje planu i rozwagi, zresztą i tak zbacza gdzieś po drodze.

Natasza Rostowa dorównuje poziomem inteligencji Pierrowi i od początku wierzyłam, że są dla siebie stworzeni. Gdy księżniczka Maria pyta się naszego nierozgarniętego bohatera, jaka jest przyszła narzeczona jej brata, ten melancholijnie odpowiada, że "nie raczy być rozumna" - no jak dla mnie bomba. Jest co prawda czarująca, ale nie wiadomo dlaczego. I ja tą opinię naprawdę popieram, przez całą prawie powieść tylu bohaterów uważa Nataszę za absolutnie niezwykłą i ujmującą, nie wiadomo dlaczego. Rozpala w mężczyznach żar, inspiruje uśmiechając się szelmowsko i zachowując w dużej mierze jak dziecko, taka swawolna i wolna dusza rosyjska. Jednak nawet ta bohaterka dorasta, bardzo tyje i znajduje sens życia w macierzyństwie (to, że sama doglądała dzieci świadczy o niezwykłym poświęceniu i miłości do nich, w końcu od tego były bony i takie tam) oraz byciu przykładną żoną. No cóż, to jednak pisał facet w XIX wieku, "Anna Karenina" będzie później.

Andriej Bołkoński jest przyjacielem Pierra i jego całkowitym przeciwieństwem, zimny cyniczny, skryty w sobie - typ mroczny. To człowiek rozgarnięty i inteligentny choć nie na tyle by zauważyć, że pakuje się w kolejne nieudane małżeństwo. Oświadcza się oczywiście Nataszy, która swoją prostotą, naiwną radością i brakiem wykształcenia przypomina jego pierwszą żonę, ulubienicę petersburskiego towarzystwa. Facet był chyba kompletnie ślepy albo co, tak zrzędził na pierwszy mariaż a lezie w drugi podobny. Obie panie są pełne życia, kokieterii i charakterystycznej pustoty salonowej. No jednak dalej widzimy, ze nie są sobie pisani. Tołstoj lubi pokazywać jak te ludzkie losy lubią się plątać i oddziaływać na siebie.

Obraz społeczeństwa rosyjskiego jest tu niezwykle wyczerpujący, dlatego powieść może stanowić cenne źródło wiedzy dla miłośników XIX wieku i Rosji. Znajdziemy tu wszystko - od pierwszego balu debiutującej młodej damy do opisów batalii, płonącej Moskwy czy masonerskich misteriów wtajemniczenia. I wszystko to z wrzącymi, ludzkimi uczuciami, które kipią w powieści.

To co mi się podobało to podejście pisarza do historii, jego mini wykłady dotyczące tej dziedziny i barwne porównania. Choć wydaje mi się, że to właśnie one mogą wytrącić niektórych czytelników z fabuły i znudzić. Mnie one bynajmniej nie przeszkadzały, zwłaszcza gdy już dosyć miałam niektórych bohaterów.  Oj igra sobie Tołstoj z losami swych postaci, dając im doświadczyć w życiu wielu różnorodnych uczuć i wydarzeń. Każde z nich targane jest przez wichry ogromnej siły nie do opanowania przez jednostki, ale też każdy może dokonywać w swoim życiu różnych wyborów i w jakimś sensie decydować o swojej przyszłości. Historia jest tu wzburzonym morzem dla jednostek, które muszą pamiętać, że szczęście ich bliskich zależy tylko od nich samych. Po tych wszystkich wzlotach i upadkach Tołstoj serwuje nam taki zawodzący (mnie przynajmniej) happy end, choć może ze znakiem zapytania, bo w końcu kto może wiedzieć co kryje przyszłość? To, że nasze rosyjskie rodziny znalazły szczęśliwe przystanie nie przeświadcza o przyszłości ich dzieci. Skoro już jestem przy tym temacie to podobało mi się jeszcze poprowadzenie przez autora "Wojny i pokoju" motywu przywództwa i ukazanie tzw. liderów. Poprzez odpowednie operowanie fabułą widzimy, że ci carowie czy tam inni dyktatorzy, to najzwyklejsi ludzie w świecie, którzy nie mają nawet takiej siły jak im się wydaje. Mikołaj Rostow wielbi Aleksandra by potem się przekonać, że to zwykły człowiek. Ba, pisarz idzie dalej i pokazuje nam spłoszone towarzystwo na balu gdzie wizytę zapowiedział car, prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero po jego wyjściu, ponieważ wszyscy ludzie byli bardziej przestraszeni samą ideą wielkiego władcy niż człowiekiem. Napoleon przy bliższym poznaniu to już w ogóle wypada fatalnie. Dalej, wspaniali mężowie stanu są nimi często, przez serię małych powiązanych ze sobą przypadków, nad którymi wcale nie panowali. Przeciwnie jak twierdzi Tołstoj, Napoleon palnął niejedną głupotę, ale warunki mu sprzyjały i przejął władzę we Francji. Kolejne łańcuchy przyczynowo-skutkowe, które nie mogą być rozpatrywane odzielnie tworzą właśnie skomplikowaną historię naszej rzeczywistości.

środa, 18 maja 2011
Książki o II wojnie światowej

W tej liście zawarłam linki do recenzji zarówno książek historycznych jak i powieści, wszystkich związanych z tematyką drugiej wojny światowej.

powieści:

"Popiół i diament" Jerzy Andrzejewski

"Skrzypce z Auschwitz" Maria Angels Anglada

"Tworki" Marek Bieńczyk

"Paragraf 22" Joseph Heller

"Los utracony" Imre Kertesz

"Pokuta" Ian McEwan

"Angielski pacjent" Michael Odaatje

"Iskra życia" Erich Maria Remarque

"Dziewczęta z Szanghaju" Lisa See

"Dzień" Elie Wiesel

"Noc" Elie Wiesel

wspomnienia, dzienniki, pamiętniki:

"Zima o poranku" Janina Bauman

"Dziennik z getta warszawskiego" Mary Berg

 "Czarne sezony" Michał Głowiński

 "Ziele na kraterze" Melchior Wańkowicz

"Dzieci żydowskie oskarżają"

książki historyczne:

"Tajna historia podstępu w czasie drugiej wojny" Jean Deuve

"I była miłość w getcie" Marek Edelman

"I była dzielnica żydowska w Warszawie" Marek Edelman, Władysław Bartoszewski

"Bitwa o Monte Cassino" Melchior Wańkowicz

poniedziałek, 16 maja 2011
Iskra życia, Erich Maria Remarque

Iskra życia (Der Funke Leben), Erich Maria Remarque, Rebis, 2010

 Iskra życia, Erich Maria Remarque

Ostatnio swoją recenzją "Łuku triumfalnego" kornwalia przypomniała mi o twórczości Ericha Remarque. Czytałam tylko jedną powieść autora - "Na zachodzie bez zmian" i byłam pod jej ogromnym wrażeniem, teraz sięgnęłam po "Iskrę życia" i mam poczucie, że owo wrażenie sprzed lat właśnie się odnowiło.

Pisarz nigdy nie był w obozie, a swoją książkę zaczął pisać już w Ameryce, opierał się w znacznej mierze na wspomnieniach ocalałych z Holocaustu świadków, materiałach które zebrał. Podziwiam autora, który niedoświadczywszy takich wydarzeń umiał o nich napisać w tak przejmujący sposób. Akcja "Iskry życia" rozpoczyna się w 1945 r. , w niemieckim obozie koncentracyjnym, w Mellern. Ta książka to swoiste studium obozowego życia, naszym przewodnikiem jest kościotrup numer 509. To człowiek, który zatracił swoją osobowość, tożsamość, przeszłe życie, myśli o sobie jak o numerze, ponieważ "nazwisko jest szyldem innego życia", które nie jest już jego udziałem. Dlatego też dopiero pod koniec książki dowiadujemy się kim był z zawodu, jakie miał poglądy polityczne. Przebywa obecnie w małym obozie, gdzie trafiają tak zwani weterani, jednostki nie nadające się już do pracy, schorowane, zagłodzone, czekające na powoli zbliżającą się śmierć.

"509 bił rekordy w utrzymywaniu się przy życiu".

Beznadziejną monotonię życia obozowego przerywa nalot aliantów, którzy ostrzeliwują pobliskie miasteczko, płonąca wieża kościoła staje się dla więźniów momentem przełomowym, w którym budzą się do ponownej walki o życie, na ich czele staje 509 - "potrzebujemy żarcia, nie chcemy umrzeć z głodu", jak słusznie zauważa. To proste stwierdzenie sprawia, że on i jego przyjaciele po raz pierwszy zaczynają kombinować chcąc przechytrzyć nazistów. Dochodzi do tego, że zastraszeni,prawie zagłodzeni na śmierć więźniowie kantują nazistów jak tylko mogą by po prostu przetrwać.

Kolejną ważną postacią jest tu komendant obozu, z jago perspektywy też oglądamy rzeczywistość. Jego wypowiedzi wzbudzają politowanie, taka odrobina czarnego humoru, np. że życie "na górze to jego życie prywatne, niewinna przyjemność konieczna po całej tej walce o byt" - czyli dobre cygara, wizyta prostytutki szczuplejszej niż żona, czerpanie przyjemności z wydawania rozkazów - wszystko to z dala od rodzinnego domu w miasteczku. Dla niego obóz to miejsce wytchnienia gdzie może sobie pofolgować, dla czytelnika, który mruży oczy z niedowierzaniem to granda. Niemiec, który myśli, że wdepnął w nawóz za kilka tysięcy (domyślacie się z czego ten nawóz był) i teraz go marnuje roznosząc. Tu chylę czoło przed celną prostotą i ironicznym ostrzem pióra Remarquea. Żeby umieć budzić takie emocje w czytającym trzeba znać się na psychice, doskonale władać potężnym narzędziem jakim jest język. Autor wyśmiewa zaradność swego bohatera, który zbija majątek na nieszczęściu innych, a robi to w wyrafinowany sposób. 

Autor "Iskry życia" podejmuje też temat winy, widzimy bowiem jak z końcem wojny esesmani stwierdzają, że oni przecież nie są prawdziwymi nazistami, to tylko tak w grupie było wygodniej. Prawdziwy fanatyk to ten drugi, każdy z nich w końcu wykonywał tylko rozkazy, w końcu posłuszeństwo wpajano im od dawna, to ten Hitler z wąsikiem rozkazywał. Okazuje się też, że nie są też prawdziwymi żołnierzami, brak im odpowiedniego przeszkolenia, nie znają strategii, nie umieją wyciągać samodzielnych wniosków, potrafią tylko katować bezbronnych ludzi. Nagle zabawa w wojnę, w Meller się kończy i każdy z niemieckich żołnierzy nie wie co począć ze sobą.

Powieść wciąga mimo makabrycznego tematu, tu nie ma miejsca na zbędne frazesy, to sama esencja - lubię taką literaturę.

niedziela, 15 maja 2011
Opowieść o Darwinie, Irving Stone

Opowieść o Darwinie (The Origin. A Biographical Novel of Charles Darwin), Irving Stone, MUZA, Warszawa 2011

 Opowieść o Darwinie, Irving Stone

Wiele już słyszałam pozytywnych opinii o twórczości Irvinga Stonea z niecierpliwością więc sięgnęłam bo świeżo wydaną w Polsce "Opowieść o Darwinie" tego autora. Zdawałam sobie sprawę, iż jest chwalony za niezwykłą szczegółowość i pieczołowitość z jaką oddaje wszystkie elementy życia danej postaci historycznej w swych powieściowych biografiach. To wszystko jednak nie przygotowało mnie na oszołomienie i zagubienie w jakie wprawiły mnie już pierwsze strony. Takiej orgii szczegółów to ja chyba jeszcze nigdy w życiu nie widziałam.

Do dwudziestodwuletniego Karola Darwina uśmiecha się niezwykła okazja jaką jest pozycja geologa na statku "Beagle", ta podróż umożliwi mu poznanie zakątków ziemi o jakich mógłby wcześniej tylko pomarzyć i zmieni jego życie na zawsze. Zbiory jakie zgromadził przez kilka lat rejsów będą nie tylko największą kolekcją i dumą brytyjskiego naturalisty, ale inspiracją na jego naukowej ścieżce. Nasz bohater swoją późniejszą teorię o powstawaniu gatunków nosił "w sobie" przez lata, gromadząc materiały, dowody, rozwijając tezę. Pracował nie wiedząc czy uda mu się opublikować owoce swej pracy.

Ciężkie jest życie naukowca, który przeciera ścieżki przyszłym pokoleniom uczonych. Mozolna, trudna i pracochłonna jest dola Darwina, który z niezwykłym samozaparciem ślęczy nad kolejnymi żyjątkami i zbiera materiały do swych publikacji. Budzi podziw mrówcza praca tego cierpliwego człowieka, w dzisiejszej dobie komputerów oraz internetu jego osiągnięcia przybierają rozmiar tytanicznych. Katalogowanie, ślęczenie nad mikroskopem, cierpliwe sporządzanie notatek, poprawianie zebranych wcześniej tez, przepisywanie - to zakrawa na syzyfowe prace.

Myślę, że to może być wspaniała książka dla ludzi naprawdę zainteresowanych życiorysem tego naturalisty. Mamy tu dosłownie wszystkie informacje o kształtowaniu się jego poglądów, wpływie innych naukowców, przyjaciół, życiowym dorobku, przeprowadzaniu badań, trybie pracy, kolejnych wyzwaniach jakich się podejmował. Na okrasę, wszelkie detale życia codziennego włącznie z kwestiami uczuciowymi. Dosłownie stoimy obok i widzimy jak Darwin nam rośnie, podróżuje, dorasta do małżeństwa, chowa dzieci, choruje i wreszcie starzeje się.

Tak całościowo to nie przypadła mi ta księga do gustu, na pewno jeszcze będę chciała przeczytać  jakąś powieść Irvinga Stonea, żeby przekonać się czy ożywianie innych sław wychodzi mu równie sztucznie. Rozumiem ogromną wartość poznawczą i edukacyjną jego książki, ale nie oznacza to, że musi mi się podobać styl tego pisarza. Jeśli miałabym rozpatrywać książkę Stone z perspektywy biografii to powiedziałabym, że jest niebanalna, jeśli z pozycji powieści - nudna. Dialogi wydały mi się nienaturalne, wyznania miłości Darwina afektowane - to nie powieść lecz opowieść, nie pozostaje mi więc nic innego jak potwierdzić niezwykłą trafność tytułu polskiego wydania. Mimo trudności jakie napotyka główny bohater nie ma tu jakichś namiętności, nie czuć szalejących uczuć, burzy jaką częśto serwuje nam życie. Smutek postaci tutaj mnie nie przekonuje. Ogrom pracy jaki musiał włożyć autor w swą publikację i przekopać się przez tony materiałów źródłowych musiał być żmudną robotą, co nie zmienia faktu, że całość wypada dość nużąco dla czytelnika.

czwartek, 12 maja 2011
Anna Karenina, Lew Tołstoj

Anna Karenina, Lew Tołstoj, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1984

 Anna Karenina Lew Tołstoj

 Z "Anną Kareniną" mierzyłam się już kiedyś w liceum, więc wystarczająco dużo wody upłynęło by zrobić to jeszcze raz. Stwierdziłam, że człowiek bogatszy w doświadczenia wyciągnie już inne wnioski niż kiedyś. Nie będę więc opisywać treści dwutomowej powieści tylko od razu przejdę do wniosków tłukących mi się po głowie.

Moim skromnym zdaniem Anna zrobiła się absolutnie nieznośna z braku zajęć, bo cóż pozostało tej biednej kobiecie po odejściu od męża. Jak pisze Tołstoj razem z Wrońskim mieli coraz mniej "chwil czułości", więc te resztki nie mogły koić rozpaczy budzącej się w jej duszy, a ona powoli przyjmowała na siebie rolę zazdrosnej diwy. Na innych mężczyznach sprawdzała własne uroki (na żonkosiu Lewinie też) by upewnić się czy "jeszcze działa". Więcej dzieci mieć nie mogła i nie chciała, od zajmowania się córeczką byli inni. Standardowe zajęcia kobiece miała więc ukrócone, a że znajdowała się w dość niewygodnej moralnie sytuacji, odcięta od towarzystwa, jedyne co jej pozostało to uprzykrzanie życia ukochanemu. Jej zazdrość oraz zaborczość rosły z każdym dniem. Niepewna swojej pozycji myślała, że traci grunt pod nogami i zamęczała Wrońskiego awanturami, pretensjami, oskarżeniami. Znalazła się w ślepej uliczce podczas gdy on mógł przynajmniej realizować się bawiąc się w dobrego gospodarza, co zresztą robił. Pisarz wyraźnie zaznacza w powieści jak zupełnie odrębne jest życie męskie od kobiecego, ba płeć brzydka miała nawet dwa - jedno przed małżeństwem, drugie po, chociaż jak widzimy w książce niektórzy bohaterowie po ślubie nie zmieniali swoich przyzwyczajeń (Obłoński). Mówiąc obrazowo małżeństwo dla kobiety w XIX wieku było jedynym sposobem na ucieczkę przed biedą, prostytucją, ostracyzmem społeczeństwa, ale i ten sposób nie był znów takim pewniakiem jak widzimy w przypadku Anny, która tak czy siak znalazła się na marginesie społeczeństwa.

Wieczna walka Dolly Obłońskiej o zapewnienie dzieciom odpowiednich warunków pewnie byłaby skazana na klęskę, gdyby w końcu rozwiodła się z tym mężem-lekkoduchem, a tak biedna gardzi sobą, wie, że jest zależna i patrzy jak mąż hula. Dla niej pozostaje jedynie owo wąskie kółko rodzinne i szczęście jakie może odnaleźć w wychowywaniu dziatek. Jej niedola wynika z tego, że doskonale zdaje sobie sprawę ze swej sytuacji. Po latach małżeństwa zorientowała się wreszcie jakiego hultaja ma za męża i klapki spadły jej z oczu, ciężka sytuacja finansowa w jakiej znalazła się rodzina też nie poprawia jej humoru. Kobieta widzi tragizm sytuacji bez wyjścia spowodowany społecznymi ograniczeniami. Nikt w młodości nie przygotował ją do czegoś więcej niż do roli wiernej żony i matki, przeciwnie rodzina w dobrej wierze zamyka swoje córeczki i chroni przed grożącą z każdej strony deprawacją nieskazitelnych duszyczek.

Znowu Anna u boku Karenina nie odnalazła miłości jakiej pragnęła tylko pustkę, to wytworzyło między nimi sztuczność, którą nawet inni byli w stanie zauważyć. Mówi o nim "to nie człowiek, tylko maszyna" jakby zupełnie był pozbawiony uczuć czy pragnień. Uśpione pokłady namiętności i pragnień budzą się w niej przy Wrońskim i wychodzi im z tego "werterowska desperacka miłość", a nie klasyczny romans z wyższych sfer jak zauważa matka hrabiego. Wydaje mi się, że jak na powieść wiktoriańską pisarz naprawdę zdobył się na sporo szczerości i wydobył na światło dzienne seksualność kobiety. W końcu to ona opuszcza męża dla ugaszenia rozpalonego żaru, rezygnując z roli matki i żony na rzecz kochanki. Wobec tego żarliwego uczucia jakie łączy kochanków nie wiadomo czy Anny żałować, pogardzać nią czy może jej pogratulować? Cudzołóstwo cudzołóstwem, a dziewczyna przynajmniej raz w życiu się zabawi na całego, bo nie uwierzę, że w tym skostniałym społeczeństwie miałaby na to szansę. Cóż, jest szczera choć głupia i zaczyna mieć wizje innej kochanki, która tylko czatuje na jej księcia z bajki. Dziewczyna drży o związek psując go sama.

Autor "Wojny i pokoju" wziął tu jeszcze na warsztat rolę matki. Każda z bohaterek kocha swe dzieci nadzwyczajnie i w ostatecznym rozrachunku tylko jedna się ich wyrzeka. Miłość do potomstwa jest uczuciem pełnym poświęceń, kobieta dla dziatek musi nawet poświęcić swą godność i miłość własną, tak jest w przypadku Darii Aleksandrownej. Znowu świeżo upieczona żona, Kitty, z uśmiechem, błogą radością i wdzięcznością znosi trudy długiego porodu (tu chyba Tołstoj przesadził - totalna gloryfikacja) i od pierwszych chwil jest kochającą mamusią. Dlatego tu o wiele ciekawiej wypada jej mąż, dla którego posiadanie syna nie było nagłym olśnieniem radości a uczuciem powoli kiełkującym w sercu, z którego musiał w końcu zdać sobie sprawę. Facet był zawiedziony, że tacierzyństwo nie poraziło go niczym grom, spodziewał się fajerwerków szczęścia.

Tołstoj naprawdę przemyślał "kobiecą sprawę" nim zabrał się do pisania swej powieści. Pomijając ograniczenia jakie nakładała ówczesna epoka na autora myślę, że choć powieść nie jest odkrywcza to porusza wiele ciekawych tematów we wciągający sposób.  W końcu jej temat jest jak najbardziej aktualny, ileż to zdrad niszczy pozornie szczęśliwe małżeństwa i naraża latorośl na cierpienia. Jakoś przyjemnie mi było zagłębić się w fabułę, opisana historia naprawdę mnie pochłonęła. Oczywiście momentami (drugi tom) główna bohaterka niezmiernie mnie drażniła, ale do dlatego, że nie lubię typów histerycznych, no ale musiała w końcu stracić głowę żeby popełnić to samobójstwo, jakby uciekła z kochankiem i żyła gdzieś szczęśliwie na wsi to nie byłoby tej "Anny Kareniny". A tak, to złośliwa bestia pokazała, że to ona ma ostatnie słowo w tym związku i koniec.

 
1 , 2
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka