poniedziałek, 31 maja 2010
Byczki w pomidorach, Joanna Chmielewska

Byczki w pomidorach, Joanna Chmielewska, Klin, Warszawa 2010 

Byczki w pomidorach 

"Byczki w pomidorach" to powrót w gościnne progi Alicji, akcja powieści toczy się w niedługi czas po "Wszystko czerwone", gdzieś tak w 1979 roku. Do szlachetnej gospodyni w Danii masowo napływają spragnieni wrażeń kolejni odwiedzający. Stadko rośnie w oczach a urocza pani domu ciągle zgadza się na kolejnych, w tym też na takich, których w ogóle nie zna. I tak pojawiają się Julia i Wacław Buccy, para która stanowić będzie powód niezadowolenia, plotek, zgrozy i niechęci całego towarzystwa. Alicja wypija morze kawy i próbuje z Joanną jakoś rozmieścić gości w niewielkim domu, przyjaciółka Marzena wspiera je w tych wysiłkach, Wacław bez przerwy gada, Julia bez przerwy milczy, Elżbieta wykazuje spokój, Olaf uczy się polskiego - i właściwie nic poza tym się nie dzieje przez pierwsze 200 stron. Chmielewska nasyciła pustą gadaninę swoich bohaterów właściwym sobie stylem, cóż może jej oddani czytelnicy będą bardziej zadowoleni niż ja. Dla mnie książkę spokojnie można by było skrócić. Dywagacje robią się przydługie i nudnawe. Pisarka specjalnie miesza i pogłębia chaos rozmów i mnoży gości by mieć więcej okazji do szafowania komizmem jednak mnie wydaje się to dość sztuczne, pisane na siłę. Wytrwałam dla pana Muldgaarda (inspektor policji, który z niesłabnącym zaangażowaniem i uciechą uczy się języka polskiego), niestety pojawia się dopiero pod koniec książki (strona 287).

"(...) Co ten Arnold zeznał?

- On czyni amory do jedna młoda dama Swensk - odparł pan Muldgaard pobłażliwie. - Nie nadmierno wzajemnie. Obcy człek, denat, do grupy przybywa, damy w objęcia chwyta, dama Arnolda takoż. Drugi zalotnik, Norwegen, na Arnolda gniew uczuwa, takoż na denata. Na Arnolda więcej. Dwie damy oraz denat obiera inne drogi, Arnold pragnie szkody czynić, też podążyć, jednakowoż drugi zalotnik czyni obstrukcje, grupa nie zwarta. Wielka bitwa, dwa rywale oraz pomoc wokół, silne szkody czynią wzajem, zmysły utracone,  medycyna niezbędna. Aż Bistrup, ambulans, długi czas płynie, dwie damy wracają, wielce wesołe. Udają się posilić, grupa razem, komplet. Ciemność zapada."

Jak dla mnie mąż Elżbiety, Olaf, i pan Muldgaard ratują to wydanie. Całość nie wywarła na mnie pozytywnego wrażenia, choć przecież dokładnie wiem czego się spodziewać po tej autorce. "Wszystko czerwone" śmieszyło i bawiło, druga część jest pisana "na kolanie", jeśli mogę się tak wyrazić. Myślę, że gdyby pisarka jeszcze nad nią posiedziała, dopracowała wątki "sensacyjno-kryminalne", trochę poucinała tu i ówdzie, całość wypadła by o wiele lepiej. Czuję niedosyt lekkich lektur.

piątek, 28 maja 2010
Opowieść o dwóch miastach, Charles Dickens

A Tale Of Two Cities, Charles Dickens, Bantam Classic

A Tale Of Two Cities

"It was the best of times, it was the worst of times, it was the age of wisdom, it was the age of foolishness, it was the epoch of belief, it was the epoch of incredulity, it was the season of Light, it was the season of Darkness, it was the spring of hope, it was the winter of despair..."

 To zdanie, rozpoczynające "Opowieść o dwóch miastach", ma chyba takie same znaczenie dla literatury angielskiej, jak nasze "Ogary poszły w las". Jest to powieść niezwykła w dorobku Charlesa Dickensa. Jej akcja toczy się w XVIII wieku, dokładniej zaczyna się w 1775 a kończy na rewolucji francuskiej. Historia rozgrywa się równolegle w dwóch europejskich miastach, Londynie i Paryżu, ówczesnych metropoliach, miejscach rewolucyjnego fermentu. Jest to dość nietypowe jak na tego autora, dla którego centrum wszechświata jest Londyn. Do tego zagłębia się w historyczną fikcję, coś co mu się raczej nie zdarza ( chyba tylko w powieści "Barnaby Rudge"), w dodatku ten poważny temat krwawej rewolucji sprawił, że pozbawił postaci swego zwyczajowego komizmu (który sobie bardzo cenię). I chodź Jerry Cruncher i panna Pross nie pozbawieni są tych charakterystycznych dla Dickensa słabostek, to tylko poboczne postacie. Przy tym wszystkim główni bohaterzy wypadają blado, Charles Darnay, francuski arystokrata o dobrym sercu, który zrezygnował ze swego majątku oraz Lucie Manette, idealna wiktoriańska kobietka, sytuację ratuje trochę Sydney Carton, trzeci w tym trójkącie miłosnym, ale i on zawodzi na końcu.

Doktor Alexander Manette to człowiek, który w wyniku podstępu niegodziwego markiza spędził w Bastylii osiemnaście lat. Jego córka, Lucy Manette przywraca mu zdrowie psychiczne i razem tworzą na nowo szczęśliwą rodzinę. W międzyczasie, to niepozorne stworzenie rozkochało w sobie Charlesa Darnaya i marnotrawiącego życie Sydneya Cartona. Rękę dziewczyny wygrywa Francuz, a Anglik pije, patrzy na błogie życie rodzinne i trwa w swym nieszczęściu i marazmie. Tymczasem we Francji rozgorzała rewolucyjna gorączka i wrogowie republiki nie mogą czuć się bezpiecznie. Sprawy przyjmują kiepski obrót gdy mąż Lucy udaje się do Paryża.

Mimo, iż Lucy jest dość niemrawą postacią, po prostu ładną, miłą, kochającą i oddaną, to ona i Pani Defarge stanowią siłę napędową tej historii. Mała Francuzka rozkochuje w sobie dwóch panów, utrzymuje ojca przy życiu sprowadzając go jednocześnie na drogę zdrowia psychicznego. Jest to pasywna postać, która wpływa na pozostałych bohaterów nie swymi czynami, ale swoim charakterem i zachowaniem. Jej dobroć inspiruje i dodaje innym siły. Pani Defarge za to, to kobieta niezwykle mściwa, przepełniona całkowicie ideą rewolucji i jej zbawiennej siły oczyszczającej (gilotyna rozwiązaniem na wszystko). I tak jak Lucy jest nieszkodliwa i bezbronna, tak Defarge jest spragniona krwi i zemsty, z wystudiowanym okrucieństwem dążąc do swych celów, mamy więc dwie, dość odmienne postawy życiowe. Ten motyw dwoistości czasów, ludzkiej natury powtarza się w powieści i autor podkreśla go na samym początku, w cytowanym przeze mnie zdaniu.

Swoją drogą czytając tą książkę miałam wrażenie, że wyrokami śmierci częstowano we Francji jak cukierkami. Oczywiście miało to pokazać zapętlający się krąg przemocy i mściwości, potęgę zmian, które mogły się dokonać dopiero po przeprowadzeniu odpowiedniej czystki. Sama rewolucja jest tu siłą nie do powstrzymania, ludzie całkiem słusznie spragnieni są wolności słowa, poluzowania kajdan zależności i zniszczenia uciskających ich panów, ale oszalały tłum coraz to wymyka się spod kontroli skazując na śmierć wiele niewinnych duszyczek. No ale lata nękania maluczkich pozostawiły trwały ślad w psychice ludu, win nie da się odkupić szybko.

Cóż, sama historia nudziła mnie w pewnych momentach i czasem myślałam, że porzucę mój ambitny zamiar zgłębienia jednego z największych dzieł klasyki angielskiej, ale wytrwałam, a czytając niektóre rozdziały nawet dobrze się bawiłam. Książka dla długodystansowców.

wtorek, 25 maja 2010
Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje Świadków, Juliette Morillot, Dorian Malovic

Uchodźcy z Korei Północnej. Relacje Świadków (Évadés de Corée du Nord), Juliette Morillot, Dorian Malovic, przełożyła Katarzyna Bartkiewicz

 Uchodźcy z Korei Północnej

To moja druga publikacja z serii WABu - Terra Incognita, i coraz bardziej lubię tą serię. Ciekawa byłam jak z tematem Korei Północnej poradzili sobie francuscy dziennikarze, jak napisać reportaż o kraju, w którym się nigdy nie było i do którego nie można pojechać? Autorzy podjęli się przedstawienia Pustelniczego Królestwa takim jakim jest w istocie, bez medialnego szumu i paniki. Ludzie, z którymi rozmawiali to uchodźcy z bardzo różnych warstw społecznych, ci najbiedniejsi i ci, którzy dzierżyli stanowiska w pobliżu samego Kim Dzongila. Aby kontakt między opowiadającymi a publicystami był lepszy Malovic i Morillot nauczyli się koreańskiego.

Oczywiście można sobie zadawać pytanie na ile relacje zindoktrynowanych, zastraszonych świadków są prawdopodobne i wiarygodne. Czytelnik jednak od razu zdaje sobie sprawę, że ci ludzie najczęściej przeszli przez piekło, a jeśli ominął ich głód czy bieda, to dopadł stres związany z "zaszczytną" pracą na wyższych stanowiskach, a w tej linii wymiana stołków jest częsta. Zszokowany czytelnik poznaje nie tylko smutne losy opowiadających swe historie uciekinierów, ale bezlitosną politykę państw, w której nie ma miejsca na ludzkie cierpienie.

Północni Koreańczycy żyją w świecie gdzie historia tworzona jest na bieżąco, gdzie rządzi donosicielstwo a rodzinne więzy zanikają.

"Indoktrynacja zaczyna się już w zerówce. W pierwszym roku nauki przerabiane jest opowiadanie o chorym chłopcu mieszkającym w Japonii; ma on sparaliżowane obie nogi, a pomóc mu może jedynie kosztowna operacja. Matka porusza niebo i ziemię, by ratować dziecko. Ponieważ najlepsi lekarze są w Phenianie, chłopiec zostaje tam przewieziony i wyleczony.

Pytania do tekstu: "Kto uratował dziecko? Jaką decyzję podejmuje chłopiec po operacji?"

Zły uczeń odpowie, że to matka poświęciła się ratowaniu synka, a chirurg dokonał cudu. Dobry uczeń, godny nauczania Chongryun, wyjaśni, że to Wielki Marszałek Kim IR Sen uratował dziecko i że chłopiec z pewnością zdecyduje się wstąpić w szeregi ligi pionierów, by poświęcić swoje życie dla ojczyzny."

"Jak wiadomo, jajka są w Korei Północnej towarem tak rzadko spotykanym, że wielu wśród naszych rozmówców nie pamiętało, czy w ogóle je kiedykolwiek jadło."

"Obozy typu kwanriso to prawdziwe miasteczka, zupełnie pozbawione kontaktu ze światem. Ludzie wykonują tam ciężkie roboty i są bici, to całe ich życie. Nikt z tego obozu nie wraca. Jedynym wyjściem jest śmierć."

Ta książka sprawiła, że poczułam się tak głupio naiwna, jak nigdy w życiu, nieuleczalna optymistka, którą zdołowało kilka rozdziałów. Nie będę pisała, że tą książkę warto przeczytać, lecz, że trzeba ją przeczytać.

 Publikacja urozmaicona jest dodatkowymi, encyklopedycznymi opisami Korei Północnej, jej historii, położenia geograficznego, informacje cenne dla nieświadomego czytelnika. Poznajemy też dalsze losy rozmówców francuskich dziennikarzy, ich życie w Chinach czy Seulu, problemy z przystosowaniem się czy ze sprowadzeniem pozostałych członków rodziny z kraju Wielkiego Słońca XXI wieku.

seria: Terra Incognita

sobota, 22 maja 2010
Gość w rzeczywistości, Pär Fabian Lagerkvist

Gość w rzeczywistości (Gäst hos verkligheten), Pär Fabian Lagerkvist, PIW

Ta krótka powieść to magiczna opowieść o dzieciństwie i dorastaniu, czyli jest "sielsko, anielsko". Mały Anders mieszka ze swoją rodziną w pobliżu stacji kolejowej gdzie pracuje jego ojciec. Książka została wydana po raz pierwszy w 1925 r. i można powiedzieć, że jest zbeletryzowaną wersją życia Lagerkvista. Czas akcji możemy więc zakreślić na koniec XIX wieku. Anders to dziecko niezwykle wrażliwe, trzymające się raczej na uboczu, typ samotnika. Mimo tego bardzo mocno odczuwające więź łączącą go z rodziną, zwłaszcza z matką. Chłopiec jest tak mocno z nimi związany, że jego jedynym pragnieniem jest czerpanie z samej radości życia i prośby składane Bogu, które mają wywalczyć długi żywot wszystkich członków familii. Biblijno-patriarchalny model tej rodziny kształtuje i wychowuje następne pokolenie. Oboje rodziców codziennie wieczorem dla rozrywki czyta Biblię. Te kilka godzin po południu ma magiczny wydźwięk, powoli zapada zmierzch, cichnie gwar na stacji, dzieci wymykają się z domu na wieczorny spacer, tak "pięknie było żyć". Pisarz delektuje się szczegółami i z pieczołowitością odmalowywuje przeszły czas.

Poważnym wstrząsem dla malca jest choroba babki, która chora na raka czeka na powoli zbliżającą się śmierć. Rodzina godzi się z tym wyrokiem, życie toczy się dalej. Pogrzeb jest wielkim wydarzeniem, nieodwołalnie zakańcza pewien okres w życiu Andersa, który czuje, że nie pasuje do jedności jaką tworzy jego rodzina. Już w następnym akapicie mamy do czynienia nie z dzieckiem, ale młodzieńcem, który dorasta i ma typowe dla swego wieku problemy i wątpliwości. Pisarz posuwa się do stwierdzenie, iż "młodość jest czymś niegodnym w życiu człowieka". To według autora wiek fałszywy, czas zwątpienia w Boga. Bohater prowadzi swoisty dyskurs z Bogiem, odrzuca rodzinne wartości ale jednocześnie nie może się ich wyzbyć do końca. Zadaje sobie pytanie jaki sens ma życie ludzkie, tak chaotyczne i często bezcelowe, pełne trwogi.

Niezwykle poetyczny i piękny język upiększa prostą historię, to dzięki niemu wydaje się nam, że przeszłość to sielska kraina. Mały, niepewny i wrażliwy chłopiec wyraża uczucia pisarza, który wnika w głąb duszy, odnajduje siebie.

Literacka Nagroda Nobla 1951

http://krajenordyckie.blox.pl/html

czwartek, 20 maja 2010
Traktat o łuskaniu fasoli, Wiesław Myśliwski

Traktat o łuskaniu fasoli, Wiesław Myśliwski, Znak

Traktat o łuskaniu fasoli

Przychodzi facet po fasolę i ... zostaje całkowicie zagadany, dobrze, że ja kupuję w warzywniaku. A tak poważnie, to jakoś mi ta książka kojarzy się z poprzednimi Myśliwskiego, taki trochę nierealny pomysł i długie historie, anegdoty oraz opowieści, które są tylko pretekstem do przedstawienia  tematów poważnych i drażliwych. W "Pałacu" była jakaś magia, liryzm i symboliczne obrazy; tu niby tylko starszy facet łuskający fasolę, domorosły filozof jakich pełno w naszym kraju, którego opowieść także bogata jest w symbole. Momentami, czytając "Traktat o łuskaniu fasoli" odniosłam wrażenie, że czasem trudno powiedzieć czy autor kpi czy poważnie pisze.

W każdym bądź razie, nieszczęśnikowi kupującemu ową fasolę nie dane jest się odezwać i przekazać coś czytelnikowi, pozostaje postacią tajemniczą. Natomiast nasz narrator opowiada nam całe swoje życie dokonując przy okazji jego bilansu, wnika w głąb siebie. Okres wojenny w Polsce, lata dorastania i nauki w szkole, młodzieńcze pasje. Nie pomija swych nauczycieli, inspiratorów, "duchowych przewodników". Obecnie jako opiekun domków letniskowych kontroluje okolice inwigilując swoich sąsiadów i ich gości, prowadzi nawet skrupulatne notatki w trzech zeszytach na ten temat. Wypytuje też swojego gościa, ale nie udaje mu się nic dowiedzieć na jego temat. Zamiast tego, jego własne pytania pobudzają go do dalszego monologu. Bohater urodził się we wsi między kolejnymi wojnami, jako jedyny przeżył pacyfikację wsi. Przyłączył się do oddziału partyzantów, później trafił do sierocińca gdzie przyuczył się do zawodu. Pracował przy elektryfikacji wsi, potem na budowach, w końcu wyjechał z kraju i grywał w nocnych lokalach na saksofonie. Poznał pana Roberta, który namówił go do odwiedzin w jego domku nad zalewem. Zalew okazał się być nad rzeką Rutką, gdzie mieściła się kiedyś jego rodzinna wieś. Mężczyzna już tu pozostał, wcielając się w rolę administratora, złotej rączki i opiekuna domków letniskowych, w wolnych chwilach odmalowującego napisy na nagrobnych tabliczkach mieszkańców jego rodzinnej wsi rozstrzelanych przez Niemców. W całej książce nie padają w ogóle takie słowa jak faszyzm, komunizm, Polska Ludowa, Hitler, Stalin, a mimo to jest ona tak bardzo charakterystyczna dla XX-wiecznej Polski, jest tam wszystko to co mógł przeżyć typowy Polak w poprzednim stuleciu.

"Żyjemy w tym, co opowiedziane. Świat jest tym, co opowiedziane. Dlatego coraz ciężej żyć. I może tylko sny stanowią o nas. Może jeszcze tylko sny są nasze?"

Monolog poprowadzony jest naturalnie, jedno skojarzenie przywołuje drugie, kolejne wspomnienia prowadzą do nowych dygresji. Wyłania się obraz człowieka, emigranta, Polaka, elektryka, saksofonisty i filozofa. Do tego język potoczny z naleciałościami gwarowymi człowieka prostego, ale świadomego swej wiedzy.

Ten eksperyment literacki nie tak do końca mi się spodobał, fabularne zawirowania, narracyjny chaos, nudnawe historie i liczne powtórzenia niekoniecznie mnie pociągają. Nie odmawiam autorowi życiowej mądrości i doświadczenia, które wypływają z tej powieści, ta książka po prostu  do mnie nie przemawia. "Widnokrąg" podobał mi się bardziej, myślę, że dla pełnego obrazu przeczytam jeszcze "Kamień na kamieniu", ale za jakiś bliżej nieokreślony czas.

"Powiem panu jedno, człowiek wolny jest nieprzewidywalny. Nie tylko dla innych. Przede wszystkim dla siebie."

"Książki to także świat, i to świat, który człowiek sobie wybiera, a nie na który przychodzi."

Nagroda Nike 2007

wtorek, 18 maja 2010
Dzień, Elie Wiesel

Dzień (Le Jour), Elie Wiesel, translation by Anne Borchardt, Hill and Wang

Day

"Day" to trzecia książka Wiesela w jego trylogii o Holocauście. Niestety nie byłam w stanie zdobyć drugiej części, "Dawn" ("Świtu"). "Dzień" w przeciwieństwie do "Nocy" to powieść, a nie zebrane wspomnienia, tym razem pisarz nie mówi o sobie lecz słucha i zadaje pytania, “In the other two (books), it is the ‘I’ who listens and questions.” pisze Wiesel.

W Nowym Yorku, na ulicy, potrącony przez taksówkę zostaje dziennikarz, ocalała ofiara Zagłady. W szpitalu ponownie wygrywa ze śmiercią. W trakcie rekonwalescencji zaczyna myśleć nad swoimi związkami z kobietami i zastanawiać się czy kiedykolwiek będzie miał szansę na normalne życie. Każdy jego dzień przesiąknięty jest wyrzutami sumienia, pamięcią o ofiarach Shoah. Bohater nie jest wstanie docenić cudu istnienia, gnębią go obrazy przeszłości, zdaje mu się, że nie zasługuje na szczęście. Teoretycznie ma wszystko, świetną pracę, którą lubi i kochającą go kobietę. Jednak to tylko pozory. Jego dusza pozostała w piekle. Wiecznie zadawane sobie pytanie - "Dlaczego to ja przeżyłem?". Ciężar odpowiedzialności jest zbyt ciężki do udźwignięcia.

"My belief that I was now just a messenger of the dead among the living."

 Kathleen to kobieta bez przeszłości, odważnie patrząca w przyszłość, do czasu aż nasz bohater zniszczył jej szczęście. Piękna i beztroska córka bogatych rodziców powoli marnieje. Przeszłość jej kochanka zatruwa ich związek i całkowicie ją zmienia. Kathleen wykazała morze cierpliwości, dzieląc się radością życia i nadzieją. Jednak narrator może myśleć o miłości tylko z poczuciem wstydu.

Sarah to była ofiara nazistów, jako dwunastoletnia dziewczynka trafiła do obozu, gdzie była "prezentem" wszystkich esesmanów. Jej uroda i młody wiek ocaliły jej życie i na zawsze przekreśliły jej przyszłe szczęście czyniąc ją istotą głęboko i trwale zranioną. Wzajemne relacje tej pary opierają się tu na pewnym zrozumieniu jednak dręcząca przeszłość nie pozwala im osiągnąć szczęścia. Sarah nawet po wielu latach nie może uwolnić się od swego brutalnego kata, pierwszego gwałciciela, który tkwić będzie w niej już na zawsze. Jego śmiech to jej śmiech. Dopiero po poznaniu Sarah narrator zdradza nam swe imię, Eliezer syn Sary. Jednak nie wydaje mi się by autor utożsamiał się ze swoim bohaterem.

Ważną postacią jest tu jeszcze doktor Russel, który w swojej codziennej walce o życie nie może zrozumieć samobójczych skłonności swojego pacjenta. Doskonale zdaje sobie sprawę iż operowana przez niego ofiara wypadku wcale nie chce przeżyć i nie zadaje sobie trudu, pozostawiając wszystko w rękach chirurgów.

Dzięki kobietom narrator uczy się na nowo żyć, jeść, kłamać, otaczać troską innych. Jednak nadal tkwi w stanie zawieszenia i nie jest w stanie po prostu się cieszyć. Wizyta w szpitalu daje mu czas do namysłu. Ten marazm przełamuje Gyula, przyjaciel malarz. Jego symboliczny portret narratora to obraz tego co kryje się w jego duszy, całego smutku i brzemienia, bagażu emocji i krewnych, którzy zginęli. Gyula każe przegnać Eliezerowi duchy przeszłości przy pomocy bata i w finałowej scenie spala portret przyjaciela .

niedziela, 16 maja 2010
Noc, Elie Wiesel

Noc (La Nuit), Elie Wiesel, przełożyła Małgorzata Kozłowska,Wydawnictwo Literackie

Night, Elie Wiesel, translation by Marion Wiesel

Noc Night

Przed przeczytaniem "Dnia" Eliego Wiesela postanowiłam przypomnieć sobie "Noc", tym bardziej, że w moje ręce dostało się nowe, angielskie tłumaczenie Marion Wiesel, żony autora. Książkę twórcy terminu Holocaust stawia się w jednym rzędzie z "Dziennikiem" Anny Frank i "Czy to jest człowiek?" Primo Leviego. "Noc" po raz pierwszy została wydana w języku jidysz w 1955 r., miała wtedy ponad 800 stron! Jednak po rozmowie z francuskim pisarzem, Francoisem Mauriac, autor postanowił spisać swoje wspomnienia od nowa, tym razem dla szerszej rzeszy czytelników. Nowe wydanie miało już skromne 160 stron, ale nie myślcie sobie, ta skrócona, zwięzła wersja ma siłę rażenia. Bezpośredniość, szczerość, prostota nadają językowi Wiesela moc. Ta książka tętni życiem, czytelnik zbliża się do tego co najstraszniejsze, czuje i zamiera ze strachu. "Noc" się przeżywa, nie czyta. W tej recenzji postanowiłam ograniczyć mój komentarz do minimum pozostawiając "głos" autorowi.

Eliezer to niespełna szesnastoletni, niezwykle bogobojny chłopak, żyjący w miasteczku na Węgrzech. Mamy 1944 r., jednak do Sighet nie dotarła jeszcze groza faszystowskich Niemiec. I nawet gdy docierają pierwsze wieści o obozach koncentracyjnych i represjach wobec Żydów nikt nie śmie w nie wierzyć, są zbyt nieprawdopodobne.

"Anie przez chwilę nie wierzyliśmy, że zamierza nas całkowicie wytępić.

Miałby unicestwić cały naród? Wymordować ludzi rozproszonych po tylu krajach? Tyle milionów istnień? Jakim cudem? I to w połowie dwudziestego wieku?!

Dlatego ludzie interesowali się wszystkim - strategią, dyplomacją, polityką, syjonizmem - z wyjątkiem własnego losu."

Prawda okazuje się brutalna, wszyscy mieszkańcy zostają wywiezieni do Auschwitz, Wiesel też jest brutalnie szczery.

"Ponieważ w dalszym ciągu wrzeszczała, znowu jej parę razy dołożyliśmy i w końcu, z wielkim trudem, udało się nam ją uciszyć."

Rozpoczyna się relacja świadka.

"Nigdy nie zapomnę tej nocy, pierwszej nocy spędzonej w obozie, która zmieniła moje życie w mroczne, zaryglowane więzienie.

Nigdy nie zapomnę tego dymu.

Nigdy nie zapomnę drobnych twarzyczek dzieci, których ciała zmieniały się na moich oczach w kłęby dymu pod milczącym niebem."

 Z każdym dniem bohater traci cząstkę swej duszy, okrucieństwo wyzwala okrucieństwo. Sumienie w obozach jest zbędnym balastem. Ludzie pozbawieni tożsamości, rodziny, bliskich, godności i wiary stają się numerami. Elie traci swoje człowieczeństwo, wiarę w Boga, wszystko zostaje sprowadzone do potrzeb cielesnych.

"Chleb, zupa - to było całe moje życie. Byłem już wyłąćznie ciałem. A może jeszcze gorzej: wygłodniałym żołądkiem. Tylko on czuł upływ czasu."

Nie ma nadziei.

"Bardziej wierzę Hitlerowi niż innym. Tylko on dotrzymał obietnic danych narodowi żydowskiemu."

I tak gdy przyszła wolność nikt na nią już nie czekał. Jak można kontynuować życie po koszmarze Holocaustu?

"Któregoś dnia zebrałem siły i wstałem. Chciałem przejrzeć się w lustrze, które wisiało na przeciwległej ścianie. Nie robiłem tego od czasów getta. Nie pamiętałem już, jak wyglądam.

Z głębi lustra spoglądał na mnie trup.

Nigdy nie zapomnę tego, co ujrzałem wówczas w jego oczach."

 

Pokojowa Nagroda Nobla 1986

sobota, 15 maja 2010
Rebeka, Daphne Du Maurier

Rebeka (Rebecca), Daphne Du Maurier, tłumaczyła Wasilewska Wanda, Iskry

Rebeka

Wydana po raz pierwszy w 1938 r. "Rebeka" to mieszanka kryminału, powieści gotyckiej, psychologicznej, grozy i romansu. Myślę, że tą powieść nadal można polecać czytelnikom, co najwyżej z pewnymi zastrzeżeniami.

Młoda, wybitnie naiwna, potwornie bojaźliwa, przeraźliwie nieśmiała, okropnie strachliwa dziewczyna jest "damą do towarzystwa" (teraz ten zawód już chyba nie istnieje) pewnej nietaktownej i wścibskiej matrony. Owa damesa jest swoją drogą świetnie wykreowana przez autorkę, gdyż postać ta niezwykle mierzi czytelnika, a o to przecież chodziło pisarce. Tymczasem w Monte Carlo nasz Kopciuszek przykuwa uwagę niezwykle bogatego, tajemniczego i posępnego Anglika, który przy pysznym śniadanku, smarując tosta dżemem oświadcza się jej. Nasza bohaterka powinna już wtedy domyślić się, że Maksymilian nie należy do tych romantycznych typów padających na kolana z naręczem kwiecia. Niedomyślna dziewczyna przez całą książę będzie snuła nierealne fantazje z mężem w roli głównej. Ale trzeba jej przyznać, że nie ma biedactwo łatwo. Na każdym kroku będzie czuła obecność swojej poprzedniczki, pierwszej żony Maksa, w Manderley wszędzie natrafia na jej ślady, ludzie nadal tkwią pod urokiem zmarłej, której nikt nie dorówna. A naszej biednej bezimiennej nawet pies nie słucha. I choć nie ma się czego obawiać ze strony teściowej, która nie żyje, to ma gospodynię z piekła rodem, wszechobecnego Big Brothera.

Nie można odmówić pisarce zdolności do kreowania klimatu, u niej się to czuje. Wniknięcie w duszę swego bohatera łączy się z  powoli płynącą fabułą, nastrojami postaci, pogodą, opisem wnętrz. Powieść wybitnie dla pań, ale niekoniecznie dla tych energicznych, może dla tych bardziej nieśmiałych i zagubionych. Kobiety pewne siebie, dziarskie oraz wybuchowe, postać narratorki może po prostu wkurzać, chyba, że się wciągną w fabułę.

piątek, 14 maja 2010
Makabreski, Daphne Du Maurier

Makabreski (Classics of the Macabre), Daphne Du Maurier, Wydawnictwo G i G, R. Ginalski i s-ka

Makabreski

"Makabreski" to zbiór opowiadań fantastyczno-katastroficznych z wątkiem psychologicznym:
- Ptaki (The Birds)
- Nie oglądaj się teraz (Don't Look Now)
- Niebieskie soczewki (The Blue Lenses)
- Jabłoń (The Apple Tree)
- Alibi (The Alibi)
- Nie po północy (Not After Midnight)

Wszystkie opowiadania mają charakterystyczny klimat, niepokoją czytelnika, mącą jego spokój. Nie we wszystkich chodzi o wywołanie strachu, powoli zasiewają w nas obawę i ciekawość. Nic nie jest takie jak nam się wydaje, nieszkodliwe zwierzęta stają się mordercami, niepozorna jabłoń zakłóca spokój emeryta a w przeciętnych ludziach drzemią niezwykłe moce. Mnie najbardziej spodobały się "Ptaki" i "Niebieskie soczewki".

"Ptaki"

Nat Hocken, inwalida wojenny pracujący na farmie, to człowiek prosty, uczciwy i uważny. On pierwszy zauważa nietypowe zachowanie ptaków, wyczuwa, że coś jest nie w porządku. Tej samej nocy ptaki atakują jego rodzinę po wdarciu się do domu.  Mężczyzna postanawia zabezpieczyć okna i przygotować się na kolejną noc. Znajomi, których ostrzega, nie zwracają na niego uwagi, twierdząc, że przesadza. Tymczasem milczące ptaki gromadzą się wszędzie w coraz większych skupiskach. Nikt nie przeczuwa nadciągającego niebezpieczeństwa.

„Nie dostrzegł żadnego śladu życia. Oprócz ptaków na polach, nie było nic. Czekających ptaków. Niektóre z nich spały z wciśniętymi pod pióra dziobami. – Powinny się raczej pożywiać – mruknął do siebie – a nie stać tak bezczynnie. Wtedy zrozumiał. One pękały z przejedzenia. Najadły się do syta tej nocy. Dlatego nie ruszały się rano...”

"Niebieskie soczewki"

Po poważnej operacji oczy Marda West otrzymuje niebieskie soczewki przez które ma patrzeć na świat dopóki rany się nie zagoją. Jednak ku jej przerażeniu widzi wszystkich z głowami zwierząt, każde ze zwierząt zdradza charakter danej osoby. I nagle bezpieczny świat i znani oraz bliscy ludzie pokazują swe prawdziwe "oblicza". Pomysł prosty i nie nowy, ale ciekawie wykorzystany.

czwartek, 13 maja 2010
Kraje nordyckie

Kraje Nordyckie

Kraje nordyckie

Nowe wyzwanie świetnie się wpisuje w krąg mych zainteresowań, więc i początkowa (przecież może się zawsze wydłużyć) lista moich lektur jest całkiem spora:

Dania

Karen Blixen "Cienie na trawie", "Pożegnanie z Afryką", "Uczta Babette"

Peter Hoeg "Smilla w labiryntach śniegu"

Szwecja

Marianne Fredriksson "Arka Noego"

Perr Lagerkvist "Gość w rzeczywistości"

Axelsson Majgull "Kwietniowa czarownica"

Lena Einhorn "Ninas resa" ("Podróż Niny")

Kajsa Ingemarsson "Sma citroner gula" ("Żółte cytrynki")

Carina Burman "Vit som marmor" ("Biały jak marmur")

Catharina Ingelman-Sundberg

Asa Linderborg "Mig ager ingen"

Stieg Larsson Seria Millenium - może wreszcie się zabiorę

Finlandia

Lehtolainen Leena "Kobieta ze śniegu"

Lander Leena "Niech się rozpęta burza"

Tove Jansson "Sommarboken" ("Lato") , "Det osynliga barnet" ("Opowiadania z Doliny Muminków")

Norwegia

Jostein Gaarder "Maja"

 
1 , 2
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka