|
wtorek, 20 grudnia 2011
Kochaj bliźniego, Erich Maria Remarque
Kochaj bliźniego (Liebe Deinen Nächsten), Erich Maria Remarque, tłumaczył Erwin Wolf, Czytelnik 1991 "Kochaj bliźniego" to powieść, która w przejmujący sposób porusza temat uchodźców i emigracji, praw do życia jakie powinien mieć każdy z nas i to w "humanitarnym XX wieku", który i tak okazuje się być "wiekiem blefu". Po dojściu do władzy Hitlera w Niemczech, Żydzi uciekają z kraju by tułać się po świecie, ich państwo pozbawiło ich paszportów, stają się ludźmi "zawieszonymi" w czasie. Kolejne kraje wydalają tych bezdomnych, podrzucając ich sobie na wzajem. Droga każdego z nich to kręta ścieżka niepewności jutra, bez dachu nad głową, możliwości stałego pobytu gdziekolwiek. Ukrywają się, pracują na czarno, zawsze w strachu przed wydaniem, próbują jakoś poskładać to nowe życie z rozpierzchniętych kawałków losu wiecznego tułacza. Temat niemieckich emigrantów jakże bliski samemu autorowi, który w 1931 sam opuścił Niemcy. I tak od granicy do granicy, z więzienia do więzienia, kryjówki do kryjówki, bez szans na normalne życie. Głównymi bohaterami są młody Ludiwk Kern, syn Żyda i Węgierki, stary wyjadacz Józef Steiner i Ruth Holland, do tego cała galeria postaci pobocznych, które skałdają się na tą mozaikę ludzi bez ojczyzny. Ich losy wzajmenie przenikają się i plączą, w nieszczęściu zbliżają się do siebie, tworzą się między nimi związki oparte na zaufaniu i lojalnosci. Żeby jednak nie było tak różowo znajdą się i ci co będą chcieli wykorzystać niedolę innych, albo po prostu tacy którzy z zawiści i złości do świata zawsze doniosą lub będą po prostu zbyt gorliwi. I tak na przykładzie pary zakochanych, Ludwika i Ruth, widzimy jak dobro przeplata się ze złem, raz ktoś im pomoże z dobrego serca, bezinteresownie albo i z wyrachowania, a raz ktoś wykorzysta, ośmieszy, okradnie - i tak na zmianę - dla równowagi. Sytuacja takiego uchodźcy naprawdę jest nie do pozazdroszczenia, człowiek czytając taką książkę od razu docenia bardziej własny dom, możliwość codziennego powrotu do niego, stałość życia tkwiącego na nudnych, ale dość pewnych fundamentach. Ludzie, którzy naprawdę nic nie zmalowali, ani teoretycznie nie zrobili nic przeciw prawu, są ścigani oraz karani więzieniem oraz lurowatą zupą. Lata upływają a oni nie mogą pokonywać kolejnych szczebli edukacji, żenić się czy wychodzić za mąż, dostać stałej pracy, o własnym kącie nie wspominając. Zamiast tego rajd przez granice, sen w stogu siana, ukrywanie się po lasach i byle jakie obiady, albo żadne. Książka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak "Iskra życia", ale to ciągle Remarque.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
Litwin i Andegawenka, Stefan Kuczyński
Litwin i Andegawenka,Stefan Kuczyński Na powieść Stefana Kuczyńskiego natknęłam się przez przypadek, właściwie to wystarczyło mi, że akcja toczy się w średniowieczu by z ciekawością po nią sięgnąć. Ostatnio znów ciągnie mnie w okolice mroków owych wieków. Tytułowa para to oczywiście Jadwiga Andegaweńska i Władysław II Jagiełło. Losy Litwina zaczynamy śledzić od śmierci jego ojca, młody władca przejmuje stery rządów i od razu widać, że do tego stworzony. Opinie dotyczące jego niezwykłego szczęścia i mądrości powtarzają się nagminnie w tej powieści, czyniąc z bohatera książki postać nieznośnie nudną. Niestety podobnie wypada Jadwiga, tylko, że ona jest piękna, surowa i pobożna. Autor nie do końca potrafił oddać uczucia jakie musiały targać bohaterami, nie czuć tu pasji, namiętności czy nienawiści. Postacie są papierowe, ich opisy dość drewniane. Czytamy o ich miłościach, ale nie poruszają nas, pozostawiają obojętnymi, taki styl może być dla niektórych męczący gdyż i opisów jest sporo. To taka książka, w którą zagłębiamy się niespiesznie, odpoczywamy sobie i podpatrujemy życie Jagiełły i Jadwigi. Mimo burzliwych wydarzeń, niespokojnych czasów, Krzyżackich podstępów akcja nie do końca porywa. Do tego mamy tu wyraźny podział na tych dobrych i złych, oczywiście w myśl zasady, że krzyżackie plemię to plugastwo zdradzieckie. Akcja toczy się niespiesznie i w zależności od humoru czytelniczego możemy oskarżyć pisarza o opieszałość lub bardzo rozważne dawkowanie emocji. Można przeczytać, ale mocno namawiać nie będę.
niedziela, 27 listopada 2011
The Foundling
The Foundling, Georgette Heyer, Arrow Books 2004 Jego Miłość Adolphus Gillespie Vernon Ware, w skróce Gilly, to tak naprawdę bardzo przeciętny młodzian, który nie marzy o niczym więcej jak o świętym spokoju. Na swoje nieszczęście książę był bardzo chorowity w dzieciństwie, a że jest jedynym spadkobiercą, to całe otoczenie - wujostwo, pod skrzydłami którego się wychowywał, przyjaciele, wszyscy służący, włączając w to nawet jego prywatnego lokaja, przyzwyczaili się do traktowania go w "szczególny" sposób. Znaczy starają się go nie spuszczać z oczu, wysyłać wszędzie z armią służących, dają bez przerwy dobre rady, usługują ponad miarę - jednym słowem doskonałe warunki cieplarniane do wychowania maminsynka. Na szczęście Gilliemu nie odbiło i jakoś się chłopak ostał, tylko jego spokojna, pojednawcza natura nie pozwala mu zrzucić z siebie tych wszystkich starań o jego dobro, no bo przecież ci wszyscy ludzie tak się starają, że zaduszą go swoją miłością. To dopiero ciężkie warunki dorastania dla młodzieńca, który jest na progu pełnoletności (25 lat) i nie może sobie poużywać. Nic dziwnego, że kiedy jego kuzyn opowiada mu o swym problemie o imieniu Belinda, książę z nudów postanawia mu pomóc. Będzie to okazja dla młodego bohatera do wyzwolenia się z pod wpływu rodzinki, choć na krótki czas, sprawdzenia własnych możliwości i przeżycia wreszcie jakiejś przygody. Co jak co, ale wrażeń naszemu młodzieńcowi nie zbraknie. Przepiękna i wyjątkowo głupia Belinda, młody uciekinier Tom, oryginalny czarny charakter pan Liversedge - nietypowych i jednocześnie komicznych typów nam tu bynajmniej nie zbraknie. Główny bohater od razu zdobył sobie moją sympatię, niby niepozorny, spokojny, ale posiadający poczucie humoru i pełen dobrej woli młody człowiek. Można powiedzieć, że typ wysoce nieromansowy, nierzucający się w oczy, nie epatujący godnością czy siłą fizyczną. Ta nietypowość od razu mnie ujęła, albo też ile można czytać o młodych damach czy wysokich, silnych oraz niezłomnych herosach. Jako, że mamy do czynienia z mężczyzną od razu możemy zdobyć trochę wiedzy o tym jak wyglądało życie młodego gentlemana w XVIII wieku. Męska domena jest zwykle spychana w książkach Georgette Heyer na peryferia, a tu mamy wiele informacji o zajęciach, samym życiu, zwyczajach, możliwych zainteresowaniach mężczyzny - poczynając od wyboru odpowiedniego płaszcza i pantalonów na spacer, na manierach skończywszy. Jak na dość prostą fabułę książka jest dość długa, pisarka serwuje nam z zapałem piękne historyczne powiedzonka, zwroty językowe i mnóstwo szczegółów z życia codziennego. Wychodzi z tego stylowy romans historyczny, który nie obraża inteligencji czytelnika, a to już całkiem dużo. Jeśli damy się porwać powieści będziemy czytać ją z uśmiechem na ustach, taka urocza lektura na bardzo zły humor.
piątek, 18 listopada 2011
Pirat królowej
Pirat królowej, George Bidwell, przełożyła Anna Bidwell, Śląsk 1982 Po ciekawej "Wiktorii, żonie Alberta" sięgnęłam po kolejną biografię Georga Bidwella - "Pirat królowej". Jeśli chodzi o tego autora to jest w czym wybierać, gdy po raz pierwszy zerknęłam na pełną listę jego książek lekko się zacukałam, jego pracowitość przypomina mi trochę naszego Kraszewskiego, choć i ten pracuś (Bidwell) skończył w końcu w Polsce. Może to te nasze polskie ziemniaki taką inspirację zapewniają? Sir Francis Drake to postać nietuzinkowa w historii Anglii, która przez całe swoje ryzykowne życie igrała z ogniem. Wyobraźcie sobie taką sytuację - Anglia rośnie w siłę, ale w ślimaczym tempie pod mądrymi rządami Elżbiety, gdy tymczasem pozycja niezwykle bogatej Hiszpanii jest już ugruntowana. Ani Filip, ani Elżbieta nie wypowiedzą otwarcie wojny, póki co bardziej opłaca się im wzajemne "podgryzanie", raz uszczknie jedno, raz drugie. starty i zniewagi są wyrównane dla obojga monarchów. I właśnie w takim ciekawym momencie bezprawia wchodzi na arenę Francis Drake, człowiek, którego nie imały się kule, bezczelny, pewny siebie, chciwy bogactw i sławy lider. Kogoś takiego potrzebuje brytyjska królowa. Jego misje w oficjalnych dokumentach państwowych będą miały uznany charakter "odkrywczy", jak np. terra Australis, w rzeczywistości łupieżczy. Bo Drake postanowił uprawiać świadome piractwo, za które w każdym państwie grozi mu stryczek. Już dla tego warto przeczytać książkę aby sprawdzić dlaczego taka szanowana monarchini korzystała z usług najzwyklejszego złodzieja i grabieżcy, co prawda korzystała z nich w zawoalowanej formie. Czyż polityka nie jest uroczo zawiła? Facet rozbija się po morzach, bezczelnie daje łupnia niejednemu Hiszpanowi, plądruje Limę, Peru czy Karaiby, kradnie w świetle dnia, a uważany jest w Wielkiej Brytanii za bohatera. Oczywiście jasne jest, że gdyby nie odnosił takich niesamowitych sukcesów nie cieszyłby się takim mirem wśród plebsu i nie miał by takiego kredytu zaufania na dworze. Bo jak napisała chciwa Elżbieta "wracaj z ładunkiem skarbów albo pilnuj własnej głowy". Jednym słowem życie na krawędzi. Biograf przedstawia nam dość romantyczną postać admirała floty angielskiej, korsarza-dżentelmena, który pilnował by nie krzywdzono niewolników i nie robiono krzywdy niewinnym białogłowom. Czyli bezwzględny tryb życia jaki prowadził nie zbrutalizował jego natury i manier. Znienawidzeni przez niego Hiszpanie nadali mu przydomek smoka - El Draque. Myślę, że to postać, która w niezwykły sposób może działać na wyobraźnie czytelnika. Książka ukazuje nam rozkwit handlu niewolnikami, dwulicowość polityki i romantyczną wizję piractwa. Tagi:
literatura angielska
XVI wiek
22:04, bsmietanka ,
Recenzje- biografie, autobiografie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 listopada 2011
Dziedziczka cieni, Anne Bishop
Heir To The Shadows (Dziedziczka cieni), Anne Bishop
Po dość dziwacznym tomie pierwszym, serii Krwawych Kamieni, postanowiłam zaserwować sobie kolejny i teraz wiem, że to był błąd. Po pierwsze dlatego, że ostatnio miewam nie najlepszy humor, powieścidło miało mi go poprawić. Nic z tego, powieść niewymownie mnie drażniła i rzuciłam to w diabły, nie przeczytawszy nawet do końca, co zdarza mi się dość rzadko. Wiem, że po te nieszczęsne kamienie nigdy już nie sięgnę. Jakoś nie mogłam się przebić przez te wszystkie opisy roznamiętnionych spojrzeń kolejnych bohaterek, które rzucały w różnych kierunkach anatomii płci przeciwnej. No dobra, to były najczęściej dwa kierunki, ale ileż można. Czytając tom pierwszy byłam w stanie więcej znieść,ale ta książka, to już nie moja bajka po prostu i nawet nie chce mi się rozpisywać dlaczego. Owa notka ma mi przypominać by nie dawać już szansy Anne Bishop i szukać ukojenia dla nerwów w innych powieściach.
wtorek, 08 listopada 2011
Emma, Jane Austen
Emma, Jane Austen, przełożyła Jadwiga Dmochowska, Prószyński i S-ka, Warszawa 1996 "Emma" miała być wytchnieniem, przyjemną lekturą, tymczasem tytułowa bohaterka niewymownie mnie drażniła. Dziewczę to całkiem inteligentne, wykształcone i piękne, zachowywało się jakby pozjadało wszystkie rozumy. Jej ojciec też mnie właściwie drażnił bo nie lubię hipochondryków. Chyba nie takich efektów spodziewała się Jane Austen pisząc swą powieść. Zapewne chciała rozśmieszyć czytelnika zachowaniami, ułomnościami i słabostkami swoich bohaterów, no i musiała w końcu jakoś zawiązać supeł fabularny, a jak, jeśli nie posługując się głupotą własnej bohaterki ogarniętej dobrymi chęciami. Ach jakże prawdziwe wydaje mi się tu przysłowie, iż dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Małe miasteczko, ścisłe grono z którym wypada się spotykać, parę śmiesznych typów, dodaj ze trzech kawalerów i tyleż samo panien i powieść gotowa. Emma jest dziewczęciem zepsutym przez rodzinę, na swoje szczęście czy nieszczęście, o poziomie inteligencji wyższym niż jej bliżsi, więc z wątpliwym prawem wyższości nad starszymi jej wiekiem. Utwierdzana przez najbliższych w przekonaniu, że wie lepiej, że jest nieomylna, kroczy przez życie beztrosko rozporządzając innymi i wydając sądy. Tak naprawdę jest kobietką dość samolubną i zadzierającą nosa. Oczywiście jedyna osoba, która ma widoki na utarcie jej nosa musi się w niej zakochać i skończyć z dydaktyzmem. Austen pognębi oczywiście swoją bohaterkę, ale nie na tyle by dać jej porządną nauczkę i jeszcze jako kobieta da jej satysfakcję usłyszenia miłosnych zapewnień, bez potrzeby odkrywania swego własnego serca. Oczywiście wszystko skończy się jak najbardziej szczęśliwie, nawet dla biednej Harriet tak beztrosko zwodzonej przez Emmę, bo męscy bohaterowie wykazują tu jednak o wiele więcej zdrowego rozsądku niż płeć piękna i utrzymują sytuację w równowadze - no przynajmniej dwóch panów. Austen starała się rozłożyć te siły mniej więcej równomiernie. Te wszystkie drobiazgi składające się na styl Jane Austen nie zadziałały dla mnie tym razem. Denerwowały mnie te dywagacje przy wyborze wstążek do sukienki, zabieraniu miejsc w powozach, setki drobiazgów dnia codziennego, jakieś koszyczki, koronki, liczne arkusiki listów. Jednym słowem czar pisarki nie zadziałał i skończyłam książkę zniechęcona - może taki okres w życiu, że bawi mnie co innego, a złoszczą błahe drobiazgi, których jest tu po prostu za dużo jak na mój gust.
środa, 14 września 2011
Bez serca, Józef Ignacy Kraszewski
Bez serca, Józef Ignacy Kraszewski
Tytułowa bez serca, to córka pułkownika, dziewczę niezwykle piękne, pyszne i zarozumiałe. Bogini urody żyje wraz z ojcem w Wiedniu, na jej nieszczęście papa nigdy się dorobić nie umiał i młoda musi teraz nieźle kombinować, jak wydać się za świetną partię. Kobietka-kokietka ambicje ma wysokie, w ciemię bita nie jest i pragnie wykorzystać do oporu wszystkie swoje atuty. Ponieważ nie ma majątku, nazwiska czy koligacji tylko swą ładną buźkę tym bardziej trzeba podziwiać taką przedsiębiorczość i nieustraszoną ambicję. Co prawda zbliża się już do niebezpiecznej granicy wiekowej (ma 23 lata), ale przez ostatnie lata sporo się nauczyła w towarzystwie, do którego wszelkimi sposobami próbuje się wkręcić na własną rękę. Powolny i posłuszny jej we wszystkim ojciec nie stanowi żadnej realnej pomocy, do tego gospodyni, Balbina, z którą jest wiecznie na wojennej ścieżce. Wszystko dlatego, że papa kiedyś w zapale miłosnym zmajstrował sobie z nią drugą córeczkę. Taką właśnie zastajemy naszą heroinę - kapryśną, władczą, despotyczną a przy tym niezwykle obrotną, będącą własną stylistką, fryzjerką, agentem i PR-owcem a przy tym panią swego losu, na tyle, na ile pozwalała jej XIX-wieczna obyczajowość. Istna femme fatal o czarnych oczach i alabastrowej cerze. Po przemyśleniu stwierdzam, że Kraszewski ucina swą opowieść jakoś tak w środku, brakuje mi tu jakiegoś mocniejszego zakończenia. Fakt, że nieźle sobie pogrywał z fabułą i losy Roliny nie są dla czytelnika do końca przewidywalne, jednak brakuje mi tu jakiegoś bardziej stanowczego zakończenia, które nadałoby tej powieści jakąś bardziej spójną całość. Pozostaje ona przez to jedynie pobieżnym studium natury femme fatal, która przeżyła swoje wzloty i upadki. Rolina mimo dość stereotypowych cech jakimi obdarzył ją powieściopisarz wyróżnia się swoistym fatalizmem dla własnego losu. W pewnym momencie życia zdaje sobie sprawę, że nawarzyła sobie kaszy, ale nie rwie włosów z głowy a zdaje się dalej na owe niepewne wody doli i niedoli. Jest kobietą niezwykle pewną siebie, wręcz zadufaną, ale wie czego chce. Właściwie to ja ją od razu polubiłam i nie mogłam potępiać. Wyróżnia się na tle powolnych, niepewnych dziewczątek, które mogą szafować jedynie swą cnotą i niewinnością, ta nie daje sobie w kaszę dmuchać. Ma wady jak każdy i czerpie z życia pełnymi garściami. Jest bezczelna, ale nie spoczywa na laurach, uczy się szybko bo i nie raz dostaje od życia po łapach. Podobało mi się, że zaraz po obowiązkowej aczkolwiek krótkiej rozpaczy, bierze się do działania na własną rękę. Wie, że jedynym ratunkiem dla niej jest małżeństwo, tylko bogaty mężczyzna może spełnić jej oczekiwania, nie zawraca sobie więc głowy bankrutami - całkiem zresztą słusznie. Ona doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że gdyby wyszła za mąż za ubogiego hrabiego zatrułaby życie sobie i jemu - jest więc w pełni świadoma własnych wad i bynajmniej nie ma zamiaru przechodzić przemiany duchowej dla ustatkowania się. Kompromis to obce jej słowo. Dzielna dziewucha. "Bez serca" to powieść kosmopolityczna, z akcją w Wiedniu, Berlinie i "u wód", poruszająca doskonale już znane czytelnikom motywy. Pewna uniwersalność losów niektórych z bohaterów powoduje, że akcja może mieć miejsce niekoniecznie w XIX wieku i niekoniecznie w Wiedniu. Albo ja mam szczęście trafiać na dość zaradne bohaterki w powieściach Kraszewskiego, albo sam pisarz chciał coś przekazać swoim ówczesnym. Pewnego smaczku historii dodaje fakt, że pierwowzór Roliny omotał i naszego Kraszewskiego, zraniona duma mężczyzny znalazła ujście w pisarstwie. Tagi:
literatura polska
XIX wiek
15:02, bsmietanka ,
Recenzje - klasyka literatury
Link Komentarze (6) »
piątek, 22 lipca 2011
Królowe. Sześć żon Henryka VIII, David Starkey
Królowe. Sześć żon Henryka VIII, David Starkey, przekład Janusz Szczepański, Rebis O żonach Henryka VIII napisano już wiele, a od kiedy możemy jeszcze oglądać Tudorów w telewizyjnym serialu, fascynacja tym rodem królewskim zatoczyła jeszcze szersze kręgi. To inspirujące, że tylu ludzi próbuje na nowo ożywić historię, niekoniecznie trzymając się faktów, ubarwić historię, której jak twierdzi Starkey wcale ubarwiać nie trzeba. Bo i jej bohaterowie są niezwykli, już poza samym królem, który szukał w małżeństwie miłości a nie prowadził polityki dynastycznej co jest dosyć niezwykłe. Powtarzając za historykiem mamy tam - Świętą, Intrygantkę, Popychadło, Tępą Grubaskę, Seksownego podlotka i Sawantkę - do wyboru, do koloru. Książka podzielona jest na trzy części, pierwsze najobszerniejsze dotyczą dwóch pierwszych żon Henryka VIII, Katarzyny Aragońskiej i Anny Boleyn, a wieńczy je małżeństwo z Anną Seymour. Ostatnia, najkrótsza, przy poprzednich wręcz skromna traktuje o ostatnich szczęśliwych białogłowach króla wiecznie poszukującego szczęścia w małżeństwie, czyli Anna Kliwijska, Katarzyna Howard i Katarzyna Parr. Książka Davida Starkeya była dla mnie doskonałą lekturą, przesyconą ironicznym i dość luźnym jak na publikację historyczną stylem. Jednym słowem same plusy. Wydaje się, że tyle powiedziano już o licznych małżeństwach tego króla, a tu proszę, można dopisać coś jeszcze, w ciekawy sposób dodając powiewu świeżości mocno już wyeksploatowanej historii. Tagi:
literatura angielska
XVI wiek
11:20, bsmietanka ,
Recenzje książek historycznych
Link Komentarze (20) »
wtorek, 12 lipca 2011
Amulet, Roberto Bolano
Amulet (Amuleto), Roberto Bolano, przełożył Tomasz Pindel, MUZA, Warszawa 2011 Nie przygotowałam się w ogóle na spotkanie z Roberto Bolano dlatego byłam dość zaskoczona jego stylem. Jakoś z początku rozśmieszył mnie ten sposób narracji, prosty, żywy, plastyczny, ale z drugiej strony przypominający opowiadanie babci klozetowej. Auxilio Lacouture, Urugwajka, przybywa do Meksyku w latach sześćdziesiątych. Jest kobietą niezamężną, bez stałego zatrudnienia, papierów czy domu. Można powiedzieć bohaterka oderwana od stałej, pewnej i określonej przez standardy rzeczywistości. "Ale ważne jest to, że pewnego dnia przyjechałam do Meksyku, nie bardzo wiedząc po co ani na co, ani jak, ani kiedy." Pomieszkuje u licznych przyjaciół, romansuje z poetami i wykonuje dorywcze prace na uniwersytecie, gdzie bez przerwy udaje się jej jakoś zaczepić dzięki protekcji znajomych. Nazywa siebie "matką poezji meksykańskiej" trudno mi powiedzieć czy dlatego, że otacza iście matczyną troską wszelkiej maści poetów, czy dlatego, że sama też coś tam pisze. Gdy w 1968 r. na uczelnie wtargnęły siły policyjne, kobieta akurat była w toalecie gdzie pozostała do końca akcji i jeszcze kilka tygodni dłużej. Żeby mieć co robić zaczyna wspominać najważniejsze wydarzenia ze swego życia, przeplatać je anegdotami, skacząc z tematu na temat. "Pomyślałam: jestem w damskiej łazience na Wydziale Filologicznym i jestem ostatnią, która została. Zmierzałam na salę operacyjną. Zmierzałam ku porodowi Historii. I pomyślałam też (bo głupia nie jestem): wszystko się skończyło, grenadierzy poszli sobie z uniwersytetu, studenci zniknęli na Tlateloco, uniwersytet znów się otworzył, ale ja nadal siedzę zamknięta w ubikacji na czwartym piętrze, jakby od tego ciągłego prześlizgiwania się księżyca po płytkach otworzyła się jakaś brama, niebędąca portalem smutku, tylko kotinuum czasowym." Wśród wspominek naszej party-girl znalazło się wielu ludzi kultury prawdziwych i wymyślonych, deportowanych pisarzy, młodych poetów, między innymi też swoisty sobowtór autora książki - nastoletni Arturo Bolano. Trudno mi się ustosunkować do tej mini powieści przypominającej po trosze brytyjskich postmodernistów piszących pod wpływem Latynoamerykańskiego magicznego realizmu. Do tego wypełnionej iście lingwistycznymi fajerwerkami. Skomplikowana sprawa.
poniedziałek, 04 lipca 2011
Podmorska wyspa, Isabel Allende
Podmorska wyspa (La Isla Bajo el Mar), Isabel Allende, przełożyli Joanna Ostrowska, Grzegorz Ostrowski, MUZA, Warszawa 2011 Na najnowszą książkę Isabel Allende czekałam z niecierpliwością, ciekawa czy pisarka i tym razem podoła czytelniczym wymogom. Czytając poprzednie powieści tej autorki mogłam zapomnieć o bożym świecie i zanurzyć się spokojnie w światach przez nią wykreowanych, rozpieściła czytelnika ciekawą fabułą z odrobiną historii i faktów umiejętnie w nią wmiksowanych, soczystym stylem. Akcja "Podmorskiej wyspy" toczy się na Karaibach i w Nowym Orleanie, pod koniec XVIII wieku obfitującego w wydarzenia historyczne - rewolty niewolników, rewolucje francuska, amerykańska wojna o niepodległość, nic tylko przebierać. Tło wydarzeń jest więc niezwykle barwne i krwawe. Kilka rodzajów narracji pozwala nam zerknąć do dusz wielu postaci i poznać zdarzenia z szerszej perspektywy. Główna bohaterka, Zarite zwana pieszczotliwie Tete, jest niewolnicą, która trafia na plantację trzciny cukrowej, by opiekować się żoną Toulousa Valmoraina, która jest osobą o słabym zdrowiu i jeszcze słabszym umyśle. Wkrótce pani całkiem rozum odejmuje, a Tete staje się niezbędną służącą w posiadłości, potrzebną zarówno mężowi jak i jego małżonce. Dziewczyna ma pełne ręce roboty z panią, która jest niespełna rozumu i panem, który musi znaleźć gdzieś ujście dla swych seksualnych frustracji, a że czarna służąca jest pod ręką, to dalszego ciągu można się domyślić. Wkrótce jednak bunty niewolników zagrażają białym plantatorom, którzy są zabijani w brutalny i bezlitosny sposób, a ich posiadłości niszczone. Pełna dobroci Zarite ratuje z takiego nocnego rajdu swego pana i jego syna. Ich losy będą teraz już splątane na zawsze misterną siatką wzajemnych powiązań. Niektóre z postaci to dość skomplikowane charaktery, zwłaszcza Valmorain, właściciel plantacji, który w młodości miał dość wywrotowe poglądy wolnościowe, później przechodzi kilka przemian. Od naiwnego młodzieńca do bussinesmana zbijającego fortunę i decydującego o ludzkim życiu, aż po przepełnionego wyrzutami sumienia starca. Ma typowe dla swej klasy poglądy, usprawiedliwia się w ten sam sposób ze swego okrucieństwa, co tysiące mu podobnych. W ogóle odniosłam wrażenie, że pisarka próbowała uczynić swą powieść jak najbardziej uniwersalną, z typowymi przedstawicielami ówczesnych czasów i ich problemami. Znajdziemy tu więc niezwykle okrutnego nadzorcę niewolników o nieskończonej władzy, potulnych helotów i tych, którzy po trupach będą chcieli zdobyć wolność, typy wiecznie optymistyczne, piękne oraz namiętne kobiety. Pieniądze, władza, uroda - czyli to co zawsze, z dodatkiem bezwzględności, okrucieństwa, dusznej atmosfery i miłości. Fabuła jakoś tak nie do końca się klei jak dla mnie, wydaje mi się, że Allende za wiele tu chciała przemycić. Porozsypywani bohaterowie, których połowa jest pretekstem do przedstawienia zdobytych przez autorkę informacji. Sama opowieść jest snuta całkiem zgrabnie i ze znawstwem doświadczonego powieściopisarza, ale mam wrażenie, że pewne rzeczy umknęły, a innych jest za dużo. Pisarka na pewno mnóstwo czasu spędziła nad materiałami źródłowymi i momentami trochę na wcisk dodaje kolejne informacje oraz fakty, które mogłaby po prostu umieścić w przypisach. Myślę, że tą książkę trzeba czytać w upalne dni, gdy żar leje się z nieba, a my obładowani niekoniecznie zmierzamy na plantacje trzciny cukrowej ale np. na plażę, ewentualnie przekopujemy w pocie czoła grządki z truskawkami. Takie czytadło z ambicjami. |
Archiwum
Zakładki:
Książki, których jeszcze nie mam, a chętnie bym przygarnęła
Länkar (szwedzkie)
Liens (francuskie)
Links (angielskie)
Links (niemieckie)
Moje zestawienia
Poczta
Serie wydawnicze
SPIS ALFABETYCZNY
Też ciekawe
Wyzwania
Zaglądam
Tagi
|