poniedziałek, 29 listopada 2010
Lady Susan, Jane Austen

Lady Susan, Jane Austen, Penguin Classics

Lady Susan

"Lady Susan" to krótka powieść epistolarna autorstwa znanej i lubianej Jane Austen. Tytułowa bohaterka to wzbudzająca antypatię samolubna istota, próżna wdówka, która nie zwlekając, już po śmierci męża, pragnie na nowo ułożyć sobie życie. Fakt, że figlarka nie znajduje się w najlepszej sytuacji finansowej, więc jej plany przedstawiają się następująco - wydać jak najszybciej swą nastoletnią córkę za mąż, za pierwszego kandydata, który się nawinie, a który może przedstawić nie zadłużone księgi rachunkowe. Lepszą partię, kokieteryjna mamusia postanawia załatwić sobie.

Mimo solidnej trzydziestki na karku i braku możliwości szybkiego liftingu, lady Susan Vernon potrafi wykorzystać już przemijającą urodę na tyle, by rozbudzać uczucia w dużo młodszych od siebie  mężczyznach. Stąd też jej pragnienie jak najszybszego pozbycia się córki, która może przypominać o zaawansowanym wieku mamy. Co ciekawsze, wyrachowanej kobiecie uchodzi wszystko "na sucho", wychodzi za mąż za głupca, którego już planuje zdradzać. Szykuje się jej więc całkiem miła perspektywa przyszłości. Jej biedne dziecię natomiast prawdopodobnie poślubi byłego adoratora mamy, pisze prawdopodobnie, bo autorka  pozostawiła tę sprawę otwartą, pozostawiając czytelnikowi jedynie aluzję.

Powieść bezwzględnie przedstawia ludzką dwulicowość, samolubność i zakłamanie. Czytelnik mając możliwość przeczytania listów tytułowej lady Susan i innych postaci ma piękny obraz jej charakterku. Główna bohaterka od razu skojarzyła mi się z Becky Sharp Thackeraya, z "Targowiska próżności". Natomiast Frederica, córka lady, jest postacią dość typową dla twórczości Austen. Wrażliwa, skromna, czuła i nieśmiała dziewczyna jest całkowicie zahukana przez matkę, stawia jej nikły opór. Jej męczeństwo przypuszczalnie zostanie jej wynagrodzone (patrz akapit o jej prawdopodobnym ślubie).

"Lady Susan" nie jest jakąś obowiązkową pozycją, jedynie poszerzeniem horyzontów znajomości twórczości, wciąż niezwykle popularnej Jane Austen. Fani mogą być trochę zdziwieni, w końcu całość odbiega trochę stylem i formą od zwyczajowo przyjętej przez pisarkę formy. Jednak sama postać Frederiki - dziewczyny cnotliwej, głupota niektórych postaci, delikatne zawirowania ludzkich dusz, drobnych tragedii życia codziennego, są domeną pisarstwa Austen właśnie. Myślę, że autorka całkiem zgrabnie połączyła poszczególne listy w całość. Czytając pierwszy z nich myślimy, że lady Susan to pogrążona w żałobie i zmartwiona przyszłością swej córki matrona, gdzy tymczasem szelmowska kokietka już dawno pocieszyła się romansem z pewnym zamężnym mężczyzną. Kobietka bynajmniej nie oddaje się bratu pod opiekę przybywając szybciutko z powodu jego zaproszenia tylko dyskretnie umyka. Satyryczny ten obraz trochę bawi czytelnika i przypomina mu o ludzkiej obłudności.

polskie wydanie:

Lady SusanWydawnictwo:Prószyński i S-ka

Seria:Klasyka filmowa ISBN: 978-83-89325-03-7

Liczba stron: 160

Tłumaczenie: Magdalena Moltzan-Małkowska

niedziela, 28 listopada 2010
O czytaniu powieści

 

 "Każdy, czy to dżentelmen, czy dama, kto nie znajduje przyjemności w dobrej powieści, musi być nie do wytrzymania głupi."*

*"Opactwo Northanger" Jane Austen, w tłumaczeniu Anny Przedpełskiej-Trzeciakowskiej

piątek, 26 listopada 2010
These Old Shades, Georgette Heyer

These Old Shades, Georgette Heyer, Sourcebooks Casablanca

 These Old Shades

"These Old Shades" to powieść poprzedzająca "The Devil's Cube", która jest jedną z moich ulubionych Georgette Heyer. Powieść wydana w 1926 r. ugruntowała pozycję pisarki.  Jednak styl autorki chyba mi się znudził albo to jedna z jej tzw. gorszych książek. Cała opowieść jest aluzją do jej pierwszej niepoważnej próby literackiej - "The Black Moth", którą napisała by rozweselić chorego brata. Pisarka chciała "skorzystać" z postaci Tracyego Belmanoir, księcia Adnover, tutaj jest to Justin Alastair, książę Avonu. Fakt, postać jest nośna.

Akcja osadzona w XVIII wieku rozwija się głównie w Paryżu, tam nasz reanimowany bohater wpada na uroczego chłopca, który usiłuje zbiec przed brutalnym bratem. Naszym bohaterem wcale nie kierowały jakieś wyższe, honorowe pobudki, o nie, on postanowił jeno zaspokoić swój kaprys i wykupił młodzieńca z rąk nieodpowiedzialnego krewniaka.  Leon, bo tak zwie się młodzieniec szybko okazuje się być Leonie, rudowłosą, uroczą dziewczyną.

Jak w każdej historii Georgette Heyer mamy galerię żwawych, zabawnych postaci. Jednak w tym tomie "nie zaiskrzyło" i główne postacie nie zdobyły mojej sympatii.  Avon wydał mi się pompatyczny i sztuczny w swoim zachowaniu. Jest dandysem do szpiku kości, dumnym z przezwiska Satanas. Jest człowiekiem, który umie manipulować innymi i nigdy nie zdradza swoich planów. Wątpię czy przez cały czas trwania powieści pozwolił sobie choć na chwilę stracić panowanie nad sobą, zrównoważony i zepsuty do szpiku kości równocześnie. Nie dziwię się, że autorka próbowała bardziej wyeksploatować tą postać, jednak tu chyba przeszarżowała. W kolejnym tomie Satanasa jest dużo mniej, gdy tam główne skrzypce gra jego syn i on wnosi solidny podmuch świeżości do tej serii.

Historia Leonie jest swoistą historią Kopciuszka. Jednak bohaterka bynajmniej nie zachowuje się jak bezradna, zahukana dziewczynka, przeciwnie, ma niezależny charakterek i swoje zdanie. Nie jest wolna od wad, często zachowuje się po prostu okropnie a czasami wykazuje się głupotą.

Cała książka jest takim swobodnym połączeniem romansowego żartu i powieści historycznej, do którego należy podejść na luzie. Jednak bohaterowie momentami wydali mi się sztuczni i wymuszeni, było kilka śmiesznych epizodów, ale faktem jest, że książka nie spełniła nadziei jakie w niej pokładałam.

"‘I don’t trust him.’

‘Why, I think I do for once.’ Hugh laughed a little. ‘When last I saw Léonie – Léon she was then – it was “Yes, Monseigneur” and “No, Monseigneur.” Now it is “Monseigneur, you must do this,” and “Monseigneur, I want that!” She twists him round her little finger, and, by Gad, he likes it!’

‘Oh, but there’s naught of the lover in his manner, Hugh! You have heard him with her, scolding, correcting.’

‘Ay, and I have heard the note in his voice of – faith, of tenderness! This wooing will be no ordinary one, methinks, but there is a bridal in the air.’

‘She is twenty years behind him!’

‘Do you think it signifies? I would not give Justin a bride his own age. I’d give him a babe who must be cherished and guarded. And I’ll swear he’d guard her well!’

‘It must be. I do not know. She looks up to him, Davenant! She worships him!’

‘Therein I see his salvation,’ Hugh said.

cykl: Alastair Trylogy

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

"The Convenient Marriage"

"Venetia"

"Friday's Child"

czwartek, 25 listopada 2010
Śmiech w ciemności, Vladimir Nabokov

Śmiech w ciemności, Vladimir Nabokov, przełożył Michał Kłobukowski, MUZA, Warszawa 2010

 Śmiech w ciemności

"Żył sobie raz w niemieckim mieście Berlinie mężczyzna imieniem Albinus, bogaty, szanowany, szczęśliwy; pewnego dnia porzucił żonę dla młodej kochanki; kochał, lecz nie był kochany; i życie jego zakończyło się katastrofą."

To pierwsze słowa powieści Vladimira Nabokova. Ten prosty i jednocześnie śmiały zabieg wywołuje w czytelniku niedosyt, mimo iż wiemy jaki będzie koniec tej historii, czytamy dalej pragnąc zobaczyć jaka opowieść kryje się za tym akapitem. I to jest właśnie potęga powieściopisarzy i szelmowski styl Nabokova. Tekst staje się ważniejszy niż fabuła. 

"Ot i cała historia, moglibyśmy więc postawić kropkę, gdyby ze snucia opowieści nie płynęła korzyść i przyjemność; a choć na kamieniu nagrobnym bez trudu pomieści się skrócona wersja ludzkiego życia w oprawie z mchu, szczegóły zawsze są mile widziane."

Książka po raz pierwszy wydana była po rosyjsku w 1932 r. pod tytułem "Kamera Obskura", a potem przetłumaczona przez samego autora i "zaktualizowana", gdyż tłumacząc Nabokov zmienił pewne elementy fabuły.

Główny bohater jest najpierw zaślepiony, a potem ślepy dosłownie, gdyż traci wzrok w wypadku. Albinus porzuca swe ustabilizowane życie dla zrealizowania pragnień swego ciała, jednak jego młoda kochanka Margot nie daje mu nic ponad to. Dziewczyna wykorzystuje go jak może, najpierw sama, a później wspólnie ze swym poprzednim kochankiem. Oboje nie mają litości dla łatwowiernego głupca, na którego sypią się kolejne nieszczęścia. Margot jest zdeprawowana, okrutna i piękna, jest mieszanką wybuchową, której nasz bohater nie umie się oprzeć. Całkowicie zdaje się na jej łaskę, wierząc w to co chce wierzyć i popadając powoli w obsesję. To historia bardzo prosta, schemat wykorzystany już wiele razy, wszyscy to znamy. Autor nie rozpisuje się, jego uwagi są krótkie a celne, ironiczne i bardzo prawdziwe, cały urok tkwi właśnie w nich.

Zabawa pisarza językiem nie odstrasza, można dać się porwać czytaniu, językowe igraszki Nabokova to nie karkołomne wywrotki. Szczerze pisząc rozbawiła mnie ta powieść i mimo dość okrutnej treści wprawiła w dobry humor, ale to chyba talent autora i ta jego ironia (mam słabość do pisarzy dobrze operujących właśnie ironią i humorem, ale to temat na oddzielny wpis). Książka nie ma bogactwa i subtelności późniejszej "Lolity", ale jej styl jest bardziej zwięzły i mniej chaotyczny. Stanowczo, jakoś nigdy wcześniej nie składało mi się, aby zgłębić resztę twórczości tego autora, ale teraz na pewno stopniowo nadrobię zaległości. Książkę polecam innym, jednak z tym założeniem, że czytając starajcie cieszyć się tekstem.

"Minęło kilka dni. Margot wciąż nie mogła zgubić kaszlu, a ponieważ ogromnie przejmowała się własnym zdrowiem, siedziała w domu i z braku zajęcia - bo czytanie nie było jej mocną stroną - zabawiała się w sposób, który doradził Rex: leżąc wygodnie w kolorowym chaosie poduszek, wertowała książkę telefoniczną i dzwoniła do różnych nieznajmoych osób, sklepów i firm. Zamawiała wóżki dziecinne, lilie i radia, każąc je wysyłać pod wybrane na chybił trafił adresy; robiła durni z szacownych obywateli i radziła ich żonom, żeby były mniej łatwowierne; po dziesięc razy z rzędu wykręcała ten sam numer, doprowadzając do rozpaczy spółkę Traum, Baum i Kesebier. W zamian wysłuchiwała cudownych wyznań miłosnych i jeszcze cudowniejszych klątw. Albinus wszedł i przystanął, patrząc na nią z tkliwym uśmiechem, gdy zamawiała trumnę dla niejakiej Frau Kirchhof. Kimono miała rozchylone i ze złośliwą uciechą wierzgała stopkami, zasłuchana, wodząc po pokoju spojrzeniem podłużnych oczu. Albinus stał nieco z boku, namiętnie rozczulony, i bał się podejść, żeby nie zepsuć jej przyjemności."

wtorek, 23 listopada 2010
Bez oręża, Zofia Kossak

Bez oręża, Zofia Kossak, Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2003

Bez oręża

"Bez oręża" to już ostatnia powieść Zofii Kossak traktująca o wyprawach krzyżowych, bo to i ostatnia wyprawa. Jerozolima ciągle w rękach niewiernych, papież Innocenty próbuje jak może zebrać rycerstwo i zapalić w nich ducha do odbicia świętego miasta. Jednak nikt się jakoś nie kwapi, wszyscy mają inne sprawy na głowie, pewnego dnia dorośli zostają zaskoczeni pochodem dzieci, które twierdzą, że idą zamiast rodziców grób Pana wyzwolić (rok 1212). Setki dziatek podąża ku Wenecji, zrozpaczeni i zdumieni rodziciele jakoś nie mogą się zebrać do żadnego konkretnego działania, trwają w szoku, a potomstwo ściąga zewsząd, aż dociera do portu gdzie już oczekują statki jednego z armatorów. Autorka pisze co dokładnie kryło się za owym cudem, zbrodnia nie do przebaczenia, tak samo zresztą jak głupota i chciwość ludzka.

Gustave_dore_crusades_the_childrens_crusade

Tymczasem zebrała się wreszcie gromada rosłych, dorosłych rycerzy, którzy wyruszają do Egiptu. Nowy władca rządzący ostatkiem państwa Jerozolimskiego w Akrze,  Jan de Brienne, daje się tymczasem porwać bez pamięci porywom serca z pewną panią. Dość powiedzieć, że każde z nich ma już ślubną drugą połowę, a król powinien objąć dowodzenie rycerstwem a nie wykradać się o zmroku. Jak można się domyślić ich gorący romans będzie miał poważne konsekwencje. Poprzez "nieuwagę" Jana dowództwo nad wyprawą obejmuje dumny i nieustępliwy kardynał Pelagiusz, a jego wady przeważą szalę na niekorzyść Franków. Ostatecznie ich przegraną przypieczętuje całkowity brak znajomości kraju, w którym walczą - rycerze po raz kolejny wykażą się indolencją podkreślaną już przez autorkę w "Krzyżowcach". Do tego wszystkiego po całej fabule pęta się nam  Franciszek z Asyżu, naiwne i proste dziecię Boga. Kossak przedstawiła świętego jako człowieka niezwykle skromnego, bogobojnego, cierpliwego, współczującego, miłosiernego, szczerego - no jak świętego po prostu.

Jednak to co nadaje tej powieści sens głębszy, to pytania jakie poprzez fabułę zadaje autorka. Czy człowiek ma prawo poświęcić wszystko dla własnego szczęścia, stawiać dobro innych przeciwko własnym pragnieniom? Czy rzeczywiście prawdziwa miłość jest takim wzniosłym uczuciem, które powinno torować sobie drogę kosztem innych ludzi? Pisarka pokazuje jak skrępowani jesteśmy skomplikowanymi zależnościami międzyludzkimi, nie tylko społecznymi i politycznymi obowiązkami. Porusza też kwestię odpowiedzialności dorosłych za te małe istoty zwane dziećmi, podkreślając ich całkowitą łatwowierność i oddanie opiekunom. Fakt, że ostatni postulat wypadł trochę łzawo przez patetyczny styl Kossak.

Dodam jeszcze, że okładka nowego, już szesnastego wydania tej powieści, niezmiernie mnie mierzi. Jak na powieść wznawianą tyle razy, wydawnictwo powinno się moim zdaniem lepiej postarać.

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

"Krzyżowcy" tom 1, 2

"Król trędowaty"

piątek, 19 listopada 2010
Król trędowaty, Zofia Kossak

Król trędowaty, Zofia Kossak,. P.A.X.,1971

Król trędowaty

To moja druga książka jaką czytam Zofii Kossak i ugruntowywuje ona moją opinię o jej pisarstwie. Na pewno przeczytam jej kolejne książki, wierzę iż jest to autorka warta kontynuowania tej znajomości. Oczywiście nie wszystko mi się podoba, ale nie są to jakieś poważne zarzuty.

Jerozolima znajduje się w niewesołej sytuacji, młody król nie dość, że naprawdę młody (14 lat) to jeszcze i trędowaty. Rada wiecznie skłócona, templariusze zakonów zwalczają się na wzajem, a dziewki na dworze uprzykrzają życie panom. Smutny to obraz nieszczęśliwego młodzieńca, gnębionego straszliwą chorobą, gnijącego za życia, nim tak na prawdę zdołał tego życia użyć. Jednak mimo wszystko młodzieniaszek okazuje się mieć głowę na karku, by w sytuacji pozornie beznadziejnej, odnaleźć w sobie siły i odwagę, stanąć do walki i zwyciężyć. Biorąc pod uwagę, że był w kiepskim stanie, a większość rycerstwa opuściła miasto, jego zwycięstwo budzi tym większy podziw. Saladyn wyprawił się na Askalon z zamiarem zajęcia miasta, lecz spotkała go niespodzianka w postaci pięciuset rycerzy i ich dowodzącego trędowatego króla. Według kronikarzy i Kossak na morale rycerzy tak skutecznie podziałała postawa władcy i jego modlitwy przed bitwą do relikwii Krzyża Świętego. Po przegranej sułtana został zawarty pokój, przynajmniej na jakiś czas, bo krewcy Frankowie i tak później pokpili sprawę, ale tego Baldwin IV już nie dożył.

Lariviere Th Battle of Montgisard

"Krzyżowcy" zrobili na mnie o wiele większe wrażenie, ale może to dlatego, że autorka nie miała tu aż takiego długiego pola do popisu. Mamy kilka ciekawych motywów i parę postaci, jednak wszystko jest ledwie nakreślone, zwłaszcza wobec epickiego rozmachu poprzedniego tomu. Ciekawie jeszcze wypada Saladyn, władca mądry i przenikliwy wraz ze swoimi wątpliwościami natury religijnej, można powiedzieć, że ma mały kryzys wiary i patrzy, który z proroków wygra tę wojnę. Sama wojna natomiast okazuje się igraszką ludzi, poddaną ich podstępom i zabiegom. Jeśli chodzi o religijność samych chrześcijan to mogę napisać, że zeszła ona na tylni plan, co innego im w głowie. Bohaterowie mimo codziennych pozdrowień i ustnych zapewnień o czci Grobu Świętego nie myślą o nim na prawdę, wszystko stało się dla nich formułą, codziennym schematem obrządku religijnego, do którego nie przywiązuje się wagi.

Po trosze drażniąca i smutna to powieść, a to przez samych bohaterów, nieudacznicy, knujący zdrajcy, swarliwe samolubne białogłowy - trudno tu o kogoś wzbudzającego sympatię, oprócz Baldwina IV. Chrześcijanie wykazują się indolencją, wkurzając czytelnika, że takie z nich niemoty, nie umiejące obronić świętego miasta, na którym im niby tak zależy.

Może owa maniera z jaką pisze pisarka jest też kwestią narzuconego stylu i wymogów jakie sobie postawiła pisząc na średniowieczną modłę.  Momentami męczące "natchnione" momenty zdarzające się często przy opisach, na pewno pochodzą z dobrych chęci bycia wiernym średniowiecznym klimatom językowym i kulturowym. Cóż, braku stylu nie można jej zarzucić, ale czytaniu kilkustronicowego opisu krzaczka, z któren był wykonany Krzyż Święty może zabić ciekawość dalszego ciągu. Lecz wobec mojej pasji do średniowiecznych powieści i całkiem zręcznego podejmowania przez autorkę wątków historycznych można na to przymknąć oko.

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

"Krzyżowcy"

Źródło: Wikigallery

środa, 17 listopada 2010
Trylogia Arturiańska

Bernard Cornwell jest autorem naprawdę wielu, wielu książek, w tym właśnie "Trylogii Arturiańskiej".

Once upon a time, in a land that was called Britain, these things happened . . . ." well, maybe. The Warlord Trilogy is my attempt to tell the story of Arthur, 'Rex Quondam Rexque Futurus', the Once and Future King, although I doubt he ever was a king. I suspect he was a great warlord of the sixth century. Nennius, who was one of the earliest historians to mention Arthur, calls him the 'dux bellorum' - leader of battles or warlord. I have to confess that of all the books I have written these three are my favourites

Cykl ten zachęca czytelnika do spojrzenia na znaną legendę o królu Arturze w zupełnie nowy sposób. Autor bawi się historią i jej przekazami, uwidacznia nam jak bardzo można zmitologizować wydarzenia przeszłości. I tak rycerze Okrągłego Stołu nie jawią się nam już jako rycerscy herosi, ale jako średniowieczni wojownicy, którzy przy owym stole upijają się na umór, ucztują, a potem pod owym słynnym meblem "pozbywają się" nadmiaru wrażeń. Sama historia jest mieszanką legend, historii i odrobiny fantastyki. Pisarz opisuje swoich bohaterów i ich zachowania w dość przyziemny sposób, bez koloryzacji i upiększeń, to średniowiecze przesycone mroczną, momentami makabryczną atmosferą, wiecznymi wojnami i niebezpieczeństwem.

Na samego Artura patrzymy oczyma jego oddanego przyjaciela Derfla Cadarn, jak się okazuje postać ta żyła naprawdę, a sam braciszek został nawet kanonizowany. W wersji Cornwella Derfel jest Saksończykiem, który  w dzieciństwie szczęśliwie przeżył jeden z najazdów i stał się wychowankiem Merlina, który "zbierał" takie zagubione dusze wierząc, że tylko ten co otarł się o śmierć lub stoi na granicy szaleństwa, może dostąpić łaski bogów.

 Zimowy monarchaNieprzyjaciel Boga

Pierwszy tom cyklu wydano w 1995 r., kolejne w rocznych odstępach, pisarz tworzył jak w zegarku. W Polsce wydawnictwo Erica zaopiekowało się Cornwellem i jego cyklem, w sprzedaży jest już drugie wydanie pierwszego tomu. Na Artura możemy się natknąć w większości saloników prasowych i wystawach księgarskich, zmasowany atak wydawcy na pewno odniósł skutek. Samo wydanie nie wyróżnia się niczym specjalnym, ot broszurowa oprawa ze skrzydełkami, jeszcze jakoś da się upchać w torebce mimo 600 stron. O jakości tłumaczenia nie mogę nic powiedzieć ponieważ polskiej wersji nie czytałam.

The Winter King Enemy of God Excalibur

Autor zakończył serię definitywnie (Bernard Cornwell):

"Because the story is finished and won't be stretched any further. Arthur is sleeping in Avalon and should be left in peace."

Jeszcze tylko napiszę, że cykl Cornwella bardzo różni się od "Mgieł Avalonu" Marion Zimmer Bradley. Przede wszystkim świat stworzony przez pisarkę jest przesycony magią, przez co wpływa ona na fabułę. Wydarzenia jakie mają miejsce w "Trylogii Arturiańskiej" da się wytłumaczyć racjonalnie, ba, zostajemy zapoznani z całym arsenałem sztuczek jakim posługiwali się Merlin i Nimue. Więc tu wygrywa rozum, lecz z rzadka (np. powody, dla których Derfel utracił rękę) niewytłumaczalne zdarzenia też mają miejsce. Do tego pisarka dużo bardziej dba o tzw. rys psychologiczny swych bohaterów, gdy Cornwell bardziej skupia się na samej akcji, co by czytelnikowi dobrej zabawy nie zbrakło.

Na blogu zrecenzowane znajdziecie: 

"Zimowy monarcha"  tom 1

"Nieprzyjaciel Boga" tom 2

"Excalibur" tom 3

poniedziałek, 15 listopada 2010
Lato przed zmierzchem, Doris Lessing

Lato przed zmierzchem (The Summer Before the Dark), Doris Lessing, tłumaczyła Rewkiewicz-Sadowska Barbara, WAB

 Lato przed zmierzchem

Niemiła powieść lecz na pewno konieczna, trochę jak środek na przeczyszczenie.

Kate Brown to kobieta osadzona wygodnie w swojej bezpiecznej rzeczywistości przyzwyczajeń i rutyny. Tkwi w swoistym marazmie, który wypracowała sama przez dwadzieścia kilka lat. Nagle dostaje ofertę pracy na stanowisku tłumacza konferencyjnego, spotkania na międzynarodowym szczeblu, możliwość wypróbowania kilku obcych języków, dobra płaca - takie duperele współczesnej szansy na sukces. Nasza bohaterka wcale nie jest z początku zachwycona, ma obawy, iż bez niej jej dorosłe dzieci i mąż nie dadzą sobie rady z prowadzeniem domu. Nie zrozumcie mnie źle, wcale nie drwię (prawie), bohaterka ma przed owym Nowym autentyczne obawy. Ale czy mimo tego biurowego blichtru jej życie zmienia się w jakiś sposób? Kate przeszła już przez większość życiowych etapów, była matką, wychowała czwórkę dzieci, które stoją teraz na progu dorosłości, wraz z mężem prowadzi długoletni związek, oparty na szczerych rozmowach przez duże R. Jednak dzieci już jej nie potrzebują, każde z nich prowadzi własne życie, a dom rodzinny traktują jak hotel. Mąż od dawna ją zdradza, a ona o tym doskonale wie i pogardza nim za to jednocześnie nadal pracując z nim o utrzymanie małżeństwa. Ich współżycie to farsa, opiera się na fundamentach przyzwyczajenia i konwenansów. Oboje trzymają się pewnych społecznie ustalonych norm. Kate nie studiowała, tylko od początku oddała się rodzinie, teraz ma sznansę wykorzystać swoją wiedzę. Kilka letnich miesięcy uświadamia jej jakie jest jej miejsce w tych społecznych układach i co może zmienić. Bohaterka analizuje swoje ja, wnika w głąb siebie, otwiera się i odnajduje swoją fokę. Tak, właśnie fokę, prześladującą ją w snach jak wyrzut sumienia, którą taszczy później w kierunku morza przez kilka miesięcy - wewnętrzna przemiana nastąpi wraz z objawieniem i foczka zapluszcze w oceanie. Zmiany zachodzą powoli, to rewolucja kontrolowana, nasza bohaterka uczy się samej siebie na nowo. Klatka, w której ona sama siebie zamknęła jest ciasna. Musi pogodzić się z tym, że nie jest nie zastąpiona, wszyscy członkowie rodziny doskonale poradzą sobie bez niej.

„Nie wiem nawet, co ma dla ciebie wartość. Nie przejeżdżałam po złotym trakcie do Katmandu ani nie napisałam dysertacji naukowej. Po prostu wychowałam rodzinę…”.

Normalnie matka Polka. Złudne pragnienie zapewnienia swojej rodzinie tzw. "ciepłego domu" spowodowało, że Kate stała się ich cieniem i zatraciła samą siebie.

„Czuła się czasem jak ranny ptak zadziobywany na śmierć przez zdrowe ptaki”.

Podobał mi się w tej powieści motyw stroju i fryzury jako munduru, nasuwa to na myśl, że tak wiele przez ostatnie wieki się nie zmieniło. Pewne rzeczy wypada nosić, a inne nie, niektóre fryzury nie przystoją i mimo, że nie krępują już nas fiszbiny gorsetów to ograniczeni jesteśmy konwenansami. Główna bohaterka tak bardzo jest nimi skrępowana, że nie założy ekscentrycznych ubiorów bo liczy się z opinią własnych dzieci, które nie pochwalają takich "ekscesów". Co by to było gdyby pokazała się nie uczesana na trawniku przed domem!

To powieść dla kobiet nie bojących się zmierzyć ze sobą, zajrzeć do klatki. Rewizja kondycji kobiety w nowoczesnym społeczeństwie, obraz jaki się wyłania z powieści Doris Lessing na pewno nie jest optymistyczny.

Literacka Nagroda Nobla 2007 

tej samej autorki zrecenzowane na blogu:

"Piąte dziecko"

seria wydawnicza : Don Kichot i Sancho Pansa

piątek, 12 listopada 2010
Seks, narkotyki i czekolada, Paul Martin

Seks, narkotyki i czekolada (Sex, Drugs & Chocolate: The Science of Pleasure), Paul Martin, przełożyła Anna Dzierzgowska, MUZA 2010

 Seks, narkotyki i czekolada

Jak widać, już sam tytuł jest kuszący. Autor twierdzi, że owe niewinne grzeszki, które popełniamy dla własnej przyjemności są konieczne dla naszego dobrego samopoczucia. Czytając tą pozycję naprawdę można się rozgrzeszyć z czekoladowych słabości i złamać niejedną dietę.

Paul Martin, biolog, bierze na warsztat wszystko to co człowiekowi kojarzy się z przyjemnością i próbuje połączyć to wszystko w całość. Oprócz tytułowych rozkoszy autor opracowywuje jeszcze inne używki, hazard, masturbację, sny i dobroczynność drzemek. Wszystko mamy ładnie podzielone i omówione, po rozdziale dla każdej uciechy, do tego jeszcze mamy odpowiedź na takie pytania jak : do czego służy przyjemność, dlaczego lubimy czekoladę. W jednym z rozdziałów opisani są słynni hedoniści, porównując ich ekscesy z naszymi skromnymi, umiarkowanymi realizacjami pragnień można poczuć się świętoszkowato. Jest więc różnorodnie i czytelnik nie może narzekać na nudę.

Martin pisze ciekawie o poczuciu winy jakie często czujemy oddając się ulubionym przyjemnościom. Wiadomo zakazany owoc jeszcze bardziej kusi.  Sama pogoń za uciechami jest moralnie dwuznaczna. Trzeba modlić się, pościć i pokutować, być miłosiernym a do tego wszystkiego ubogim. Przynajmniej tak głoszą wszystkie siły religijne i polityczne. Rosnące wpływy na rzecz ewangelizmu i wstrzemięźliwości w XIX wieku spowodowały, że ludzi którzy chcieli zerwać z nałogami pijaństwa czy uzależnieniem od narkotyków, a nie mieli wystarczających sił, postrzegano nie jako chorych, lecz słabych nieudaczników nie mogących dać sobie rady ze swym "problemem". Biolog jednak nie zajmuje rozważaniem nad etyką jeno po prostu pisze, że zbalansowane i równomierne  dawki czystej przyjemności są jak najbardziej dla ludzi wskazane. Pogoń za szczęściem jest nie do zapobiegnięcia, jest wpisana w nasze umysły i geny. Ale trzeba uważać bo to "śliska bestia" i można się uzależnić, zwłaszcza od tej trójcy wymienionej w tytule.

Biolog pisze szczerze i bez fałszywej pruderii.

"Podczas pokazów zdarza się, że samce delfinów wprawiają publiczność w zakłopotanie, kiedy zamiast zjeść miotającego się węgorza, którego otrzymują w nagrodę, używają go jako seksualnej zabawki. Samce delfinów potrafią także masturbować się wspólnie, wsuwając sobie nawzajem penisy w otwory w genitaliach. Słodkowodne delfiny, żyjące w wodach Amazonki, są bardziej bezczelne: zdarza się im wsuwać penis w nozdrza innego delfina. Chciałbym, żebyście mieli te obrazy w pamięci, kiedy znów będziecie oglądać film "Flipper"."

To cytat z serii zwierzęta też potrafią.

Konkludując Paul Martin do niczego nowego nie doszedł, czasem też zbacza z obranych przez siebie tematów i tekst wydaje się nie spójny. To na pewno bardzo przystępnie napisana książka, która może nam urozmaicić czas, zwłaszcza jeśli dla kogoś przyjemnością jest czytanie. Osoby mocno zainteresowane tematem pewnie niczego nowego tu nie znajdą, to raczej takie swoiste podsumowanie i zebranie luźno krążących w obiegu informacji z kilkoma wnioskami odautorskimi i listą dobrych rad dla hedonistów. Publikację mogę polecić wszystkim poszukującym spełnienia.

seria: Spectrum

środa, 10 listopada 2010
Portret Doriana Graya, Oscar Wilde

The Picture of Dorian Gray (Portret Doriana Graya), Oscar Wild, Penguin Books

 The Picture of Dorian Gray

Ta historia totalnej deprawacji pięknego młodzieńca to w istocie opowieść bardzo wieloznaczna, pełna błyskotliwych dialogów i paradoksalnych maksym. Spora ilość ukrytych motywów, symboli, znaczeń - nic tylko przebierać. Powieść jest też skarbnicą cytatów oraz cynicznych komentarzy do życia, które wcale nie straciły na czasie.

Dorian jest młodzieńcem ślicznym, próżnym i płytkim, dlatego hedonistyczne teorie jego nowego życiowego przewodnika, lorda Henrego Wottona, padają na podatny grunt. Chłopak wysłuchuje wątpliwych teorii starego wyjadacza socjety z podziwem i uwagą nowego wyznawcy wiary. Indoktrynacja przebiega pomyślnie, dusza czernieje a twarzyczka bohatera nie ulega złowrogim wpływom czasu. Można powiedzieć, że młody zrobił dobry interes wymieniając duszę na wieczną młodość. Bez opamiętania pławi się w przyjemnościach, gdy się opamięta będzie już oczywiście za późno.

Ileż pytań możemy sobie zadać po tej lekturze! Jednym z najciekawszych jest cel sztuki, według Wilda sztuka istnieje dla samej sztuki, nie powinna niczemu służyć. Szamoczemy się tutaj pomiędzy etyką a estetyką. Autor próbując uwolnić sztukę od jej wiktoriańskich konotacji i moralności, obarczył ją innymi znaczeniami. Gdy Dorian widzi swój ukończony portret wykrzykuje: „Gdybym ja wiecznie pozostał młody, a obraz się starzał! Wszystko bym za to oddał, wszystko!” No i ma. Obraz, który jest dziełem sztuki odbija prawdę, ukazuje dosłownie, prawdziwe oblicze bohatera. Młodzieniec przedkłada swoją urodę nad zasady moralne, czyli zamiast etyki - estetykę. I tak stopniowo dzieło sztuki staje się jakimś makabrycznym przedmiotem bez wartości, pilnie ukrywanym, budzącym wręcz strach.

Mamy wspaniały i drastyczny obraz społeczeństwa, w którym rządzi młodość i uroda. Piękno jest tu żywą gotówką, za którą można wszystko nabyć i zrealizować każde pragnienie. Czyż to nie czyni tej powieści ponadczasową? Pozory i maniery są ważniejsze  niż moralność. W końcu nawet wtedy gdy wychodzą na jaw grzeszki eksperymentującego z hedonizmem młodzieńca, jest on ciągle mile widziany w towarzystwie.

"Society, civilized society at least, is never very ready to believe anything to the detriment of those who are both rich and fascinating. It feels instinctively that manners are of more importance than morals, and, in its opinion, the highest respectability is of much less value than the possession of a good chef. And, after all, it is a very poor consolation to be told that the man who has given one a bad dinner, or poor wine, is irreproachable in his private life. Even the cardinal virtues cannot atone for half-cold entrées, as Lord Henry remarked once, in a discussion on the subject; and there is possibly a good deal to be said for his view. For the canons of good society are, or should be, the same as the canons of art. Form is absolutely essential to it. It should have the dignity of a ceremony, as well as its unreality, and should combine the insincere character of a romantic play with the wit and beauty that make such plays delightful to us. Is insincerity such a terrible thing? I think not. It is merely a method by which we can multiply our personalities."

Powieść jest też pochwałą indywidualności, niezależności jednostki. Basil ślepo podziwia Doriana, idolizuje go i w końcu ginie. Natomiast sam Gray oddaje się przewodnictwu lorda Henryego i wpływowi żółtej książeczki. I on też kończy marnie. Zakochana Sybil Vane nie może skupić się na grze aktorskiej, jej myśli krążą tylko wokół uroczego księcia, który wyznał jej miłość. Zamiast skupić się na sztuce i zrobić użytek ze swego talentu buja w obłokach. W ten sposób staje się przyczyną ogromnego zawodu dla ukochanego, który cenił ją dla jej sztuki. Nie trzeba się więc wyrzekać swych pasji, talentu za żadne skarby, pozostać sobą do końca.

Na koniec jako ciekawostkę podam, iż istnieje coś takiego jak syndrom Doriana Graya, w skrócie DGS (więcej na Science Daily)Ach, gdyby Wild wiedział, że dorobił się syndromu Doriana Graya!

 
1 , 2
Zakładki:
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
LISTA ŻYCZEŃ
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
statystyka